Boernerowo

Czyli Stare Bemowo. Powstałe w latach 20-tych jako Osiedle Łączności dla pracowników Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej wybudowanej w pobliskim lesie. Samo osiedle jest również zalesione i składa się w dużej części z drewnianych domów, w większości bardzo dobrze utrzymanych. Cisza tu i spokój, zupełnie nie czuje się obecności w pobliżu wielkich bemowskich blokowisk. Czuje się za to obecność lotniska Bemowo, bo zaraz za płotem startują i lądują małe samoloty. Ale ruch nie jest duży. W głąb osiedla dojeżdża tramwaj – co rzadkie – jednotorową linią.

Drewniana kładka dla pieszych w Parku Leśnym Bemowo.
Wyjście na polankę, na której można odpocząć.
Pomnik założyciela osiedla, Ignacego Boernera, ministra Poczty i Telegrafów.
Pomnik Powstańców Obwodu AK „Żywiciel”.
W lesie poszukać można pomnikowej sosny zwyczajnej.

Ja znalazłam.

Drewnianych domków nie trzeba szukać, jest ich tu pełno.

Ogródek

Tym razem miejski. Natknęłam się na niego przypadkiem, spacerując po okolicach Fortu Bema. Byłam tu już w marcu, ale tylko na terenach samego fortu i na przedwojennym, niszczejącym osiedlu oficerskich dworków i willi na ul. Waldorffa. Wokół fortu widziałam wtedy jednak również intrygujące tereny zielone, więc dzisiaj postanowiłam je – z przeproszeniem – spenetrować.

Ruszyłam starą, brukowaną drogą, która w pewnym momencie zamieniła się w mały wąwóz.

Gdy byłam tu w marcu, fosa była jeszcze skuta lodem, dzisiaj można wynająć kajak i sobie popływać.

A oto i wspomniany na wstępie ogródek społecznościowy.
Hotel dla murarek ogrodowych.
Są i kompostowniki.

Napis na tym głosi, że „kompost dojrzewa. Świeże dostawy kuchennych odpadków wrzucamy do skrzyni obok”. Zajrzałam do tej drugiej skrzyni, trochę odpadków faktycznie w niej było, choć nie za dużo.

Ogródek jest trochę zaniedbany, widać, że zapał domorosłych ogrodników trochę już osłabł. No cóż, przy ogródku trzeba się nazapieprzać, i to nie jednorazowo, ale regularnie. „Same rosną” tylko chwasty :). Ale pomysł sam w sobie fajny.

Cmentarz na Wólce

Żoliborz ma Cmentarz Wojskowy na Powązkach, Bielany mają Cmentarz Komunalny Północny. Jeden z największych w Polsce i Europie – 143 ha, 800 „miejsc grzebalnych”, ok. 180 000 pochowanych ludzi. Zwykłych ludzi na ogół, nie ma tu zbyt wielu sławnych nieboszczyków. Właściwie nie sposób tu przyjść i nie natknąć się na jakiś pogrzeb. Oprócz grobów szaraczków jest tu kilka kwater i mogił zbiorowych – kwatera wojenna żołnierzy niemieckich, kwatera żołnierzy AK i dwie mogiły zbiorowe ofiar katastrof lotniczych.

Fontanna na głównym placu.
Fragment kwatery żołnierzy niemieckich z lat 1939-45.

Utworzona w ramach pojednania polsko-niemieckiego w 1991 r. Związane z nią są pewne kontrowersje w związku z pojawieniem się na tablicach nazwisk zbrodniarzy wojennych czy żołnierzy Wehrmachtu i SS-manów poległych podczas tłumienia Powstania Warszawskiego.

Na drugim końcu cmentarza znajdują się mogiły żołnierzy Okręgu Radomsko-Kieleckiego AK „Jodła”.
Mogiła zbiorowa ofiar katastrofy lotniczej na Okęciu w 1980 r. , w której zginęła m.in. Anna Jantar (pochowana jednak na Cmentarzu Wawrzyszewskim).
Mogiła ofiar katastrofy lotniczej w Lesie Kabackim z 1987 r. – największej w historii polskiego lotnictwa (183 ofiary).
Grób Jana Himilsbacha.

…”Życie z myślami, ciężkimi jak kamień, zawiłymi jak wersety biblii zaczęło się i trwa niewidzialnie jak czas…”

„Wszystko jest poezja” – czyli skromny (ale jak widać nie zapomniany) grób Stachury.
Grób mojego wujka i dziadka.

Grób dziadka, ojca mamy, jest jedynie symboliczny, bo nie wiemy, ani kiedy, ani gdzie, ani jak zginął. Prawdopodobnie, jak głosi napis, w obozie koncentracyjnym w Stutthofie, bo tam ślad po nim się urywa, ale pewności nie mamy, bo w 2006 r., gdy pojechaliśmy z mamą i bratem na poszukiwania śladów dziadka do muzeum w Sztutowie, miła pani kustosz w wielkiej księdze z listą więźniów znalazła jedynie nazwisko jego brata (a Niemcy zabrali ich razem). Być może więc dziadek w ogóle tam nie dotarł. Babcia zaraz po wojnie szukała go przez Czerwony Krzyż, ale bezskutecznie. Jak wielu innych, pochłonęła go wojenna zawierucha.

