Marszałkowska – część zachodnia

Ale tylko do Hożej. Niedzielny spacer po wschodniej części dał mi się we znaki.

Odcinek Marszałkowskiej między Alejami Jerozolimskimi, Hożą i Chałubińskiego jest również bardzo wielkomiejski, ale widać i tu, że wojna zrobiła swoje. Stare kamienice wymieszane są z nowszymi, a gdzieniegdzie zieją dziury, zapełnione skwerami lub parkingami. Przy samej Marszałkowskiej nie ma właściwie niczego ciekawego, powiedziałabym, że jest wręcz nudno, interesujące miejsca można napotkać zapuszczając się w Nowogrodzką, Wspólną i Hożą. Zaczęłam spacer od południowego odcinka Alej Jerozolimskich, gdzie zachował się ciąg przedwojennych kamienic (duża część Alej została podczas wojny całkowicie zburzona).

Daszek nad oknem hotelu „Polonia”.

Secesyjny hotel jest drugim – po „Bristolu” – najstarszym hotelem w Warszawie (zainaugurował działalność w 1913 r.).

Tuż obok – również secesyjna kamienica Rackmana.
Neobarokowa kamienica Hoserów.

Na parterze kamienicy działa najstarszy w Europie działający in situ, czyli na miejscu, fotoplastykon.

Za opasłymi, żeby nie powiedzieć wypasionymi, kamienicami, przywołującymi na myśl la belle epoque, następuje radykalna zmiana klimatu, czyli na scenę wkraczają Amerykanie:

Hotel „Marriott”.

Za kilka dni będzie to najlepiej strzeżony hotel na świecie, bo zapewne zanocuje tam president of the United States. Ciekawe, czy odwiedzi Ukraińców koczujących na Dworcu Centralnym naprzeciwko.

Intraco II vel Oxford Tower, czyli jeszcze trochę „Hameryki” z lat 70.
Modernistyczny gmach Urzędu Telekomunikacyjnego i Telegraficznego z lat 30.
Pamięta ktoś jeszcze, co to takiego telegraf, radiotelegraf i telefon międzymiastowy? (Piękny orzeł).

Moja mama pamięta, telefon międzymiastowy (i międzynarodowy) nawet bardzo dobrze, bo jako młoda dziewczyna pracowała jako telefonistka na centrali. Geografię ma do dzisiaj nieźle opanowaną. Całymi dniami przełączała te kabelki i wtykała wtyczki… Nie zraziło jej to do telefonów – może gadać godzinami… 🙂

O gmachu Ufficio Primo pisałam w ubiegłym roku we wpisie o rzeczce Żurawce. Na tym zdjęciu widać to, czego nie udało mi się wtedy uchwycić, czyli kopułę w dachu z charakterystycznymi bąblami.

Budynek Komuny Warszawa.
Ul. Hoża 51 – budynki dawnej fabryki serków topionych.

Ta fotka pokazuje najlepiej, jak ciężko się tu chodzi i jak trudno zrobić tu dobre zdjęcie.

Ul. Hoża 41.
Ul. Poznańska 37.
ul. Emilii Plater 25.

Na parterach tych pięknie odrestaurowanych kamienic można jeszcze czasem spotkać małe prywatne zakładziki usług wszelakich (ich jeszcze nie eksmitowano).

Pracownia szczotek i pędzli.

U przemiłego pana szczotkarza można się zaopatrzyć we wszystko, co zamiata, czyści, szoruje, czesze, szczotkuje… Albo namydla – ja kupiłam tu kilka lat temu pędzel do golenia dla brata na Gwiazdkę. Pracownia pana Barylińskiego działa od 1952 r. i pisały o nim nawet gazety – i nic dziwnego, bo ilu mamy w Warszawie szczotkarzy?

