

















Urodziny mam wprawdzie dopiero za tydzień, ale dwa prezenty dostałam już dzisiaj. Przyjaciel jak zwykle praktyczno-hobbystyczny. Mimo parszywej pogody wyciągnęłam go więc na spacer po wsi, żeby jeden z prezentów wypróbować. Niestety – bażanty, dzięcioły, sarny, dziki i zające się dzisiaj pochowały tak skutecznie, że nie dało się ich wypatrzeć nawet przez lornetkę.
…i wypatrzyłam tylko Jego…

No cóż, służba (cywilna) nie drużba, trzeba popracować nad polskim PKB…










Okolice Placu Bankowego po jego zachodniej stronie, za warszawskim ratuszem, zostały w czasie II wojny w dużej części zburzone (znajdowały się w granicach getta), więc teren ten jest obecnie zabudowany mieszaniną budynków starych i nowych (z przewagą tych drugich, w większości brzydkich). Żeby znaleźć tu ładne fragmenty miasta, trzeba się trochę nagimnastykować.

Oficjalna nazwa olbrzymiego i dość przytłaczającego pałacu to Pałac Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Oprócz prezydenta Warszawy urzęduje tu także wojewoda mazowiecki, ale pomimo wspólnego adresu współpraca między panami nie układa się za dobrze.

Obecnie w budynku mieści się m.in. Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II.


Niestety, na fasadzie nic z secesji nie zostało.

Kamienica Trachtenberga to jedyny przedwojenny budynek wzdłuż całej al. Jana Pawła II, liczącej ponad 4 km.

Na ul. Elektoralnej znajduje się budynek dawnego szpitala Świętego Ducha, przed wojną jednego z najnowocześniejszych w Warszawie. Początki samego szpitala sięgają XV w., budynek wybudowany został w wieku XIX. Aktualnie jest remontowany (a także zastawiony samochodami), więc udało mi się zrobić jakieś w miarę przyzwoite zdjęcia tylko fragmentów bocznych skrzydeł.


A propos przyrody:




Niebieski jak niebo (le ciel), biały jak brzoza (le bouleau), czerwony jak dereń (le cornouiller) – czyli kolory jesieni trochę mniej oczywiste (za to bardziej „francuskie”).
***
A z okazji dzisiejszego Dnia Absurdu kilka słów o książeczce Macieja Wojtyszki „Bromba i inni”, którą sobie niedawno przekąsiłam.
Świat Wojtyszki zamieszkują różne – dość dziwne – stworzenia: Pciuch, którego można zobaczyć wyłącznie jutro albo wczoraj; Fumy, których głównym zajęciem jest wypoczywanie, w związku z czym usiłują wypoczywać z całych sił i bardzo je to męczy; Gżdacz, który kiedy biega, to jest biegaczem, kiedy fruwa, to jest fruwaczem, kiedy się boi, to jest baczem (a tak w ogóle to jest Gżdaczem); refleksyjna Bromba z lekką nadwagą i etatem mierniczej; poeta Fikander, który poświęca więcej czasu na sprawy, które są mniej ważne dla innych; detektyw Kajetan Chrumps, o którym legenda głosi, że urodził się w labiryncie i wyszedł z niego natychmiast drogą dedukcji; Viceversowie Dzicy, mieszkający w lustrach i przybierający rozmaite, bardzo wyszukane kształty (w odróżnieniu od Viceversów zwykłych, których można obejrzeć w lustrze, ile razy tam się spojrzy); autotematyczne Psztymucle (rozmawiające wyłącznie o autach); Glisando mieszkający w muzyce; Gluś-Filmowiec, który do robienia filmu nie potrzebował kamery oraz najbardziej ze wszystkich niesforne Zwierzątko mojej Mamy. Ta pozornie absurdalna menażeria ma pozornie absurdalne przygody, które uświadamiają nam, że sytuacje wewnętrznie sprzeczne lub pozbawione sensu (wg definicji absurdu) często mają sens, i to zadziwiająco głęboki : ).
Pamiętam, że telewizja pokazywała kiedyś serial i film dla dzieci („Tajemnica szyfru Marabuta”), w którym występowały postacie z tej książeczki i wywarł on na mnie – jako na dziecku – ogromne wrażenie. Dlatego bardzo ucieszyłam się, gdy po latach znalazłam jej pożółkłą edycję w pracowej „biblioteczce książek na wymianę”.
–
Liście z drzew opadły, na dworze mokro i szaro, pora zatem znowu przenieść się ze spacerami z parków i lasów na warszawskie ulice. W ubiegłym roku były to okolice Traktu Królewskiego, w tym biorę na tapetę inny ważny trakt śródmiejski, czyli ul. Marszałkowską. Zaczęłam dzisiaj od Placu Bankowego, z którego Marszałkowska wyrusza w swoją drogę ze Śródmieścia Północnego na Południowe, a konkretnie z jego wschodnich okolic, o których mówiło się kiedyś „na Tłomackiem”.
Ul. Tłomackie (z której dzisiaj został tylko zaułek, sztucznie utworzony, aby upamiętnić jej istnienie) oraz jej okolice były kiedyś centrum kulturalnym, intelektualnym i biznesowym gminy żydowskiej. Stała tu m.in. Wielka Synagoga, wysadzona w powietrze w 1943 r., po upadku powstania w getcie. Po wojnie okolica bardzo się zmieniła, a z dawnej świetności pozostało niewiele.

