Wiejska

Krótki odcinek Traktu Królewskiego od pl. Trzech Krzyży do ul. Pięknej, wchodnia strona Al. Ujazdowskich i mała, ale dobrze znana ulica za nimi. Spacer trochę polityczny, chociaż od polityki staram się ostatnio trzymać z daleka. Ale w tej okolicy się nie da.

Na początek Aleje.

Każda epoka ma swoje „pomniki wdzięczności”.

Trochę jakby nam Amerykanie przed ambasadą w Waszyngtonie postawili Lecha Kaczyńskiego. Ambasador obecnej ekipy byłby pewnie uradowany, ale jakiś inny już niekoniecznie. A amerykański ambasador, republikanin czy nie, musi z okna gabinetu patrzeć na Reagana (wiem, że patrzy, bo byłam:)).

Przed Sejmem.

Sejm i okolice to temat na osobny spacer, więc dzisiaj tylko mała plenerowa galeria mistrzów:

I na koniec, dla ochłonięcia od politycznego zgiełku, kamienica Karskich na Wiejskiej.

Łazienki Królewskie – ogród romantyczny

Przeskakując znowu kawałek Traktu Królewskiego – z okazji Światowego Dnia Dzikiej Przyrody – trafiam do Łazienek, które znajdują się po jego wschodniej stronie w Al. Ujazdowskich. Park-muzeum oczywiście trudno nazwać dzikim, ale ma on parę zakątków, które przynajmniej takie mają udawać. Wśród dziewięciu królewskich ogrodów takie cechy mają ogród naturalistyczny, który odwiedziłam w październiku, oraz dzisiejszy (czy raczej wczorajszy) – ogród romantyczny. Tutejsza „dzikość” została starannie zaprojektowana i zaaranżowana, ale nie odejmuje to jej uroku.

Na początek tutejsze budowle („starożytne” i tajemnicze).

Świątynia Sybilli.
Świątynia Egipska.
Jest i obelisk, są i hieroglify.
Belweder. Nie jest obiektem Łazienkowym, ale świetnie go z nich widać.

Są i bardziej tajemnicze obiekty.

…i jeszcze bardziej…
Marmurowy, mitologiczny kamień Omfalos – pępek świata – dłuta greckiej artystki Christiny Papageorgiou (trochę podrasowany).
Jedno z parkowych źródełek.
Najbardziej tajemniczy (bo dla większości niezrozumiały) z polskich romantycznych wieszczów.
Parkowe „graffiti”.

W parku o tej porze roku i przy tej pogodzie rzeczywiście jest dość szaro, co nie znaczy, że brzydko. Życia i kolorów dodają ptaki.

Zwłaszcza ten elegant.
Samica mandarynki nosi się mniej krzykliwie.
Sikory (bogatka i modraszka).
I inne ptaszyska.
Niektóre przylatują już być może z dalekich krajów. Na pierwszym planie cadillac Piłsudskiego (z czasów, gdy już przestał być socjalistą).
Jeszcze rzut oka na – wciąż zamarznięty – staw. Wiosny jeszcze nie widać.
…ale jak się przyjrzeć z bliska…

…to alergicy mogą już szykować chusteczki.

***

Stand looking over the Loch of Belmont in Unst and listen to the pre-migratory courtship of calloos (long-tailed ducks) before they move north to their tundra breeding grounds.

Szetlandzkie jezioro zamieniłam na Łazienkowy staw, lodówki (ptaki, nie te w kuchni) na mandarynki (które co prawda nie zamierzają nigdzie migrować, bo gdzie im będzie lepiej) – i kolejne „lekarstwo” z recepty zaliczone :).

Żurawka

Spacer zainspirowany artykułem z ostatniego „Przekroju” – „Receptury od natury” autorstwa Evana Fleischera, będący przedrukiem ze strony bigthink.com. Dowiedzieć się z niego można, że szkoccy lekarze z Szetlandów mogą od października 2018 r. oficjalnie wypisywać na receptę… naturę. Programowi towarzyszy ulotka w formie kalendarza, w którym znaleźć można propozycje aktywności fizycznych na łonie natury na każdy miesiąc. W artykule nie było linku do powyższej, ale nietrudno było ją znaleźć:

