Nad Raszynką

Bratowy ogródek trochę mi się już znudził, więc wybrałam się z przyjacielem na zwiedzanie okolicy. Przejechaliśmy się niedawno wybudowaną ścieżką rowerową wzdłuż miejscowej rzeczki (a właściwie strugi).

Zbiornik retencyjny.

Dużo tu wodnych ptaków, żab, wielkich ważek, przyjaciel napotkał też zaskrońca. Rybitwy polują efektownym pikowaniem z nieba prosto do wody. Niestety żadne z tych stworzeń nie chciało mi zapozować.

No, z wyjątkiem kaczek.
Psianka słodkogórz.

Z zewnątrz słodka, wewnątrz gorzka. Trująca.

Ścieżka rowerowa na razie jest trochę łysa, drzewka dopiero posadzone, za to na łąkach wokół mnóstwo kwiatów.

Raszynka (płynie do Utraty).

Pruszków

Krótki spacer po starym Pruszkowie, przy stacji wukadki. Poruszam się ostatnio na jej szlaku, między dwiema wsiami, Warszawą i Pruszkowem właśnie. Dzisiaj wybrałam się tam do Rossmanna po krem do opalania, bo w „mojej” wsi jest nie do kupienia. Nie byłabym sobą, gdybym się przy okazji trochę nie poszwendała po okolicy.

Oficyna pałacu Potulickich.

Siedziba Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego. Między III w. p.n.e a V w. n.e., w epoce żelaza, w okresie kultury przeworskiej, na terenach Równiny Łowicko-Błońskiej istniał jeden z najważniejszych ośrodków metalurgicznych w Europie.

Pomnikowe drzewa w zabytkowym Parku Potulickich.
Pałac Potulickich.

Siedziba Urzędu Stanu Cywilnego.

Pałac Teichfelda.

Niszczeje w rękach prywatnych.

Kościół św. Kazimierza z początku XX w.

Pruszkowskie kamienice:

Biblioteczka Publiczna na skwerku przy fontannie.

Kos i jeż

Sit cross-legged on the ground, close your eyes and listen to the birds.

Kos – nie dał się bliżej podejść.
W przeciwieństwie do tego pana (albo pani) – patrzyliśmy sobie w oczy dosyć długo.

Ptaki i jeże mają tu doskonałą miejscówkę – z dwóch stron ogrodu są niezamieszkane działki, gdzie nikt im nie przeszkadza, a cały ogród otoczony jest gęstym żywopłotem z mnóstwem kryjówek.

Zapylacze w pracy

Watch pollinators at work – hoverflies are major pollinators in Shetland.

In Poland too.

Przedstawiam moich współpracowników z wydziału:

Bzyg (stażysta, nie ma nic do roboty, kręci się tylko to tu, to tam).
Bzyg (nowy, nie pamiętam nazwiska).
Bzyg nadobny (udaje ważniejszego, niż jest, czyli osę).
Gniłun (następny…).
Rusałka pawik (flirtuje z Nowym).
Rusałka kratkowiec (rzadko się pojawia w robocie).
Bielinek (nijaki taki).
Czerwończyk (ten za to lubi, gdy go widać).
Tego nie znam.

Ale jakiś ambitny, sezonowa praca przy zapylaniu go najwyraźniej nie satysfakcjonuje, próbuje zaczepić się w urzędzie państwowym. Zaczął od sprawdzania poczty.

Garden Office.

Trzmiel

Follow a bumblebee.

