Muranów Południowy – część wolska

W lipcu zeszłego roku przechadzałam się po śródmiejskiej części Południowego Muranowa, dzisiaj dotarłam na jego część wolską, na Nowolipkach. Wygląda bardzo podobnie do swojego śródmiejskiego odpowiednika, choć miejsc wartych uwiecznienia jest tu znacznie mniej.

Kościół św. Augustyna.

Tylko on ocalał z wojny w tej okolicy. Na wstrząsającym powojennym zdjęciu można obejrzeć jego sylwetkę sterczącą pośród morza gruzów. W latach 50. miejsce tzw. „cudu na Nowolipkach”.

Irena Kwiatkowska – jeden z cyklu murali „Kobiety Woli”.
Kolejny wolski szpital, tym razem położniczy – św. Zofii.

Szczególnie mi bliski, bowiem to tutaj mała Typikal po raz pierwszy otworzyła oczy i zaczęła uważnie obserwować otaczający ją świat. Prawdopodobnie wydała też pierwszy krzyk, ale – znając ją – nie był zbyt głośny.

Stan ducha

– Myślałam zawsze, że to piękny i wzniosły stan ducha, szlachetny i godny, nawet, jeżeli unieszczęśliwia. Przecież tyle ballad ułożyłam o czymś takim. A to jest organiczne, Geralt, podle i przejmująco organiczne. Tak może się czuć ktoś chory, ktoś, kto wypił truciznę. Bo tak, jak ktoś, kto wypił truciznę, jest się gotowym na wszystko w zamian za odtrutkę. Na wszystko. Nawet na poniżenie.

– Essi. Proszę cię…

– Tak. Czuję się poniżona, poniżona tym, że wszystko ci wyznałam, zapominając o godności, która każe cierpieć w milczeniu. Tym, że moim wyznaniem wprawiłam cię w zakłopotanie. Czuję się poniżona tym, że jesteś zakłopotany. Ale ja nie mogłam inaczej. Jestem bezsilna. Zdana na łaskę, jak ktoś złożony chorobą.

[…]

***

– Jesteście w błędzie, panno Essi – rzekł spokojnie Agloval. – Dowiemy się, dokąd prowadzą te schody. Więcej, zejdziemy tymi schodami. Sprawdzimy, co jest po tamtej stronie oceanu, jeżeli w ogóle coś tam jest. I wyciągniemy z tego oceanu wszystko, co tylko da się wyciągnąć. A jeśli nie my, to zrobią to nasze wnuki albo wnuki naszych wnuków. To tylko kwestia czasu.

Andrzej Sapkowski, „Miecz przeznaczenia”, Supernowa, Warszawa 2004.

Kolonia Wawelberga

Czyli najstarsze warszawskie osiedle mieszkaniowe, założone z inicjatywy bankiera i filantropa Hipolita Wawelberga i jego żony Ludwiki w latach 1898-1900. Było to, jak na Wolę przystało, tanie osiedle robotnicze. Istnieje do dzisiaj, na Młynowie, wpisane zostało na listę zabytków i jest właśnie odnawiane.

Na parterze jednego z budynków, od strony ul. Górczewskiej, działa od 1925 r. cukiernia Zagoździńskiego, z podobno najlepszymi pączkami w Warszawie. Nie dane mi było tego sprawdzić organoleptycznie niestety, bo na drzwiach wisiała dziś po południu kartka „pączki sprzedane”.

Tablice upamiętniające mieszkańców Woli wymordowanych przez okupantów podczas powstania warszawskiego wiszą na co drugim starym wolskim budynku, tutaj również.

Hipolit Wawelberg w bramie…
…i na murze, z żoną.

To już budynek dawnego Szpitala Wolskiego, obecnie Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc. Również personel i pacjenci tego szpitala podczas powstania nie uniknęli wolskiej rzezi – podczas „czarnej soboty” 5 sierpnia 1944 r. zginęło ponad 360 osób.

Pomnik przed szpitalem upamiętniający masakrę.

Na Woli to albo osiedla robotnicze, albo szpitale, albo cmentarze. Na ul. Działdowskiej kolejna placówka służby zdrowia jeszcze sprzed wojny:

Budynek Kasy Chorych m. st. Warszawy z 1928 r., obecnie szpital dziecięcy.

Ogrody Ulricha

Czyli piękne miejsce w niepięknym sąsiedztwie galerii handlowej Wola Park. Otwarcie całego kompleksu, łącznie ze szklarnią, zaplanowano na październik, ale wybrałam się już dzisiaj do części, która już jest otwarta. Wrócę jesienią.

Najstarszy w Warszawie zakład ogrodniczy założył Jan Bogumił Ulrich, ogrodnik Ogrodu Saskiego w 1805 r. Jego syn, Jan Krystian Ulrich, przeniósł go z ul. Ceglanej (obecnie Pereca) w okolice wsi Górce. Swoją nazwę wzięła od niego dzielnica Ulrychów, ale obecnie ogrody znajdują się nie na Ulrychowie, ale na Kole. Częścią zakładu był nieduży ogród pokazowy i to po nim sobie dziś pospacerowałam.