Wiosna w gaciach

No, właściwie to w Gaci. Z okazji Dnia Wagarowicza i Światowego Dnia Lasu zrobiłam sobie dzisiaj wagary i ruszyłam do Parku Leśnego Bemowo na bielańskim Radiowie. Radiowo zaś leży na terenach dawnej wsi „ulicówki” o nazwie Gać. Gać od gacenia, czyli okładania ścian domu mchem, słomą i liśćmi. Ja zaś się dziś odgaciłam, czyli po raz pierwszy wyszłam z domu w wiosennej kurtce, adidasach, bez szalika, a na głowę zamiast czapki założyłam okulary przeciwsłoneczne. Przedtem jeszcze zrobiłam pranie i pierwsze suszenie na balkonie. I ruszyłam na poszukiwanie wiosny.

ul. Księżycowa.

Wiosny jednak jak na lekarstwo (pomijając oczywiście piękną, wiosenną pogodę).

Więc jej sobie trochę nabyłam drogą kupna:

A ponieważ oprócz Dnia Wagarowicza i Dnia Lasu mamy dzisiaj także Dzień Poezji i Dzień Wierzby, więc na koniec dwa w jednym – fragment wiersza „Wierzba” Marii Czerkawskiej:

[wiersz taki sobie, ale lepszego o wierzbie nie znalazłam ;-)]

Jakimż ją władczym słowem wyrwano z niebytu,
Jakaż ją przywabiła wszechmocna tęsknota,
Że wyrosła nad krzywym, wyszczerbionym płotem,
Nad rowem pełnym rzęsy, stęchlizny i błota?

Lipkowska Woda – płynie (okresowo) do Kampinosu.

Żadna wierzba nad nią co prawda nie wyrosła, ale łatwo można sobie to wyobrazić.

Marszałkowska – część wschodnia

Między Al. Jerozolimskimi a Piękną. Chyba najbardziej miejska część Warszawy – poza skrawkami zieleni na podwórkach nie ma tu ani jednego parku czy choćby skwerku. Jeno bruk, asfalt i mnóstwo samochodów. Zabudowa to z jednej strony socrealistyczny MDM, bloki z lat 60. i przedwojenne kamienice, gdzieniegdzie zaplombowane nowszymi budynkami. Wszystko to wymieszane w kotle powojennych zniszczeń. Okolica raczej średnio nadająca się na spacery, choć ludzi kręci się sporo, ale są to w większości mieszkańcy lub bywalcy knajp, których jest tu co niemiara. Ponieważ jednak postawiłam sobie na początku zimy za cel przejście całej Marszałkowskiej wraz z przyległościami, to obeszłam i ten fragment miasta, próbując przyjrzeć mu się nieco uważniej i znaleźć coś ciekawego. I oto, co znalazłam.

Dawny hotel „Forum”, czyli Szwedzi w Warszawie.

Wybudowany w latach 70. przez Szwedów dla Orbisu hotel był po wojnie drugim co do wysokości budynkiem (po Pałacu Kultury) w Warszawie. Jak podaje Wikipedia, warszawiaków zadziwiało tempo prac i porządek panujący na budowie.

ul. Parkingowa.

Tuż za hotelem wybudowano przybytek, który również zadziwił warszawiaków oraz pozwolił im się poczuć prawie jak w Ameryce, czyli wielopoziomowy parking. Porucznik Borewicz mógł w nim udawać Kojaka, ścigając z piskiem opon uciekającego bandytę w jednym z odcinków serialu „07 zgłoś się”.

„Żyletkowiec”, zaprojektowany przez Marka Leykama.

Zaprojektowany w 1946 r. budynek wygląda zadziwiająco nowocześnie. Kiedyś na jego parterze mieściła się Główna Składnica Harcerska, której główną atrakcją była wielka makieta z kursującą kolejką elektryczną.

Monumentalna kolumnada gmachu Ministerstwa Rolnictwa.

Zdarzyło mi się w dzieciństwie kilka razy być w jego wnętrzu, gdyż ministerstwo to było ostatnim miejscem pracy mojej babci (pełniła tam niezwykle ważną funkcję… sprzątaczki).

Skrzaty z „Krainy Lodu”?

To już MDM i medalion przedstawiający zbiór winogron.

W PRL-u praca wre – nie tylko na polach, ale i w fabrykach.

A po pracy – do teatru (wtedy raczej do kina) „Polonia”, albo do kiosku Ruchu po gazetę.

