Ararat

Wygląda, jakby ktoś granat wrzucił na talerz, ale ten faszerowany jagnięciną bakłażan był naprawdę pyszny. Ormiański kucharz nie przywiązuje za bardzo uwagi do wyglądu dań ani samego lokalu, ale zapachy, które snują się z tej restauracji, w końcu nas skusiły. Wino z granatów jednak nie zachwyciło.

Wzgórze Trzech Szczytów

Była Gnojna Góra, była Górka Szczęśliwicka, Moczydłowska, Kopiec Czerniakowski był kilka razy, Kopa Cwila była, przyszła pora na ostatni warszawski szczyt. Nie najwyższy (niecałe 134 m n.p.m.), ale najodleglejszy i najtrudniejszy do zdobycia (jeśli wybierze się niewłaściwą ścieżkę…).

W drodze na szczyt czuwał nade mną jednak Anioł. Stanisław Anioł.

Kabacka górka, jak wszystkie pozostałe warszawskie wzniesienia, ma antropogeniczny charakter, usypano ją w latach 70. XX wieku. Opanowana w większości przez rowerzystów na BMX-ach i MTB-kach. Gdy byłam tu kilkanaście lat temu, opanowana była przez miłośników latawców (jedna z licznych nazw góry to Góra Latawcowa). Skoki na dircie są widowiskowe, ale wolę latawce.

Równina Warszawska (w oddali Las Kabacki).
Pomnikowe sosny u podnóża górki.
Pomnikowa aleja lipowa na ul. Moczydłowskiej.
Metro warszawskie.

Znaczy tory techniczne, którymi nowe wagoniki przyjeżdżają do Stacji Techniczno-Postojowej na Kabatach.

Kolejny pomnik, tym razem dąb.
Gryka jak śnieg biała.

Kampus UW

Zaczynam się powtarzać, tutaj też już byłam, ale zimą (w lutym 2021, w pandemii jeszcze). Ponieważ jednak kampus leży na ładnym terenie zielonym, tym razem skupiłam się na uniwersyteckiej przyrodzie.

Jedyny już obecnie pomnik przyrody na tym terenie – 200-letni korkowiec amurski.
Silnie trujące datury.
Miłorząb Erasmus na 25-lecie programu.

Jest jeszcze miłorząb upamiętniający zamordowaną w ubiegłym roku przez studenta prawa pracownicę uniwersytetu, ale przeoczyłam.

Akacje, przepraszam, grochodrzewy za budynkiem Wydziału Historii.

Przy szklarni.

Niewiele roślin w lipcu kwitnie – najwięcej hortensji.

Przekwitły m.in. magnolie, wiśnie japońskie, tulipanowce i rododendrony. Ale i tak jest ładnie.

Spacer z niedzieli 19 lipca.

Barbakan

Było darmowe zwiedzanie, więc postanowiłam sprawdzić, co jest w środku.

Chciałabym kiedyś zwiedzić takie wnętrze bez reflektorków i tych wszystkich tabliczek i znaków ostrzegawczych – takie, jakie było w czasach, gdy było naprawdę używane (chociaż warszawski barbakan był anachronizmem już w czasie powstania w XVI w. i do obrony za bardzo nie służył).

Na wystawie są głównie zdjęcia.
…i makiety.

Barbakan na przestrzeni wieków cały czas się zmieniał. Obecny wygląd to głównie przed- i powojenna rekonstrukcja na podstawie ocalałych reliktów murów i starych rycin. Historię licznych przebudów oraz rekonstrukcji można prześledzić na wspomnianych wcześniej zdjęciach i makietach, jest też film.

Spacer z soboty 18 lipca.

W bibliotece

Czyli w Pałacu Rzeczypospolitej, lub jak kto woli Pałacu Krasińskich, obok Ogrodu, również Krasińskich. W Ogrodzie też już byłam, ale dzisiaj zajrzałam do środka pałacu, w którym mieszczą się najcenniejsze zbiory Biblioteki Narodowej.

Psałterz floriański, XIV/XV w.
Kazania świętokrzyskie.

???

Jest i coś dla dzieci.

W czasie II wojny światowej biblioteka doszczętnie spłonęła. Na zdjęciu urna z prochami zbiorów.
Te Indie to tak trochę nie tego… Oprócz wersji multimedialnej jest też papierowa czy może pergaminowa.

W zbiorach są rękopisy Chopina, ale mnie zainteresował ten.

Pomimo spalenia biblioteki, zgromadzone eksponaty są naprawdę imponujące. Są rękopisy, maszynopisy i druki dzieł Mickiewicza, Prusa, Sienkiewicza, Norwida, Kochanowskiego, Gombrowicza, Curie-Skłodowskiej i wielu innych. A także włosy Kościuszki… (blee…).

Ogród przy Pałacu Marii Radziwiłlowej.

Wiele razy byłam w tym parku, a dopiero teraz odkryłam ten jego zakątek. W tle gmach Sądu Najwyższego.