Od ul. Górczewskiej ogród wygląda, jakby za chwilę miał eksplodować i wyłamać ogrodzenie.

Jeden z pomnikowych buków zwyczajnych.
Pomnik Jana Krystiana Ulricha.
W drodze powrotnej – ciekawa adaptacja starej kamienicy.
Metro Księcia Janusza.

Kolejna niedawno otwarta stacja, na której jeszcze nie byłam. Zielona.

Zielono-szklarniowa?
Ale zakończmy ogrodem.

Park im. Księcia Janusza

Mniejszy i skromniejszy z dwóch kolskich parków (większy – Park Moczydło odwiedziłam w marcu zeszłego roku przy okazji zdobywania Korony Warszawy). W latach 30. ubiegłego wieku na tym terenie wybudowano osiedle drewnianych domów dla uboższych mieszkańców Woli, tzw. Drewniane Koło. Osiedle spalono podczas powstania warszawskiego, mieszkańców wypędzono. Pozostałościami po nim są niektóre alejki parku, biegnące śladem dawnych ulic osiedla oraz górki, usypane z pozostałości domów, głównie kominów. Park graniczy z Laskiem na Kole i nie jest zbyt tłumnie odwiedzany, głównie chyba z powodu ustawionych tam tabliczek…

Ja jednak na wściekliznę jestem zaszczepiona, zatem śmiało ruszyłam w alejki :-). A brak ludzi zupełnie mi nie przeszkadzał.

Największą atrakcją parku jest pumptrack, na którym szaleją chłopcy na bmx-ach.

To chyba jedna z tych gruzowych górek, ale nie jestem pewna.
Na lewo do parku, na prawo do lasu.
Jest i pasieka.
Jeszcze jedna górka.

Mankamentem parku (oprócz wścieklizny) jest szum z biegnącej nieopodal trasy szybkiego ruchu, który słychać zwłaszcza w jego zachodniej części.

A książę Janusz? Ma swoją ulicę, park i nawet stację metra, musiał na nie zasłużyć. Był księciem warszawskim z dynastii Piastów w okresie rozbicia dzielnicowego, na przełomie XIV i XV wieku. A zasłużył tym, że przeniósł swoją siedzibę z Czerska do Warszawy i zbudował w niej swój zamek (najstarszą część późniejszego Zamku Królewskiego). Jego grób znajduje się w katedrze św. Jana na Starym Mieście.

Osiedle WSM Koło II

Po drugiej stronie ul. Obozowej, naprzeciwko osiedla TOR, leży osiedle powojenne (z lat 1947-50), które wygląda jak przedwojenne (może nawet bardziej niż to pierwsze). Zaprojektowało je bowiem małżeństwo – Helena i Szymon Syrkusowie – przedstawiciele przedwojennej, architektonicznej awangardy. Od 2008 r. osiedle figuruje w rejestrze zabytków. Bardzo tu „lecorbusierowsko”. I bardzo ładnie. Moim zdaniem jedno z najładniejszych osiedli nie tylko na Woli, ale i w Warszawie. Szkoda, że wybrałam się na nie o nie najlepszej godzinie i zdjęcia wyszły takie sobie.

W pierwszej chwili myślałam, że gołąb jest namalowany na ścianie budynku, ale na drugim zdjęciu go nie ma, zatem jest prawdziwy.

Patron osiedla, dłuta Wiesława Mueldner-Nieckowskiego.
Przedszkole przez wakacje trochę zarosło ;-).
Przedszkole z drugiej strony.
Stupa House.

Można tu nie tylko pokontemplować (architekturę), ale i pomedytować.

Ja wolę kontemplować Uśmiech Heleny, czyli „falujący galeriowiec”.

Chodzi oczywiście o Helenę Syrkusową.

Komu sera?

W tym budynku nietypową pamiątkę – rysunek syrenki na ścianie mieszkania – zostawił Pablo Picacco, wizytujący to osiedle w ramach Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju w 1948 r. Małżeństwo, które się do mieszkania następnie wprowadziło, przez kilka lat musiało znosić niekończące się wycieczki amatorów sztuki, pragnących ujrzeć na własne oczy dzieło słynnego artysty. Już to widzę – mąż z żoną siadają do obiadu, a tu dzwonek do drzwi, za drzwiami podnieceni amatorzy, wchodzą, podziwiają, pomidorowa stygnie… W sumie nie dziwię się, że zamalowali. Szukałam tablicy upamiętniającej to wydarzenie, która podobno jest gdzieś na bloku, ale nie znalazłam. Kto ciekaw, niech sobie wygugluje „pablo picasso syrenka”.