Nrowa

Hunt for treasure. Go to geochacing.com and thingsites.com/geotour.

Wróciłam na miejsce ukrycia skarbu, żeby udokumentować jego odnalezienie. Nie byłam tego dnia pierwsza.

Ideą geochacingu jest nie tylko zabawa w tropicieli, ale i wynajdywanie i pokazywanie innym ciekawych bądź pięknych miejsc. Właściciel tego cache’a, o nazwie „Nrowa”, chciał pokazać urodę rzeczki przepływającej obok, czyli Utraty. (Nrowa to jej dawna nazwa). Prawdziwe skarby znajdują się bowiem nie pod spróchniałym pniem, ale w jego bliższej i trochę dalszej okolicy.

Z daleka wygląda to niepozornie…
Za to z bliska…
Tajemnicze bąbelki.

Utrata jest podobno jedną z najbardziej zanieczyszczonych rzek na Mazowszu, ale na tym odcinku wydawała się być całkiem czysta. Widzieliśmy w niej żaby.

Wśród okolicznych drzew (tych, których nie ścięły bobry), rozpanoszył się bluszczyk kurdybanek.

Znaleźliśmy też szałas…
…i kawałek pustyni.

Turn o’er a rock and see what’s there.

Korzonki, mrówki, małe larwy i wijący się potwór.

Żeby zakończyć jakimś milszym widokiem:

Fiołek mandżurski.

Mysie uszko

Myosotis.

Niezapominajka, niezabudka, mysie uszko, myosotis. Z okazji jej święta posadziłam ją w końcu w doniczce na balkonie. Trochę rachityczna, ale była ostatnią, jaką miała pani na stoisku kwiaciarnianym na bazarku. Mam nadzieję, że odbije.

Zakwitły też wreszcie kasztanowce (a matury trwają już przecież w najlepsze, chłopaki w garniturach nerwowo jarają szlugi pod szkołą od początku maja). Rosną mi przed blokiem dwa, jeden bardzo dorodny. Zdrowiutkie, szrotówek kasztanowcowiaczek jeszcze ich tu nie znalazł.

***

Update:

Jeszcze jedna niezapominajka – ogródkowa:

Sadzę las

Plant a tree.

Nie posiadam ogródka, w którym mogłabym jakieś drzewo posadzić, więc sprawdziłam, czy można to zrobić jakoś inaczej. Można. W Internecie jest sporo stron, poprzez które można „posadzić” drzewa, a nawet całe połacie lasu. Ja posadziłam 10 m2, co kosztuje 35 zł. Wybrałam stronę Fundacji Las Na Zawsze, bo w jej radzie naukowej zasiada dr Łukasz Łuczaj, etnobotanik, jeden z autorów działu przyrodniczego „Przekroju” (tej wiosny poleca przepis na „zielone kule z Kaukazu”).

Łowcy skarbów

Visit the old haaf station at Fethaland, keeping an eye open for purple saxifrage on the way.

Stacji rybackiej w Warszawie nie uświadczysz, natomiast skalnicę (saxifrage) wypatrzyłam dzisiaj w ogródku przyjaciela. Łacińskie słowo saxifraga znaczy „łamiący skałę”.

Kwitnie też (lub nabrzmiewa) dużo innych roślin.

Gdy przyjaciel zajmował się budową wybiegu dla zwierzyny, ja bawiłam się w pastuszka, a po południu wybraliśmy się na rowerową wycieczkę, po drodze zbaczając na chwilę z drogi, by poszukać skarbów.

Hunt for treasure. Go to geocaching.com and thingsites.com/geotour.

Właściwie to najpierw (już kilka lat temu) znalazłam miejsce ukrycia skarbu, a dopiero teraz dowiedziałam się, że jest on tam ukryty…

Niestety nie miałam ze sobą długopisu, żeby udokumentować swoje znalezisko. Ale to nic, bywamy tam regularnie…: )

Po dwóch dniach na wsi czuję się, jakbym była na krótkich wakacjach.