Puchaty taki, że aż się chce go pogłaskać po tym futerku. Preferuje jeżówki, inne kwiaty go właściwie nie interesują, czasem przysiądzie na oregano, czasem na lawendzie, ale natychmiast wraca na swoje ulubione kwiatki. I z kwiatka na kwiatek, z kwiatka na kwiatek… Śledzenie go nudzi się po kilku minutach, bo właściwie nic innego nie robi, tylko je, je i je… Z rusałką pawikiem jest w dobrej komitywie, nie przeszkadza mu. Czasem tylko mruknie pod nosem: „weź się trochę posuń…”

Zielone Biuro

Niewątpliwą zaletą pracy zdalnej jest to, że można ją wykonywać nie tylko z domu, ale właściwie z każdego miejsca na świecie. Skorzystaliśmy z tej możliwości – ja i bratostwo – oni pojechali pracować zdalnie do Wrocławia, a ja – do nich. Mają dzieciaki Zieloną Szkołę, mam ja Zielone Biuro. Roboty i nerwówki w pracy dużo, ale zawsze to przyjemniej, jeśli wykonuje się ją w takich okolicznościach przyrody:

Ogródek, altana, taras, a nawet basenik dla dzieci – wszystko moje (na całe dwa tygodnie).

Miasto-Ogród Młociny

Koncepcja miasta-ogrodu pochodzi z Anglii – miała być rozwiązaniem problemu przeludnionych robotniczych miast w tym przemysłowym kraju. Miały to być tanie, dobrze rozplanowane, estetyczne, skąpane w zieleni osiedla wraz z niezbędną infrastrukturą (szkołami, szpitalami, placówkami kulturalnymi itd.). Na polski grunt ideę tę postanowił przenieść doktor Władysław Dobrzyński i na początku XX w. pierwsze takie miasto miało powstać właśnie w podwarszawskich Młocinach. I wojna światowa przerwała realizację ambitnych planów, ale po jej zakończeniu i odzyskaniu przez Polskę niepodległości powrócono do nich i przystąpiono do budowy. Latem 1925 r. zawiązała się spółdzielnia „Wspólny Dach”, której celem była budowa „tanich i zdrowotnych mieszkań”. Jak to jednak często bywa ze szczytnymi planami, wyszło jak wyszło – domy tanie nie były, a zamiast zwykłych „pracowników państwowych i komunalnych” wille, stylizowane na dworki, zasiedlali ludzie majętni – przedsiębiorcy, wyżsi urzędnicy i inni przedstawiciele elit. Wiele domów wynajmowano letnikom (za grube pieniądze).

Do czasów dzisiejszych domów pozostało niewiele, część jest zamieszkana i dobrze utrzymana, część niszczeje w chaszczach.

Willa „Janówka”.
Stróżówka (willa „Mennówka”).
…i jeszcze z drugiej strony…
ul. Dankowicka.
ul. Humanistów.

W okolicy mieści się też nowy kampus Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, intensywnie się rozbudowujący.

Przyuczelniany kościół, bardzo ładny.
Jeden z uczelnianych budynków.
Auditorium Maximum.

Młociny

Największe i najdalej na północ wysunięte osiedle Bielan, w większości pokryte lasami. Pierwsze wzmianki o osadzie pochodzą z XIV w. , do Warszawy jednak włączono je dopiero w latach 50. XX w. Przespacerowałam się dziś ich południową częścią, między hutą a Wisłostradą. Niewiele tu atrakcji, zabudowa to głównie współczesne wille i nowe, ogrodzone osiedla mieszkaniowe. Ale powietrze już inne niż w „miejskiej” części Bielan, tej przed hutą, czuje się bliskość lasu.

Najbardziej czuje się obecność Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego „Dęby Młocińskie”.
Klimacik podmiejski.
Miejscowy kościół.

Niezbyt ładny, ale dość malowniczo położony, na niewielkim wzgórzu.

Inna sakralna, dość tajemnicza budowla (Archidiecezjalne Seminarium Misyjne).

I skoro już jesteśmy przy budowlach sakralnych, to jeszcze jedna:

Hotel „Holiday Park”.

Ogromny, ale gości nie widać.

Jest tu jeszcze Państwowy Instytut Badawczy – Instytut Sportu, ale mieści się w budynku typu „Lipsk”, niespecjalnie fotogenicznym :).