Osiedle Przyjaźń raz jeszcze

Byłam tu już we wrześniu, ale tylko w części robotniczej (wielkie chałupy rodem z kołchozu). Dzisiaj odwiedziłam część inżynierską. Inżynierowie mieszkali dużo ładniej. Drewniane domki z okiennicami stoją ciasno, ogródki są małe, ale zadbane, ogrodzone zazwyczaj niewysokimi płotkami, toną w zieleni i prawie nie ma w nich tui.

Mogłabym tu mieszkać.

Szpital Zakaźny na Woli

Liczący 140 lat szpital powstał na terenie tzw. Ogrodu Ohma, gdzie pierwotnie mieścił się ogród rozrywkowy „Prado”. Działał początkowo tylko w miesiącach zimowych, a w jego ogrodach płynął strumień, co zapewniało bieżącą wodę.

Podobnie jak pozostałe wolskie szpitale odegrał ważną rolę w czasie II wojny światowej i powstania warszawskiego, zwłaszcza podczas Rzezi Woli, masowego mordu na mieszkańcach dzielnicy dokonanego przez oddziały SS i policji niemieckiej. Dzięki odważnej postawie personelu uniknął losu pozostałych wolskich szpitali, w których okupanci dokonali masowych egzekucji. Wielu pracowników szpitala było zaangażowanych w działalność konspiracyjną, udzielano tu schronienia i pomocy powstańcom i mieszkańcom Woli, choć ze względu na specjalizację szpitala i brak oddziału chirurgicznego ciężej rannych odsyłano do Szpitala Wolskiego. Szpital uniknął rzezi, co jednak nie znaczy, że nie zginęli w nim ludzie. Zastrzelono m.in. kierownika szpitalnej apteki, a w „czarną sobotę” 5 sierpnia 1944 r. kolejnych kilkanaście osób – pracowników, pacjentów i ukrywających się w szpitalu mieszkańców. Po zajęciu szpitala przez Niemców (urządzili tu punkt opatrunkowy) na dziedzińcu szpitala powieszono dwóch młodych powstańców. Szpital zakończył działalność pod koniec października 1944 r., pacjentów i personel szpitala ewakuowano, a w opuszczonym budynku Niemcy urządzili magazyn amunicji i materiałów wybuchowych. Jego wybuch doprowadził do częściowego zawalenia gmachu. Gdy w 1950 r. powzięto decyzję o odbudowie pawilonu szkarlatyny, na jego terenie odnaleziono przypadkiem 12 ton trotylu. Władze wojskowe, mimo niebezpieczeństwa, nie zdecydowały się na ewakuację przepełnionego szpitala. Po dwóch tygodniach życie powróciło do normy, a o zagrożeniu wiedziała tylko część personelu. (Ciekawe, czy było to przed, czy po tym, jak trafiła tam jako dziecko moja mama, z powodu szkarlatyny właśnie…).

Takie to historie czytałam sobie dzisiaj – na Wikipedii i stronie szpitala, w zakładce „Historia”, opracowanej przez Agnieszkę Bluszcz – podczas oczekiwania na trzecią dawkę szczepionki przeciwko wściekliźnie. Będę miała z tego szpitala dobre wspomnienia – mili lekarze, pielęgniarki i panie z rejestracji („trzecia pogryziona dzisiaj – co was tak te zwierzaki kąsają?”). Ostatnio oni też przeszli próbę, nieporównywalną wprawdzie do tej z czasów wojny, ale pandemia koronawirusa na pewno dała im się solidnie we znaki.

Budynek dawnej szpitalnej kaplicy (obecnie laboratorium).

Rynna wodna

Trudno się nie zachowywać tak, jakby wszystko było takie, jak się wydaje.

***

Nie, to nie głupcy stają się mistykami. Potrzeba pewnej inteligencji i wyobraźni, żeby sobie uprzytomnić niezwykłą dziwność i tajemniczość świata, w którym żyjemy. Głupcy, ci niezliczeni głupcy wszystko przyjmują jako oczywiste, ślizgają się pogodnie po powierzchni i ani myślą pytać, co jest pod nią.