Długa

Po czterech dniach siedzenia w domu poszłam dzisiaj w długą, a dokładniej rzecz biorąc, w ul. Długą (czyli odbyłam swój cotygodniowy spacer do Mniejsza-O-To-Kogo). Niestety pogoda i tym razem nie dopisała i swoją przechadzkę po południowych okolicach tej ulicy zakończyłam w deszczu i przenikliwym wietrze.

A propos wiatru:

Pałac Teppera-Duckerta.

Inaczej zwany Pałacem Pod Czterema Wiatrami – ze względu na figury uskrzydlonych eoli, czyli uosobień wiatrów: Boreasza, Zefira, Notosa i Eurosa. Na zdjęciu tylko trzy wiatry (ten czwarty, zmęczony, nie należy do kompanii).

Jeden z wiatrów w przybliżeniu.

Nie wiem niestety, który. W powietrzu w każdym razie wyczuwało się obecność Zefira i Notosa, czyli wiatru zachodniego i południowego.

Dentysta na Długiej.
Płaskorzeźby na bramie do Pałacu Paca (siedziby Ministerstwa Zdrowia).

Dzisiaj wyjątkowo bez radiowozów przed wejściem.

Pawilon przed wejściem do Kościoła Przemienienia Pańskiego na Miodowej.

Barokowy kościół kapucynów pełen jest zabytkowych rzeźb i epitafiów, jednak mnie jest znany głównie z ruchomej szopki, którą odwiedzałam jako dziecko w Boże Narodzenie. Szopka funkcjonuje do dziś, ale nie wiem, czy w czasach virtual reality robi jeszcze na dzieciach jakiekolwiek wrażenie.

Petenci tłoczący się do Wydziałów Ksiąg Wieczystych Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa w al. „Solidarności”.
Pałac Przebendowskich z Muzeum Niepodległości.
Przystanek Metro Ratusz-Arsenał.

Przystanek typu „2 w 1”, czyli tramwajowo-autobusowy, z wypasioną wiatą i Grubą Kaśką pośrodku. W tle wieża kościoła Ewangelicko-Reformowanego.

Planetoida

I wtedy, 100 tysięcy lat temu, kolejna planetoida uderzyła w Ziemię, tym razem trafiając w Afrykę. Ta planetoida nazywa się Homo sapiens.

To chyba najbardziej poruszające zdanie z książki Petera Ward’a „Kres ewolucji. Dinozaury, wielkie wymierania i bioróżnorodność”. Amerykański geolog i paleontolog opisuje w niej historię wymierania gatunków, począwszy od tajemniczego, Pierwszego Epizodu sprzed 245 milionów lat, poprzez Drugi Epizod sprzed 65 milionów, zakończony równie efektownym, co tragicznym w skutkach uderzeniem przybysza z kosmosu w okolice półwyspu Jukatan, aż po Epizod Trzeci, którego aktualnie jesteśmy świadkami (oraz przyczyną). Przez ostatni miesiąc podróżowałam wraz z profesorem po całej planecie w poszukiwaniu śladów odległej i bardzo odległej przeszłości. W historii Ziemi było kilka momentów, w którym kwitnące na niej życie ulegało niemal całkowitej zagładzie, powodujących za każdym razem potężne zmiany w liczbie i różnorodności gatunków pojawiających się po katastrofie. Gdyby nie gwiezdny przybysz sprzed 65 milionów lat, prawdopodobnie nie byłoby nas dzisiaj na tym łez padole, albo bylibyśmy kimś zupełnie innym. Pojawiliśmy się jednak w takiej postaci, w jakiej się pojawiliśmy, tj. bezwłosych małp i w zatrważająco krótkim czasie opanowaliśmy planetę niczym chwasty, podporządkowując ją sobie i przekształcając pod własne potrzeby, nie zważając na to, co po drodze niszczymy. Dwa pierwsze epizody wymierania miały przyczyny całkiem naturalne, trzeci jednak jest spowodowany w ogromnej części przez nas, ludzi, i to niemal od samego początku naszego istnienia. Katastrofy nie zapoczątkowali bowiem biali kolonizatorzy, przybywający do dziewiczych krain zamieszkałych przez pierwotnych, niewinnych jak dzieci tubylców. Już wcześniej zdążyli oni wytrzebić wiele gatunków zwierząt, małych i dużych. Problem spotęgował się jednak, gdy zaczęliśmy niszczyć całe ekosystemy.