***

Rano nie dało się przeczytać choćby strony. Jechała do pracy metrem w takim ścisku, że poczuła się słabo. Tłum niósł ją do wyjścia wprost na rozświetlony wiosenny deszcz. Biegła przez błyszczące główne skrzyżowanie miasta do biura i myślała już tylko o tym, co musi dzisiaj zrobić. Od biegu po mokrej, śliskiej ulicy poluzował jej się obcas i teraz musiała uważnie stawiać kroki, żeby nie odpadł na dobre. A potem – szelest papierów, nieskuteczne przykręcanie kaloryferów, ból głowy, która wysycha w szorstkim powietrzu jak kolba kukurydzy. Prezentacja nowego programu kredytów. Odklejanie od spoconego ciała białej wiskozowej bluzki. Przypomniał jej się chłodny błękit jedwabi Ulriki i zatęskniła do Flandrii. Nie, nie poczyta dzisiaj spokojnie, bo wychodzą z mężem na kolację do nowego domu znajomych. W przerwie na lunch, gdy wszyscy zeszli do baru albo milcząco po kątach jedli swoje kanapki, C. wyciągnęła z torebki książkę, zamknęła się w damskiej toalecie i zaczęła czytać.

Olga Tokarczuk, „Otwórz oczy, już nie żyjesz” z tomu opowiadań „Gra na wielu bębenkach” (książki, od której ja nie mogłam się oderwać przez ostatnie tygodnie).

Zakątek Nurogęsi

Nurogęsi były już u mnie na blogu. Po kilku latach doczekały się własnego parku. Parczku właściwie. Mieści się on na trasie, którą mamy-kaczki prowadzą swoje młode z gniazd w Łazienkach nad Wisłę, przy Porcie Czerniakowskim. Po drodze nurogęsi muszą przejść przez ruchliwą Wisłostradę, ale dobrzy ludzie dbają o to, żeby pokonały tę przeszkodę bezpiecznie. Sama raz w drodze do pracy utknęłam w autobusie w korku, spowodowanym przez wędrujące za mamą maluchy, eskortowane przez wolontariuszy. Niestety autobus stał za daleko, żebym mogła je zobaczyć. Ale przygoda była i miałam co opowiadać koledze z pracy.

„Pomnik” nurogęsi.

Warszawa w ostatnich latach stała się miejscem gniazdowania kilkunastu par tych ptaków. Mieszkają w dziuplach drzew, a małe kaczuszki są zdolne do opuszczenia gniazda już po kilku godzinach od wyklucia. Skaczą z dużej wysokości na ziemię, a potem od razu ruszają nad Wisłę.

Spacerek do Zakątka Nurogęsi odbył się 4 lipca.

Uff…!

Gdy na termometrze za oknem 52 stopnie…

Sklecony naprędce domowy klimatyzator.

Mama ewakuowana na wieś, ja ewakuowałam się do mamy (ma pokój od północy, mój dawny, 6-metrowy, który nagrzewa się trochę mniej niż pozostałe). Na You Tubie wyskoczył mi filmik o tym, jak zrobić domową klimę więc zajrzałam do lodówki mamy, zamrażalnik był pełen żarcia, ale żadnych kostek lodu, bo mama raczej nie pija napojów z lodem. Ale był wkład do lodówki turystycznej i żelowe kompresy chłodzące na bolące kolana :-). Działa!

A jak mi się wkład i kompresy roztopią, to są jeszcze kurze udka…

Kijanki

W parku przy Cytadeli.

Zabrałam kuzynostwo na spacer po Żoliborzu.

Trochę się tu pozmieniało, m.in. przybył ten mural. Żona kuzyna nigdy o Hłasce nie słyszała, ale ja za młodu przeczytałam „dzieła wszystkie” (bo były u brata w biblioteczce).

Targ Śniadaniowy niezmiennie popularny, lodziarze zmienili tylko samochód.

Koszykówka koszykówką, ale nie obyło się bez kibicowania Mai. Mecz finałowy na Rolland Garos wygrał z Paradą Syrenek.

Pawie w Łazienkach wydzierają się tak, że o świcie słyszę je nawet ze swoich okien.

Kiedyś to było

Trochę mnie nie było, ale to nie znaczy, że nic się nie działo.

Najpierw zadzwonili kuzyni z Zielonej Góry, że przyjeżdżają na finały koszykówki Legii z Zastalem.

Niestety nie mogłam wziąć urlopu, bo w czerwcu okres w robocie gorący, musiałam pracować (na szczęście w większości zdalnie).

Ale ogarnąć mieszkanie trzeba było, pościel uprać itd.

Zakupy jakieś zrobić…

Oni też z pustymi rękami nie przyjechali.

Poza koszykówką trzeba im było jakoś czas zorganizować, więc poszliśmy do kina.

I na koniec napić się czegoś na mieście.

Muzeum Życia w PRL-u, Warszawa, 5 czerwca.

Większość przedmiotów z tego muzeum kojarzę z dzieciństwa, więc sama poczułam się trochę jak obiekt muzealny. A do PRL-u mam stosunek sentymentalno-krytyczno-nostalgiczny. Nie wszystko w nim było złe, a całkiem sporo rzeczy było lepszych, niż teraz.