***

Powiedziałbym, że większość ludzi we współczesnym oświeconym państwie demokratycznym znajduje się w tym stadium: nazbyt są świadomi, aby słuchać ślepo, ale zbyt głupi, aby zachować się rozumnie na własny rachunek. […]

Pocieszająca jest myśl – powiedział Chelifer – że współczesna cywilizacja robi, co może, aby na nowo wprowadzić reżim plemienny, tylko na skalę olbrzymią, narodową, a nawet międzynarodową. Tani druk, telefon bez drutu, pociągi, samochody, gramofony i wszystko inne umożliwia konsolidację plemion nie jakichś parotysięcznych, lecz milionowych. Sądząc po powieściopisarzach Środkowego Zachodu, zdaje się, że w Ameryce już ten proces daleko się posunął. Za parę pokoleń zdarzyć się może, że całą planetę nawiedzi jedno wielkie, posługujące się językiem amerykańskim plemię, złożone z niezliczonych jednostek zgodnie myślących i postępujących w ten sam sposób, jak postacie z powieści Sinclaira Lewisa.

(No bez dwóch zdań…).

Aldous Huxley, „Jak suche liście”, 1925. Warszawa, Czytelnik, 1981, przeł. Ewa Życieńska.

(Książka pożyczona od pewnego zaprzyjaźnionego „mistyka” ;-)).

Jeszcze na koniec – nie mogę się powstrzymać:

Ci, których irytuje bezpieczeństwo i monotonia życia biurowego, którzy pragną odrobiny emocji, aby urozmaicić codzienną rutynę, powinni wypróbować mój skromny przepis i sprowadzić sobie do kantoru rynnę wodną. To całkiem proste. Wystarczy wstrzymać się na chwilę od pracy i postawić sobie pytanie: Dlaczego ja to robię? Na co to wszystko? Czy przyszedłem na świat obdarzony duszą, która z powodzeniem może się okazać nieśmiertelna, dla tego jedynego celu, aby zasiadać co dzień przy tym biurku? Postawcie sobie te pytania z namysłem, poważnie. Zastanówcie się nawet chwilę nad ich znaczeniem, a mogę gwarantować, że choćbyście jak najpewniej siedzieli na tych swoich twardych czy wyściełanych krzesełkach, w jednej chwili poczujecie, jak otwiera się przed wami przepaść, jak zsuwacie się na łeb, na szyję, coraz szybciej w nicość.

Powieszę sobie nad biurkiem w biurze (gdy już do niego wrócę, bo wciąż na zdalnej).

Pasaż Wiecha

Czeska knajpa mieszcząca się pod moim niegdysiejszym adresem.
Vepřovy řízek – największy schaboszczak, jakiego jadłam w życiu. (Na zdjęciu nie wygląda, ale to dlatego, że talerz był gigantyczny).

Trzecia knajpa w ciągu trzech tygodni. „Fin de siècle” – jak stwierdził Przyjaciel. Merci beaucoup, mon ami!

Stare Jelonki

Zanim na Jelonkach wybudowano prl-owskie blokowiska, przed wojną powstało na terenie dawnej wsi miasto-ogród Jelonek. Nie jest jakoś specjalnie atrakcyjne, ale i tak wygląda lepiej niż wielkie, monotonne pastelowe pudła. Można też spotkać prawdziwe starocie.

Polanka na Jelonkach.

Zazwyczaj to jelonki można spotkać na polankach – na Bemowie jest odwrotnie. Polanka leży przy granicy z Wolą, obok torów kolejowych.

Pomnikowa lipa drobnolistna.

Pomieszanie z poplątaniem.

Glinianki – Jelonek i Sznajdra

Położone na Jelonkach Południowych stawy powstały na terenie wyrobisk gliny wytwórni cegieł, dachówek i ceramiki Bogumiła Schneidera, założonej w XIX w. Z wytwarzanych tu cegieł powstały m.in. pobliskie carskie forty.

Glinianki Jelonek.
Glinianka Sznajdra.

Na jej terenie nakręcono finałową scenę „Misia”, w której słomiana kukła urywa się z helikoptera i upada do stawu. W 30. rocznicę powstania filmu wykonano jej replikę i ustawiono na terenie glinianki, jednak i ten miś skończył marnie – został spalony przez wandali.

Park Górczewska

Największy (i właściwie jedyny) park z prawdziwego zdarzenia na Bemowie, konkretnie na Jelonkach Północnych.

Amfiteatr Górczewska (dawniej Michaela Jacksona).

Imieniem Króla Popu nazwano go po koncercie na Lotnisku Bemowo. Po wyjściu na jaw ekscesów „króla” szybko zmieniono nazwę.

Tężnia.
Jedna z parkowych górek.

Z tym drewnianym placem zabaw na szczycie wygląda trochę jak Golgota.