Upodobanie ludzi do budowania murów między sobą budzi przygnębienie. Burzymy w euforii jedne, by po jakimś czasie stawiać kolejne.




W czasie wojny mieścił się w nim Szpital Maltański, obecnie pałac zajmują Belgowie (mają tam ambasadę).

Uwielbiam secesję, więc ten jeden z najlepiej zachowanych (przetrwał wojnę bez szwanku) warszawskich budynków w tym stylu obfotografowałam nieco dokładniej.

Budynek ma pięknie zachowane również secesyjne wnętrza, ja jednak mogłam go obejrzeć jedynie z zewnątrz, więc przyjrzałam się drzwiom.

Dom Bankowy zaprojektowali Stanisław Grochowicz i Gustaw Landau Gutenteger, autor wielu łódzkich budynków w stylu art nouveau.

Mieścił się tu bank, do którego skarbca w latach 20-tych próbowano się nawet podkopać. Obecnie budynek trochę niszczeje.

Stoi w tym samym miejscu, co w XVIII w., co jest pewną rzadkością, bo pomniki (zwłaszcza warszawskie) lubią sobie wędrować.

Stoi na tle Błękitnego Wieżowca (dzisiaj raczej Szarego Wieżowca), który już się pojawiał tu na blogu, więc tym razem go nie zamieszczam, chociaż to on dominuje nad całą okolicą.
Mży mżawka na park i na ławkę, Na wieżę, na w locie kawkę, Na drzewko mży mżawka, Mży mżawka na stawek, Najgorsza mży mżawka Ze wszystkich mżymżawek.
Ten wierszyk Ludwika Jerzego Kerna przypomina mi się zawsze w taką pogodę jak dzisiaj. Jednak nie mając teraz zbyt wiele okazji, by wyjść z domu za dnia, zamiast wyjąć „karafkę z szafki” wyszłam na spacer, żeby podelektować się listopadową aurą.
Explore Edinburgh’s „trees with a story”.
W Edynburgu nigdy nie byłam, ale w Warszawie „drzew z historią” też trochę mamy. Pisałam już w tym roku o mirabelce z Nalewek i wiązie z Pawiaka. Jednak najdłuższą historię ma niewątpliwie dąb z Natolina – Mieszko. Na spotkanie z nim się dzisiaj udałam.
Ruszyłam z Parku Przy Bażantarni. Bażantarnia i zwierzyniec powstały za czasów króla Jana III Sobieskiego, dzisiaj nie ma po nich śladu. W miejscu Bażantarni August Czartoryski postawił klasycystyczny pałac, który istnieje do dzisiaj, ale niewielu warszawiakom jest dane go oglądać (podobnie jak okalający go park i rezerwat Las Natoliński), gdyż zajmuje go Kolegium Europejskie i wstęp do niego jest możliwy tylko podczas organizowanych przez Urząd Dzielnicy Ursynów wycieczek z przewodnikiem. Do Parku Przy Bażantarni, założonego w latach dwutysięcznych, wejść można, jednak dzisiaj wyglądał wyjątkowo smutno.




Bażant zwyczajny występuje pospolicie w Polsce i widziałam go nawet wczoraj podczas spaceru z przyjacielem na wsi (ale nie zdążyłam pstryknąć). W listopadzie trwa sezon na bażanty, więc lepiej, żeby uważał. Kurowate na powyższych zdjęciach są tylko do oglądania (na terenie należącym do kościoła bł. Władysława z Gielniowa). Można też poobserwować pawie i papużki.



Oryginalny, drewniany krzyż zabezpieczony jest zewnętrznym, szklano-metalowym.


Ulica z gatunku „pojawiam się i znikam”, o dziwnym przebiegu, a to jej chyba najładniejszy odcinek. Po prawej park Pałacu w Natolinie i rezerwat.

Jedno z niewielu pałacowych zabudowań, które można obejrzeć z bliska (ale tylko przez ogrodzenie).

I nasz główny bohater – Mieszko.



Jeszcze niedawno można było do niego podejść bliżej, ale po podpaleniu w 2019 r. (co trzeba mieć we łbie, żeby coś takiego zrobić?) poszerzono ogrodzenie i zainstalowano monitoring.
Drzewo jest ostańcem Puszczy Mazowieckiej, ma ok. 600 lat i jest najstarszym dębem na Mazowszu. Ma 18 m wysokości, ponad 8 m w obwodzie i tylko jeden zdrowy konar. Staruszek wspiera się na stalowych laskach i cały opleciony jest linami, ale trwa. Co roku od 600 lat wypuszcza na wiosnę liście, a jesienią je zrzuca, razem z żołędziami. Chciałoby się wsiąść w stojący pod nim wehikuł czasu (taki jak w filmie), pociągnąć wajchę do tyłu i w przyśpieszonym tempie obserwować, jak zmienia się jego otoczenie i on sam, aż do małego kiełka, gdzieś w mrokach średniowiecza.
Między ścieżką przyrodniczą nad Wisłą a terenami wokół Centrum Olimpijskiego.