Radiowo

Po krótkiej przerwie w nadawaniu spowodowanej przeziębieniem i usterką Internetu – przedwieczorny spacer po Radiowie.

Jedno z większych osiedli Bielan (dawniej wsi), jednak znacząca część zabudowy skupiona jest, podobnie jak na Wólce Węglowej, wzdłuż jednej ulicy, Arkuszowej. Pozostałą część osiedla zajmuje las oraz tereny przemysłowe. Nazwa Radiowo pochodzi od wybudowanej przed wojną (i zburzonej w jej trakcie) Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej na Bemowie. Dawna nazwa wsi to Gać. Osiedle trochę zapomniane, słychać o nim od czasu do czasu jedynie przy okazji protestów mieszkańców przeciwko znajdującemu się na jego terenach wysypisku śmieci i towarzyszącemu mu „zapachowi” z kompostowni odpadów (przy Arkuszowej można zobaczyć stosowne transparenty). Ja żadnych nieprzyjemnych woni nie czułam, ale może to z powodu kataru, albo wczoraj akurat nic nie kompostowali. Innych „atrakcji” tu niewiele, napotkałam tylko kilka starych chałup i dwie kapliczki. Reszta budynków to typowa zabudowa podmiejska.

Góra Śmieciowa – 141 m n.p.m.

Trochę zasłonięta przez drzewo, ale to najlepsze ujęcie, jakie udało mi się zrobić z ulicy. Widać też tory kolejowe z huty. Tej góry nie zamierzam zdobywać 🙂 (zresztą nie należy do Korony Warszawy, znajduje się już w gminie Stare Babice).

Kapliczka nr 1.
Kapliczka nr 2, wyglądająca na starszą.
Chałupa nr 1.

Szkoda, że zasłonięta przez siatkę, płot i tuje, ale widać chociaż ładny, koronkowy „szlaczek” nad oknem.

Chałupa nr 2.

Nie tak zadbana, za to z brzózką i pieskiem.

Oba domostwa wyglądają na zamieszkane, a jesteśmy w Warszawie. Fajnie się pozachwycać starociami, ale warunki mieszkaniowe nadają się pewnie do programu „Nasz nowy dom”. Idąc ulicą, szłam jakiś czas za babuleńką z wózeczkiem, wracającą z Netto, która skierowała swe starcze kroki do podobnie wyglądającej chałupki.

Koneser

Spóźniłam się na wystawę Beksińskiego (zabrakło biletów), ale zdążyłam na wystawę Banksy’ego, chyba jeszcze lepszą, w praskim Koneserze, czyli centrum handlowo-kulturalnym w dawnej wytwórni wódek. Miejsce drogie i snobistyczne, ale wystawy świetne.

Na początek trochę zaangażowanej polityki, czyli Banksy i jego prowokacje oraz instalacje:

„Banksy” na Biennale w Wenecji.
Save or Delete – kampania Greenpeace wycofana na skutek działań prawnych Disney’a.
Małpi parlament, czyli „you used to laugh, but now we are in charge”. (Instalacja multimedialna, z podkładem muzyczno-słownym).

…i trochę pandemicznego humoru:

„Żona nie lubi, gdy pracuję z domu”.
Wyjście z wystawy nawiązujące do słynnej akcji Banksy’ego na licytacji jednego z jego obrazów w domu aukcyjnym Sotheby’s.

Można też obejrzeć filmik z przygotowań do akcji i jej przebiegu.

ul. Ząbkowska.

Okolice Konesera, czyli Szmulki i Stara Praga są mi znane bliskie, bo tu się urodziłam.

Fragment bruku z torami tramwajowymi (nieużywanymi), do których mam taką słabość.
Jedna z wielu tutejszych kapliczek.

Najbardziej reprezentacyjna, bo przy Koneserze. Bardzo ładnie zachowana, z firaneczką i plastikowymi kwiatkami, wszystko jak trzeba.

Trochę mniej reprezentacyjna praska brama.

Ale też taka jak trzeba. Może śmiało konkurować z łódzkimi.

To już nie Praga, tylko Beksiński (wystawa plenerowa grafik komputerowych).

Ale wpisuje się w klimat.

Gdy wychodziłam z wystawy, zaczepiła mnie ankieterka z badaniem na temat Konesera. Odpowiedziałam na kilka pytań i w nagrodę dostałam grę „Pragle”.

Gra jak gra, można pograć (jak ma się z kim), można ułożyć układankę, ale mnie najbardziej spodobała się instrukcja do niej.

Jest cerkiew, jest Różyc, jest ZOO, kino „Praha” jest i praskie kapliczki są, są rzemieślnicy, katedra św. Floriana, a także pyzy gorące, flaki i kaszkiety. I wiele innych. Spacerowy „gotowiec”.

I już zupełnie na zakończenie mój domowy Banksy, czyli płyta zespołu Blur z jego muralem na okładce.

Plac Krasińskich

Dzisiaj tylko króciutka przechadzka po Pl. Krasińskich i okolicach.