730-1309-17-18_nature_prescriptions_calendar_4sep.pdf

Proponowane aktywności odnoszą się co prawda do Szetlandów, a nie wschodnioeuropejskiej stolicy, ale uparty warszawiak znajdzie tam także coś dla siebie. I tak, na luty Szkoci sugerują na przykład: „follow the course of a burn”. Ilustruje to zdjęcie rwącego strumienia wpadającego do Oceanu Atlantyckiego. No raczej trudno byłoby zrobić sobie taką wycieczkę w Warszawie, ale postanowiłam trochę pocwaniakować i znaleźć warszawski odpowiednik. I znalazłam, na dodatek nawiązujący trochę do moich spacerów Traktem Królewskim, które ostatnio uskuteczniam. W czasach bowiem, kiedy traktem tym przemieszczali się jeszcze polscy królowie, przecinało go kilka rzeczek czy strumieni, dzisiaj już nieistniejących lub biegnących w podziemnych kanałach. Jedną z takich rzeczek była Żurawka. Według różnych źródeł swoje początki miała na bagnach w okolicach dzisiejszego Pl. Starynkiewicza, według innych nieco dalej, w okolicach ul. św. Barbary. W XVIII w. została skanalizowana, a pozostałością po niej jest ul. Żurawia w Śródmieściu Południowym oraz wąwóz ul. Książęcej, który odwiedziłam już w styczniu. Dalej rzeczka biegła w okolicach dzisiejszych ulic Czerniakowskiej, Okrąg i Wilanowskiej na Powiślu, by w końcu wpaść do Wisły. (Za Wikipedią).

I właśnie tym szlakiem postanowiłam dzisiaj się przejść. Zatem: follow the course of a burn!

Kościół świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Spacer zaczęłam od św. Barbary, bo z Pl. Starynkiewicza mogłoby być trochę za daleko dla moich odzwyczajonych od długich wędrówek dolnych odnóży.

Przykościelna kaplica św. Barbary.

Na przełomie XVIII i XIX w. mieścił się przy niej Cmentarz Świętokrzyski.

Centrum konferencyjne Uffizio Primo.

Najciekawszy budynek na trasie. Jak można przeczytać w Spacerowniku Gazety Wyborczej (też moja inspiracja) „Warszawa śladami PRL-u” (Agora S.A., Warszawa 2010):

„Aby ocenić niezwykłość tej budowli, trzeba wejść do środka. Wnętrze zaskakuje zarówno skalą, jak i rozwiązaniami, których w żaden sposób nie możemy domyślić się, stojąc przed fasadą. Wypełnia ją nieprawdopodobnych rozmiarów kolisty dziedziniec nakryty żelbetową kopułą, przeprutą niby plaster sera okrągłymi okienkami. Wokół kilka kondygnacji otwartych krużganków o stiukowych, romańskich kolumnach połączonych spiralnymi schodami z windami. I tu łatwo dostrzec erudycję projektanta, swoistą grę w architekturę. Kolumienki galerii nie wyrastają ponad kolumnami parteru. Zawieszone są pośrodku arkad – tak jakby cała budowla od pierwszego piętra w górę została lekko przekręcona w stosunku do parteru. Gdy patrzymy na pięć rzędów kolumn zawieszonych w powietrzu, możemy odnieść wrażenie, że [Marek] Leykam zakpił też sobie z zasad grawitacji.”

Budynek mieści się na ul. Wspólnej, ale tył można obejrzeć z ul. św. Barbary. Powstał ok. 1952 r., jako siedziba Prezydium Rządu. Obecnie mieści się w nim centrum konferencyjne Uffizio Primo.

Kamienice na Żurawiej.
ul. Książęca.

Że płynęła tędy kiedyś jakaś rzeczka, najłatwiej wyobrazić sobie w okolicy Parku Na Książęcem.

Szpital Orłowskiego na Czerniakowskiej (dawny ZUS) projektu Romualda Gutta i Józefa Jankowskiego. Lata 30.
Mural powstańczy na jednej z kamienic na ul. Wilanowskiej.

Głowy nie dam, gdyż miejsce to nie jest oznaczone na żadnej mapie, ale to prawdopodobnie tu, u wylotu ul. Wilanowskiej, znajduje się ujście skanalizowanej Żurawki do Wisły.

Rzeczy

Wynik mojego eksperymentu – znajdź w domu rzeczy, które są z Tobą „od zawsze” – wypadł naprawdę zaskakująco. Nie przypuszczałam, że jest ich tak mało. Fakt, część została u mamy, dużo rzeczy musiałam dokupić, wyprowadzając się od niej, parę rzeczy pewnie przeoczyłam, ale i tak… Rzeczy w moim życiu pojawiają się i znikają. Owszem, sporo z nich jest ze mną od dawna, ale nie od czasów dzieciństwa lub czasów sprzed moich narodzin.