Książka Ward’a, oprócz przedstawienia w przystępny i interesujący sposób historii życia na Ziemi od pojawienia się na niej pierwszych kręgowców, przeanalizowania wszystkich teorii na temat przyczyn katastroficznych wymierań, w ostatniej części skupia się na chwili obecnej i jej podobieństwie do „chwil” tuż przed tamtymi katastrofami. Wykazują one sporo niepokojących podobieństw, a największą różnicą jest tempo zmian. Np.: Światowe ocieplenie, wywołane przez nadmiar dwutlenku węgla i siarki, najwyraźniej doprowadziło do rozpoczęcia Drugiego Epizodu. Najbardziej niepokojącym elementem tego scenariusza jest to, że obliczone objętości gazów uwalnianych przez dekański wulkanizm są dość zbliżone do ilości dwutlenków węgla i siarki emitowanych obecnie za sprawą działalności człowieka.

Książka napisana została w początkach lat 90. i oczywiście pojawił się w niej już problem globalnego ocieplenia, katastrofy klimatycznej, przeludnienia, a także przewidywania pojawienia się zjawiska tzw. ekoimigracji ludności z terenów, na których nie da się już uprawiać ziemi do miejsc, gdzie jeszcze da się jakoś żyć. Niestety, prawie wszystkie ówczesne przewidywania naukowców jak na razie się sprawdzają…

I jeszcze jedna, być może najważniejsza rzecz:

Nasz gatunek, Homo sapiens, należy do najmłodszych na Ziemi. Czy mamy prawo skazywać inne, starsze gatunki na zagładę? […] Kto zapewni, że tylko w naszym gatunku mogła pojawić się inteligencja i że proces ten nie może się powtórzyć? Kto zagwarantuje, że z jakichś niepozornych dziś gatunków nie mogą powstać w odległej przyszłości istoty przewyższające nas mądrością, wrażliwością i dokonaniami? Kto mógłby przewidzieć, że […] z drobnych, nadrzewnych istot, umykających w popłochu na widok potężnych dinozaurów przed 75 milionami lat, narodzi się w końcu człowiek? […] Ale nawet i te gatunki, które zawsze pozostaną jedynie słabymi ogniwami większych ekosystemów, mają przecież za sobą długą, złożoną historię i jakichś przodków, którzy przeżyli prawdziwe kataklizmy. Jakim prawem mamy je teraz zabijać?

Peter Ward, „Kres ewolucji. Dinozaury, wielkie wymierania i bioróżnorodność”. Prószyński i S-ka, Warszawa 1995. (Seria „Na ścieżkach nauki”).

Majówka

Z tegorocznej pogody w długi weekend majowy ktoś jednak jest zadowolony…

Na majówkę wyległy całe ślimacze rodziny. Gdy się zbliżyć i uważnie posłuchać, słychać ich radosne piski i śmiechy. A gdy przyśpieszyć obraz, widać ich wesołe podskoki.

Pica pica

Count the birds in your garden.

…czyli sroka zwyczajna.

Wypatrzyła, że wróble wpadają do mnie się napić i zaczęła mnie odwiedzać, ale jest bardzo ostrożna. Dzisiaj przyłapałam ją na gorącym uczynku, gdy wróciłam z wizyty u Mniejsza o To, Kogo. Przez zamknięte okno nie zauważyła, że się jej przyglądam.

Fascynujące, bardzo inteligentne ptaki. Jak podaje Wikipedia, jako jedyne spoza gromady ssaków zdały test lustra (wskaźnik samoświadomości). Kiedyś obserwowałam, jak sroka drażni się z kotem, który wyszedł sobie na obchód swojego rewiru. Doskakiwała do niego i odskakiwała, głośno skrzecząc. Gdy poirytowany odchodził, biegła, podskakując, za nim i dalej go zaczepiała. Nie było tam nigdzie jej gniazda, którego by broniła. Wyglądało na to, że po prostu świetnie się przy tym bawi.

No a poza tym są to bardzo piękne, eleganckie ptaki.