Pegaz na tle Sądu Najwyższego.
Inny – na tle Biblioteki Narodowej w Pałacu Krasińskich.
Paremie na gmachu sądu.

We wszystkich sprawach powinna mieć pierwszeństwo zasada sprawiedliwości i słuszności nad zasadą ścisłego prawa.

Prawda, że mądre? Szkoda tylko, że tak często się o tym zapomina. A niektórym politykom z prawniczym wykształceniem to wyleciały z głowy chyba wszystkie te sentencje. Sugeruję spacerek pod gmach sądu i poczytanie (ze zrozumieniem).

Kariatydy na tyłach gmachu.

Bałam się podejść bliżej, bo dostępu do nich bronił szlaban i groźnie wyglądająca Pani w Mundurze. Gdzieś w czeluściach komputera mam ich lepsze zdjęcie, zrobione w czasach, gdy budynek Sądu Najwyższego nie był jeszcze tak pilnie chroniony. Widać na nim, że trzy bidule (Wiara, Nadzieja i Miłość) stoją bosymi nogami w wodzie. Nie wiem, dlaczego architekt tak je potraktował, muszą być wiecznie przeziębione.

A to już Kamienica Pod Samsonem na ul. Freta 5.

Z Samsonem we własnej osobie, pokonującym lwa gołymi rękoma.

Pomnik Powstania Warszawskiego.

Trochę, hmm… przygniatający.

Fort Bielany

Make a list of broch sites you’d like to visit and tick one off the list.

Zaniedbałam trochę moje „receptury od natury”, więc dzisiaj wybrałam się do lasu. Północna część Lasu Bielańskiego na Bielanach, za ul. Dewajtis, nie wyróżnia się niczym szczególnym, a za jego północną granicą leżą tereny rekreacyjne oraz jeden z bielańskich fortów pierścienia zewnętrznego. Właściwie nie tyle fort, lecz to, co z niego pozostało. A zostało niewiele. O tym, że znalazłam się na jego terenie, wiedziałam głównie z GPS-u w komórce i z tego, co wiedziałam z Internetu. Inaczej nigdy bym się nie domyśliła, że jestem na terenie jakiejś twierdzy. Zostały po niej tylko ziemne wały i gdzieniegdzie porozrzucane cegły. Chodzi się w górę i w dół. Można też wejść na tutejszą niewielką górkę, czyli Bochenek (co też zrobiłam).

Trzmielina.
Polanka wśród wałów.

Na polankach, na drewnianych ławach pod daszkami rozsiadła się dzisiaj młodzież szkolna, świętując piwkiem i papieroskiem ostatni dzień wolności. Ominęłam towarzystwo szerokim łukiem i powędrowałam dalej.

Wejście do rezerwatu.
No i gdzie teraz?
Pachnie zbutwiałym drewnem, pachnie grzybami.

Prawdopodobnie. (Mam niewielki katar).

ul. Dewajtis.

Krzyżacy, pierniki i gwiazdy

W niedzielę było miasto Tuwima, wczoraj było miasto Kopernika, czyli Toruń. Korzystając z „okienka pogodowego” wybrałam się na Kujawy, by pospacerować po gotyckiej starówce. Bardzo tu niemiecko.

W XIII w. Toruń należał do miast hanzeatyckich. Fakt ten upamiętniają herby miast należących do Ligi wmurowane w bruk.

Zaczęłam zwiedzanie od ruin krzyżackiego zamku – bardzo malowniczych.

Powykrzywiane mury przypominają formacje skalne powyginane przez procesy geologiczne.

W lochach trochę straszy.
Tak wyglądał zamek w czasach świetności.

Nigdy jeszcze nie widziałam tylu gotyckich kamienic naraz.

Wśród nich ta nasłynniejsza – dom Kopernika.

Stare domy w Toruniu to jednak nie tylko gotyk.

Krzywa Wieża. (Nie wiem, co robi tutaj ten pancerniak).
Spichlerz.

Zmęczona chodzeniem po starówce, poszłam odpocząć nad Wisłę, a tam…

…nic się nie dzieje.

Nie wiadomo dokładnie, skąd i dokąd płynęli pasażerowie filmowego „Rejsu” Marka Piwowskiego, ale pierwsze kadry filmu wskazują, że wypłynęli z Torunia.

Zawsze dziwił mnie ten zwyczaj, kłódka nie kojarzy mi się dobrze.

Ten zakamarek odkryłam przypadkiem, zwabiona szumem wody.
Z powrotem na rynku – Dwór Artusa.

Tu zakupiłam obowiązkowe toruńskie suweniry, czyli pierniki.

Najsłynniejszy obywatel miasta.
A tego pomniczka szukałam długo. Piesek Filuś.

…i jego pan.

Wymyślił ich Zbigniew Lengren, torunianin.

(Jest jeszcze jeden słynny torunianin, ale jego akurat nie chciałabym spotkać…).

Planetarium.

Na zakończenie pobytu podkształciłam się jeszcze z astronomii na filmie „Poza horyzontem”.

Mała Wisełka.
Ostatni rzut oka na panoramę miasta.