A jest ich – no właśnie – dużo czy mało? Gdy kilka lat temu przeprowadzałam się z Mokotowa na Żoliborz, przyjaciel, czerwony na twarzy od „zawijania w sreberka” moich licznych bibelotów, był zszokowany ich ilością. Ostatecznie jednak wszystkie bez problemu mieściły się w jednym pokoju z kuchnią (obecnie w dwóch). A przewieźć się dały jedną niedużą furgonetką. Ciuchy zajmują dwie nieduże, jednodrzwiowe szafy, jedną komodę i parę szuflad w innych miejscach. Najwięcej miejsca zajmują książki, ale ich też nie ma tak znów dużo. Sporo roślinek. Trochę wspomnianych bibelotów, trochę efektów moich zbierackich skłonności (kamyczki, muszelki). Parę garnków i innych niezbędnych utensyliów kuchennych i innych, „gospodarczych”. Wszystko.

Nie wiem więc, skąd u mnie ciągłe przekonanie (nasilające się podczas sprzątania), że mam tych rzeczy za dużo. Gdyby było to łatwe do zrobienia (a nie jest), pozbyłabym się połowy z nich. Jednocześnie, będąc w sklepie czy na targu (zwłaszcza staroci), najchętniej kupiłabym co najmniej połowę asortymentu (choć z reguły, na szczęście, tego nie robię). Miotam się między ascetycznym pustelnikiem a niepohamowanym konsumpcjonistą. Coś w rodzaju bulimii, tyle że miejsce jedzenia zajmują u mnie przedmioty niejadalne. Coś jest ze mną nie tak?

Sprawę trochę wyjaśniła mi książka Tary Button „Masz wszystko, czego potrzebujesz”. Za moje ciągoty do kupowania odpowiedzialne są koncerny i zatrudniane przez nie sztaby marketingowców i speców od reklamy, wykorzystujące wszystkie możliwe sztuczki psychologiczne, które mogą skłonić mnie do kupowania, kupowania, kupowania… Czasem zresztą uciekają się do bardziej radykalnych metod, czyli tzw. planowego postarzania produktów lub zamaskowanego postarzania, tj. projektowania ich tak, by utrudnić lub wręcz uniemożliwić naprawę. W pierwszej części książki autorka szczegółowo opisuje te praktyki, wspierając się wieloma wynikami badań, a w drugiej radzi, jak się im przeciwstawiać. Jest to więc po części książka publicystyczna, poradnik psychologiczny i w końcu poradnik praktyczny, z którego można dowiedzieć się, jak dbać o pralkę czy o ubrania z kaszmiru, żeby służyły nam dłużej.

W książce jest też część praktyczna, ćwiczeniowa. Czytelnik może poćwiczyć na sobie – dowiedzieć się, co jest dla niego naprawdę ważne w życiu albo jaki ma styl ubierania się. Niektóre ćwiczenia wymagają jedynie kartki papieru, ołówka i chwili zastanowienia, inne – wywalenia z szaf i przejrzenia wszystkich ubrań i butów. Mnie spodobało się jedno ćwiczenie: napisz własną reklamę – czegoś niematerialnego, co ma dla ciebie dużą wartość. Zabawiłam się w copywritera i napisałam reklamę przyjaciela:

Przyjaciel – antydepresant, painkiller, środek uspokajający, preparat pobudzający i zwiększający kreatywność, suplement wspomagający wszystkie zmysły i lek na ból dupy w jednym.

Wszystko napisane jest lekkim, dowcipnym językiem. Na koniec cytacik z pierwszego rozdziału:

Rajstopy mojej babci mogły przetrwać wieczność. Były tak mocne, że z powodzeniem można było używać ich do holowania auta. Babcia miała dwie pary, które nosiła i prała na zmianę. Niestety, później przemysłowcy postanowili zmienić technologię ich produkcji, i to wcale nie na lepsze. W efekcie, kiedy ja sięgam po rajstopy, czuję się tak, jakbym grała w rosyjską ruletkę. Nigdy nie mam pewności, czy nie skończę z dziurą jeszcze przed południem.