Natomiast przed wojną…

ul. Nowogrodzka 12 – secesyjna kamienica Polaminów.
ul. Hoża 27 – kamienica Jochweta Taubenhausa z końca XIX w. – jedna z nielicznych warszawskich kamienic, która przetrwała wojnę.
Neogotycka kamienica Taubenhausa na Marszałkowskiej.
Ul. Wilcza 29a – wyznanie wiary na balkonie.
Podwórzowa kapliczka.

Dostęp do wszystkich kamienic jest utrudniony przez bramy z domofonami – to jedyne zdjęcie podwórkowej kapliczki, jakie udało mi się zrobić (a jest ich tu na pewno mnóstwo).

Niestety wszystkie te pięknie wyczyszczone (z lokatorów) kamienice mają swoją mroczną stronę…

Zagnieździł się w okolicy również underground – skłot „Przychodnia” na ul. Skorupki.
Beware…

A ponieważ jutro mamy pierwszy dzień wiosny, to jednak znalazłam tu także odrobinę przyrody:

Krokusy na Hożej.

Od Placu Konstytucji do Zbawixa

Czyli powrót na Marszałkowską. Dzisiaj krótki odcinek po wschodniej stronie, między Piękną a Mokotowską. I dwoma tytułowymi placami. Mieszanka socrealizmu i przedwojennej Warszawy, przeplatana współczesnym luksusem.

Róg Koszykowej i Mokotowskiej.
Anioł podtrzymujący balkon kamienicy Pawła Tuskiera na Mokotowskiej.
Zdobienia okien w tej samej kamienicy.
Trzy różne balkony do wyboru. Neorenesansowa kamienica Cechu Mularzy Chrześcijańskich na Mokotowskiej.
Pałacyk Cukrowników – siedziba Instytutu Adama Mickiewicza na Mokotowskiej.
Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy na Koszykowej.
Nowy gmach biblioteki (wraz z sąsiadującą kamienicą).

Zbiory biblioteki liczą ok. 1,5 mln woluminów, co czyni ją jedną z największych bibliotek publicznych w Polsce.

I tu małe a propos:

Przeczytałam ostatnio książkę o książce, czyli „Historię książki. Od glinianych tabliczek po e-booki” Rodericka Cave’a i Sary Ayad (Wydawnictwa Arkady). Wbrew podtytułowi autorzy dopatrują się początków „czytelnictwa” już w naskalnych malowidłach naszych praprzodków. I prowadzą nas dalej, przez… kości pawiana, leszczynowe patyczki, gliniane tabliczki, inkaskie kipu (supełki na kolorowych sznurkach), egipskie papirusy, skorupy żółwia, bambusowe listewki, liście palmowe, papierowe i pergaminowe zwoje oraz pierwsze książki w formie kodeksów (czyli formie znanej nam dzisiaj), najpierw manuskryptów, a potem drukowanych, aż po wspomniane e-booki. Poznajemy różne techniki drukarskie i ilustratorskie, dowiadujemy się, kiedy powstała pierwsza książka kucharska, pierwsze mapy świata, pierwszy atlas anatomiczny, książka z dowcipami, zapisy nutowe, pierwsze interwencje cenzury, encyklopedie i słowniki, książki dla dzieci, wykresy statystyczne i pierwsze „pornosy”, pierwsze książki dla niewidomych, pierwsza książka ilustrowana fotografiami, pulp fiction, przewodnik turystyczny itd., itd. Jest o książkach najpiękniejszych i najbardziej poczytnych, „dla ludu”. Jest o książkach na kościelnym indeksie, książkach palonych, książkach wydawanych w podziemnych drukarniach w czasie II wojny światowej (wątek polski), a także o pamiętnikach pisanych odręcznie przez ukrywających się Żydów. Jest o nanotechnologicznej Biblii na główce szpilki i książce w formie papierowego dwudziestościanu. Wszystko bogato ilustrowane, ale – niestety – moim zdaniem nieco drętwo napisane. Ale dla miłośników książek oraz tych, którzy edytorstwem się interesują (a jako absolwentka podyplomowego studium tegoż edytorstwa zapewniam, że jest to fascynująca dziedzina nauki) na pewno ciekawe.

