Mirowska, Marymoncka, Kopińska… Lubię hale, ich oldskulowy urok. Najładniejsza jest Mirowska, moją ulubioną Marymoncka, w której przez siedem lat robiłam zakupy. Wolałam ją od zatłoczonego Auchan, w jej części przemysłowej wyposażyłam kawał mojego żoliborskiego mieszkania – jakieś chodniczki, sitka, deska do prasowania, garnek, wentylator. Były tam też rzeczy, których nigdzie indziej nie było, np. szampon, „Rodzinny” bodaj się nazywał, w starej, przaśnej, pamiętającej designem jeszcze czasy PRL-u plastikowej butelce (takiej samej, w jakiej sprzedawano też płyny do mycia naczyń). W części kosmetycznej była lada i trzeba było czekać na panią ekspedientkę, aż przyjdzie i poda ci krem czy szminkę marki Celia. I tak sobie można było czekać… Klientkami były głównie starsze panie. Pod pewnym względem Hala była jednak bardzo progresywna, bo nieczynna w niedziele (a w soboty czynna bodaj do 14-ej) na długo zanim wprowadzono zakaz weekendowego handlu. Tęsknię za Halą.
Hala Kopińska powstała w latach 50. i była wtedy szczytem nowoczesności, figurowała nawet jako atrakcja turystyczna w przewodniku po Warszawie, obok m.in. Pałacu Kultury. Znajduje się na liście dóbr kultury współczesnej Warszawy z lat 1945-1989 Stowarzyszenia Architektów Polskich, a także w ewidencji zabytków. Obdrapana i obklejona reklamami nie wygląda jednak dzisiaj najlepiej i trudno jej zrobić ładne zdjęcie. W środku ma ciekawe sklepienie żebrowo-wachlarzowe, ale dzisiaj była niedziela (niehandlowa), więc nie było możliwości zobaczyć.































