„Warownia Jomsborg” stanowi replikę jednego z kilku typów grodów obronnych jakie budowali Wikingowie w IX i X wieku.
Zabudowania wewnętrzne wzorowane są na analogicznych obiektach istniejących w Skandynawii oraz na terenach osadnictwa skandynawskiego sprzed tysiąca lat.

Warownia objęta jest patronatem Państwowego Muzeum Archeologicznego. Funkcjonuje jako żywy skansen oferujący wszystkim chętnym nie tylko zapoznanie się z życiem i kulturą Wikingów – ale również możliwość uczestniczenia w organizowanych różnego rodzaju pokazach historycznych, imprezach stylizowanych na średniowieczne biesiady, warsztatach z technik tkackich, naukach walki bronią białą i strzelania z łuku.
Nie dla mnie. Wolę współczesną Skandynawię.





Count whooper swans vs mute swans on Spiggie Loch.


Żeby wzbić się w powietrze, potrzebują zbiornika wodnego lub innej dużej, płaskiej powierzchni, aby wziąć kilkudziesięciometrowy rozbieg (zawsze pod wiatr). Widziałam kiedyś w Wilanowie łabędzie startujące do lotu z tamtejszego stawu. Wygląda to i brzmi imponująco.

Łabędzie nieme nie są całkowicie nieme, wydają „chrząknięcia”, „parsknięcia”, „zachrypnięte gwizdy” oraz „syczenia”. Jeden z tu przedstawionych zaprezentował to ostatnie względem buldożka, z którym jakaś pani przyszła na pomost. Buldożek nie zareagował.


Trochę po warszawsku, trochę po poznańsku (jako żem z urodzenia warszawianka, a z pochodzenia pół-wielkopolanka).


Osiedle Stary Służew na Ursynowie leży na terenach dawnej wsi, której początki sięgają XIII, a nawet XI wieku, kiedy to pojawili się tu Benedyktyni. Ponieważ przebiega przez nie Skarpa Warszawska, w dużej części jest to miejsce wciąż dzikie. Odwiedziłam jego fragment przy okazji wizyty na Cmentarzu na Służewie, gdzie pochowana jest moja babcia (dzięki której jestem dziś warszawianką) i przyszywany dziadek (z którym jako dziecko również uskuteczniałam warszawskie spacery). Teren nieduży, ale atrakcji na nim całkiem sporo.




Po ursynowskiej stronie potoku znajdował się kiedyś tzw. Gucin Gaj, czyli założenie parkowe powstałe w początkach XIX w. jako otoczenie jednej z rezydencji filialnych pałacu wilanowskiego. „Gucio”, czyli August Potocki, był wnukiem Stanisława Kostki Potockiego. Do dzisiaj z parku i jego budowli niewiele zostało, miejsce jest raczej zdziczałe. Są tam m.in. pozostałości katakumb, prawdopodobnie miejsca spotkań loży wolnomularskiej (dzisiaj jest to miejsce spotkań nietoperzy).

Stary Służew leży u zbiegu trzech dużych dzielnic: Mokotowa, Ursynowa i Wilanowa, łatwo się pogubić, w której z nich aktualnie się przebywa.





Miejsce szczególne, ponieważ należy do najstarszej parafii na terenie dzisiejszej lewobrzeżnej Warszawy (erygowanej w 1238 r.). Kościół położony jest na wzgórzu, na którym pierwotnie istniał ośrodek kultu pogańskiego. Pierwszy kościół był drewniany, później murowany, w stylu gotyckim, potem był jeszcze dwa razy przebudowywany. Obecny jest w stylu neoromańskim, z 1848 r. W latach 90. XX w. działał tu prawicowy Konwent Świętej Katarzyny.





Do kompletu jest i stara wiejska chałupa, ale była dziś tak oblężona przez straganiarzy i wizytujących, że nie udało mi się zrobić jej zdjęcia.

Cmentarz jest równie stary jak parafia. Oprócz moich dziadków pochowanych jest tu wielu naukowców, a także m.in. Krystyna Krahelska, uczestniczka powstania warszawskiego, poetka, autorka „Hej chłopcy, bagnet na broń” i modelka Ludwiki Nitschowej do pomnika Syreny.

Powstał w miejscu, gdzie Urząd Bezpieczeństwa w latach 1945-47 grzebał ofiary mordów politycznych. Miejscowa ludność kładła kamienie w miejscach tajnych pochówków.



I na koniec wspomnienie wczorajszego święta.






