











Rezerwat utworzony w 1980 r., będący częścią Lasów Chojnowskich, należący w przeszłości do rodu Sobieskich a następnie Branickich. Na dzisiejszy spacer do największego lasu w granicach Warszawy wybrałam się w okolice Parku Kultury w Powsinie.




Las różni się od Kampinosu, ponieważ jest to grąd – wielogatunkowy las liściasty z przewagą dębów, lip, grabów i klonów.





Z okazji Europejskiego Dnia Parków Narodowych wybrałam się do najbliższego parku narodowego, do którego z Warszawy można dojechać zwykłym autobusem miejskim (nawet nie podmiejskim), i to w całkiem ciekawe miejsce, czyli ścieżkę wokół Opalenia. Już kiedyś to tutaj pisałam, ale powtórzę – Warszawa jest jedyną stolicą europejską, która bezpośrednio graniczy z parkiem narodowym. KPN nie jest może jakimś szczególnie spektakularnym parkiem, ale swoje uroki ma, a ścieżka wokół Opalenia jest poprowadzona w taki sposób, że na trasie ok. 4 km można obejrzeć prawie wszystkie rodzaje tutejszych ekosystemów. Z okazji słonecznej niedzieli (i może też tego Dnia) było sporo ludzi, ale większość na szczęście zdecydowała się spędzić czas na Polanie przy kiełbasach. Reszta poszła jednak w las i – co mnie niezmiernie zdziwiło (a może i nie zdziwiło) – w podsłuchanych rozmowach przewijał się przede wszystkim temat pracy lub szkoły (ewentualnie OFE). Tylko jedna starsza pani z jakimś młodym chłopakiem rozmawiali o tutejszej przyrodzie.






Niestety na razie żadnych motyli.










Syrenka, Świątynia Opatrzności i pałac w Wilanowie (widoczny raczej tylko przez lornetkę) z jednego balkonu – niektórzy to mają widoki z okna.

Zaległy spacer majówkowy.

Muszę tu przyjść wieczorem.

Z dala od muzyki, dmuchańców i cukrowej waty. I tylko ten billboard w oddali…
*
Dzień Flagi rozpoczął mi się od spalenia biało-czerwonej. Nie, nie sprofanowałam narodowego symbolu. Po prostu rano najpierw poczułam swąd, potem za oknem zobaczyłam dym, potem przyjechała straż i podlała mi kwiatki na balkonie, a potem zobaczyłam, jak z balkonu sąsiadów, którzy prawdopodobnie wyjechali na majowy weekend sfruwa płonący biało-czerwony skrawek materiału. Pewnie znowu niedopałek od lokatorów z góry. Palcie sobie, ale do cholery, są popielniczki.
Najstarsza część ursynowskiego osiedla z końca lat 70. i początku 80. Pamiętam czasy, gdy wyglądało ono jak w serialu „Alternatywy 4”. I bywałam tu często. I dzisiaj wybrałam się na kolejny spacer sentymentalny, bo już nie ma tej, do której tu przyjeżdżałam.


Jeden z takich kotów mieszkał ze mną kilkanaście lat. S. mi go przyniosła pewnego dnia.





Czyli jedna z ursynowskich rzeźb. W labiryncie ursynowskich uliczek wskazywał mi, czy dobrze idę – najpierw do autobusu, potem do metra Ursynów.


Spacer tylko jeden (!), więc chociaż zdjęcie inne. Nie był to dobry miesiąc, oj nie.

S., 1953-2026.