Maleńka

Byłem na trzech wojnach i swego czasu naoglądałem się zabijania. Ale ta nowa banda, która przejmuje władzę, to najbardziej wyrachowane, najpodlejsze dranie, jakich widziałem, i szczerze mówiąc, śmiertelnie mnie przerażają. Niech pani zapamięta moje słowa, jak tylko uda im się pozbyć nas, starej wiary, zastąpią nas ślicznymi młodymi mężczyznami i kobietami, jak pani sama, którzy będą za nich odwalać brudną robotę. Będą sprzedawać swoje śmieci i dławić wszystkich, chowając się za drzwiami swoich gabinetów, zarabiając miliony i śmiejąc się z nas, kiedy cały kraj będzie się rozpadał! (Howard Kingsley, Stary Dziennikarz Telewizyjny)

Zamknięci w wariatkowie czy nie, wszyscy jesteśmy szaleni. Ale przynajmniej ci w zamknięciu są obserwowani. To już coś. Trzeba się niepokoić tymi, którzy są na wolności, którzy konstruują bomby, które mogłyby z osiem razy wysadzić cały świat w powietrze. Jeżeli to nie jest wystarczającym powodem do zamknięcia w szpitalu psychiatrycznym, to nie wiem, co jest. (Tennessee Williams, pisarz)

James miał kompletny mętlik w głowie. Dopiero co przyjechał z Francji, podobnie jak ojciec uczył się w najbardziej ortodoksyjnych szkołach katolickich i wychowano go w przekonaniu, że kłamstwo jest grzechem przeciwko Bogu. Nie powiedziano mu, co oznacza litera M koło nazwiska, że okaże się najważniejszą cechą jego osoby. Nie rozumiał, że w Ameryce jedna szesnasta krwi murzyńskiej eliminuje całą białą krew i w obliczu prawa robi z ciebie Murzyna. Jak można to było rozumieć? (James Le Guarde, lekarz, „biały Murzyn”)

Och, słoneczko, powodów mogło być sto. Może kogoś poznała, a może po prostu doszła do punktu krytycznego, żyjąc na co dzień w takim stresie. Wiesz, każdy inaczej radzi sobie ze stresem. Ale bardzo prawdopodobne, że nagromadził się przez lata i w końcu nie mogła już znieść presji, któregoś dnia miała coś w rodzaju załamania nerwowego i straciła kontakt z rzeczywistością. Mówiąc po prostu, któregoś dnia się urwała. Ciągle się słyszy o takich rzeczach. Ludzie wychodzą do sklepu i już nie wracają, po prostu znikają z powierzchni ziemi. (Doktor Diggers, psychiatra)

Tak jak to przewidział Howard Kingsley, dzienniki telewizyjne zaczęły podawać informacje, jakich jeszcze pięć lat wcześniej w ogóle nie brano by pod uwagę. Biznes informacyjny ogarnęła taka gorączka, że ludzkie istoty zaczęły masowo polować na inne ludzkie istoty. Talk-showy oferowały pieniądze każdemu, kto zgodził się przyjść i opowiedzieć o swym życiu seksualnym lub odbyć rodzinną wolną amerykankę. Ten kres prywatności wyraźnie wskazywał, czyje czasy nadeszły. Naświetlanie najgorszych ludzkich zachowań stało się wielkim biznesem, a im więcej programów walczyło o popularność, tym bliżej dna upadały.

Cytaty z książki Fannie Flagg „Witaj na świecie, Maleńka”.

Akcja powieści toczy się w Ameryce lat 70-tych, z licznymi retrospekcjami. Główna bohaterka, Maleńka, to robiąca karierę w mediach młoda dziennikarka, która wycofuje się z wyścigu szczurów, by wieść spokojne życie na amerykańskiej, idyllicznej prowincji, nieskażonej wielkomiejskim zepsuciem. Bajeczka dla grzecznych dziewczynek, choć – jak wskazują powyższe wyimki – sporo w niej trafnych obserwacji. No i dowiedziałam się, jak mało wiem o segregacji rasowej w Stanach w czasach jeszcze niedawnych. O „białych Murzynach”, ukrywających się „po drugiej stronie” na przykład. Nie miałam o tym pojęcia.

***

Wpis w ramach utrzymywania kontaktu z rzeczywistością.

Plac Trzech Krzyży

Ostatni, najkrótszy spacer w okolicach pl. Trzech Krzyży. Część zachodnia i ulice za nią zabudowane są socrealistycznymi gmaszyskami ministerstw i urzędów oraz hotelem Grand, również z tej epoki. Kiedyś w jednym z budynków mieściło się kino Iluzjon (obecnie przeniesione na Mokotów), w którym można było obejrzeć klasyki kina. Dzisiaj pusto tu i ponuro. Adekwatnie do mojego nastroju.

