

Syrenka, Świątynia Opatrzności i pałac w Wilanowie (widoczny raczej tylko przez lornetkę) z jednego balkonu – niektórzy to mają widoki z okna.



Syrenka, Świątynia Opatrzności i pałac w Wilanowie (widoczny raczej tylko przez lornetkę) z jednego balkonu – niektórzy to mają widoki z okna.

Zaległy spacer majówkowy.

Muszę tu przyjść wieczorem.

Z dala od muzyki, dmuchańców i cukrowej waty. I tylko ten billboard w oddali…
*
Dzień Flagi rozpoczął mi się od spalenia biało-czerwonej. Nie, nie sprofanowałam narodowego symbolu. Po prostu rano najpierw poczułam swąd, potem za oknem zobaczyłam dym, potem przyjechała straż i podlała mi kwiatki na balkonie, a potem zobaczyłam, jak z balkonu sąsiadów, którzy prawdopodobnie wyjechali na majowy weekend sfruwa płonący biało-czerwony skrawek materiału. Pewnie znowu niedopałek od lokatorów z góry. Palcie sobie, ale do cholery, są popielniczki.
Najstarsza część ursynowskiego osiedla z końca lat 70. i początku 80. Pamiętam czasy, gdy wyglądało ono jak w serialu „Alternatywy 4”. I bywałam tu często. I dzisiaj wybrałam się na kolejny spacer sentymentalny, bo już nie ma tej, do której tu przyjeżdżałam.


Jeden z takich kotów mieszkał ze mną kilkanaście lat. S. mi go przyniosła pewnego dnia.





Czyli jedna z ursynowskich rzeźb. W labiryncie ursynowskich uliczek wskazywał mi, czy dobrze idę – najpierw do autobusu, potem do metra Ursynów.


Spacer tylko jeden (!), więc chociaż zdjęcie inne. Nie był to dobry miesiąc, oj nie.

S., 1953-2026.











Jedyny zabytek tutaj, schowany w chaszczach między działkami; w 2025 r. spłonął w nim dach.

Biegałam tędy na skróty do pracy, a także załatwiałam pewne sprawunki u jednego takiego znajomego, nie mogę powiedzieć jakie. Osiedle Rakowiec przypomina spółdzielcze bloki na Żoliborzu i nie przypadkiem, bo było częścią przedwojennej jeszcze Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej z siedzibą tamże, która budowała tanie, ale nowoczesne jak na owe czasy mieszkania dla robotników. Tu na zdjęciu jego najnowsza część, z lat 60.
Czyli ochockie zagłębie biurowe.



Mirowska, Marymoncka, Kopińska… Lubię hale, ich oldskulowy urok. Najładniejsza jest Mirowska, moją ulubioną Marymoncka, w której przez siedem lat robiłam zakupy. Wolałam ją od zatłoczonego Auchan, w jej części przemysłowej wyposażyłam kawał mojego żoliborskiego mieszkania – jakieś chodniczki, sitka, deska do prasowania, garnek, wentylator. Były tam też rzeczy, których nigdzie indziej nie było, np. szampon, „Rodzinny” bodaj się nazywał, w starej, przaśnej, pamiętającej designem jeszcze czasy PRL-u plastikowej butelce (takiej samej, w jakiej sprzedawano też płyny do mycia naczyń). W części kosmetycznej była lada i trzeba było czekać na panią ekspedientkę, aż przyjdzie i poda ci krem czy szminkę marki Celia. I tak sobie można było czekać… Klientkami były głównie starsze panie. Pod pewnym względem Hala była jednak bardzo progresywna, bo nieczynna w niedziele (a w soboty czynna bodaj do 14-ej) na długo zanim wprowadzono zakaz weekendowego handlu. Tęsknię za Halą.
Hala Kopińska powstała w latach 50. i była wtedy szczytem nowoczesności, figurowała nawet jako atrakcja turystyczna w przewodniku po Warszawie, obok m.in. Pałacu Kultury. Znajduje się na liście dóbr kultury współczesnej Warszawy z lat 1945-1989 Stowarzyszenia Architektów Polskich, a także w ewidencji zabytków. Obdrapana i obklejona reklamami nie wygląda jednak dzisiaj najlepiej i trudno jej zrobić ładne zdjęcie. W środku ma ciekawe sklepienie żebrowo-wachlarzowe, ale dzisiaj była niedziela (niehandlowa), więc nie było możliwości zobaczyć.