„Daszek” nad wejściem do hotelu Grand. Coś w rodzaju kamiennej wersji blachy falistej.
Kościół św. Aleksandra. Pasy na jezdni wydeptane butami licznych demonstrantów.

Mysia

Ciąg dalszy wędrówki Traktem Królewskim – powrót do ostatniego odcinka Nowego Światu (po stronie zachodniej), od Alej Jerozolimskich do placu Trzech Krzyży. Mieści się tu Bank Gospodarstwa Krajowego i Polska Agencja Prasowa, a kiedyś, na malutkiej uliczce o wdzięcznej nazwie – Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, czyli cenzura. Dzisiaj na Mysiej mieści się pomnik, chyba jedyny w Warszawie, po którym jeżdżą samochody. Ma bowiem postać czarnego pasa biegnącego wzdłuż całej uliczki (która zasadniczo jest deptakiem). Urzędu nie ma, cenzura oczywiście ma się dobrze.

Widok z ul. Brackiej na kościół św. Aleksandra na pl. Trzech Krzyży.
Kamienica Pod Gryfami.
Jedna z ostatnich (czy raczej pierwszych) kamienic Nowego Światu.
Modernistyczny, przedwojenny budynek BGK, z płaskorzeźbami Jana Szczepkowskiego.

Uniwersytet Warszawski

Kolejny spacer „przy okazji”. Załatwiałam bowiem dzisiaj Sprawę na terenie kampusu najważniejszej warszawskiej uczelni. Nic nie załatwiwszy (epidemia – żeby wejść do budynku, trzeba się najpierw umówić telefonicznie z lekarzem – jak rozumiem, tutejsi pracownicy należą do tych 5% jeszcze niezaszczepionych…), udałam się na obchód terenu. Nie znam go bowiem zbyt dobrze, gdyż UW nie jest moją Alma Mater.

Studenta przybywającego na Krakowskie Przedmieście wita zabytkowa tabliczka z adresem – uniwerek znajdował się kiedyś w Komisariacie I Warszawa.

Potem student idzie do rektoratu (w Pałacu Kazimierzowskim, w tle), a następnie rozpoczyna naukę w takich oto pięknych budynkach.

Niektóre miały sławnych lokatorów – w tym mieszkał Chopin.

W tym budynku mieściła się dawniej uniwersytecka biblioteka. Ale zrobił się dla niej za mały i obecnie student musi drałować Oboźną w dół na Powiśle do nowego BUW-u (tego z ogrodem na dachu).

Nie zawsze tam dociera, albowiem po drodze jest klub „Harenda”. Niestety teraz zamknięty.

Ale dla chcącego nic trudnego. W trunki i zagrychę można się zaopatrzyć w delikatesach i urządzić domówkę.

Posilony, student wraca do wytężonej pracy (prawie tak wytężonej, jak tych siłaczy podtrzymujących balkon przed wejściem do Muzeum UW).

A tutaj studenci mają zajęcia z przysposobienia obronnego ;-).

Na terenie kampusu jest sporo intymnych zakamarków.

Poznawszy atrakcyjnego studenta płci przeciwnej (albo i tej samej), nasz student może się z nim/nią udać np. tutaj, na szczyt skarpy nad Parkiem Kazimierzowskim.

Ewentualnie (jeśli na przykład pada) do okolicznej bramy.

Zmęczony nauką student może odpocząć na jednym ze skwerów.

O, tak właśnie.

I ani się obejrzy, a tu już zostaje tylko weekend do magisterium.

A trzeba przerobić całego Sofoklesa…

Może jakiś bryk będzie w księgarni?!

Albo się nawrócić i poprosić o wstawiennictwo u sił wyższych Prymasa Tysiąclecia?

Gdy już student szczęśliwie przebrnie przez końcowe egzaminy i obroni pracę dyplomową, może wreszcie opuścić mury tego szlachetnego przybytku i zastanowić się, co dalej.

Dalsza kariera naukowa w PAN-ie – jakiś nowy przewrót kopernikański?

Jakieś nowe odkrycie?

Czy może bardziej opłaci się dyplom oprawić w ramki…

…i zatrudnić na kasie w Biedronce na Nowym Świecie? (Wersja Biedry de luxe – dla kasjerów z wyższym wykształceniem).

Wiedza z filozofii (zwłaszcza na temat stoików) na pewno przyda się w kontakcie z tzw. trudnym klientem.