A jeśli nie – można pójść do biblioteki, np. tej na Koszykowej, i wypożyczyć sobie jeden z tych 1,5 miliona woluminów – taki, który będzie nam bardziej pasował.

Po tym małym wtręcie bibliologicznym wracamy do spaceru.

Nowy budynek biblioteki to niejedyna nowoczesna nieruchomość w tej okolicy. Na zdjęciu powyżej penthouse na Pięknej.

Ale od Marszałkowskiej króluje socrealizm…

…czyli jedność robotniczo-chłopska.

A kiedy zadrzemy głowę…

…to zobaczymy pochód pierwszomajowy…
…albo grupkę sportowców w otoczeniu zwierzyny leśnej.
Latarnie-kandelabry na pl. Konstytucji.

I na zakończenie:

…te same kandelabry nocą.

„Siatkarka” odbija tę piłkę od 1961 r.

Smutne urodziny

Smutne, bo przygaszone umierającymi zwierzętami. W cieniu wojny, w cieniu śmierci. Nadchodząca wiosna nie budzi nadziei, choć zbliża się jak gdyby nigdy nic, jakby nic się nie stało, obojętna na całe to ludzkie i nieludzkie cierpienie. Jedne zwierzęta umierają, inne budzą się do życia. Rośliny jeszcze nieśmiało, tu kępka świeżej trawy, skrupulatnie zrywana, tam jakieś pędy, pędziki, bazie, żółci się dereń. Za chwilę wszystko wybuchnie – zielenią, kwiatami, świergotem i krzątaniną ptasią, jakże niestosownie w zaistniałych okolicznościach. Zaraz – kto tu jest niestosowny? Przyroda budząca się do życia czy dwunogi rozjeżdżające ją gąsienicami, rozrywające bombami, rozszarpujące się nawzajem na strzępy? Homo sapiens. Zakała tej planety.

Potok Służewiecki

Follow the course of a burn.

Dzisiaj pierwszy spacer po długiej przerwie, tak więc musiał być długi. Oderwałam się od komputera, telewizora i płynących z nich przygnębiających wieści i ruszyłam szlakiem kolejnego warszawskiego potoku, tym razem naziemnego (przynajmniej w przeważającej części). Zaczęłam mniej więcej w połowie jego biegu.

Potok Służewiecki jeszcze niedawno nazywany był Smródką, jednak dzisiaj raczej nie śmierdzi, choć do czystości też mu daleko. Płynie z Ochoty przez Mokotów, Ursynów i Wilanów i wpada do rzeczki Wilanówki (na chwilę przed jej wpadnięciem do Wisły). Przez większość biegu nie płynie przez jakieś szczególnie atrakcyjne rejony, ale ma swoje momenty.

Miejsce, w którym Potok wypływa spod ul. Rzymowskiego do Stawu Służewieckiego.

Przedtem płynie przez pewien czas przez zamknięty teren Wyścigów Konnych, obok murów aresztu śledczego na Służewcu, pod płytą lotniska na Okęciu… Czyli odwiedza dość interesujące, ale trudno dostępne miejsca.

Staw Służewiecki, zrewitalizowany jakiś czas temu. Przez wiele lat był całkowicie zarośnięty.
Dzisiaj ma nawet molo…
…a także własną elektrownię wodną (o mocy 3 kW). Taka ilość prądu pozwala na zasilenie ok. 50 lamp LED.
Oto ona (elektrownia) w pełnej krasie.
Trochę techniki i fizyki.

Pracująca turbina jest dobrze widoczna, niestety na zdjęciu ginie w mroku prawej komory.

Ostatni rzut oka na staw.

Tuż obok biegnie jedna z najbardziej zakorkowanych ulic stolicy. Tymczasem tutaj cisza i spokój. Krajobraz niemalże sielski.

Pozostałości po ostatnich wichurach.
Jesteśmy w mieście…
…i zarazem na wsi.
Pozostałości dawnej wsi Służew – ruiny jednego z gospodarstw przy ul. Tarniny (po której została właściwie jedynie nazwa).
Łabędzie na jednym z licznych stawów nieopodal potoku.

Za Dolinką potok ostro zakręca i zaczyna płynąć przez Stary Służew, obok ulicy Przy Grobli, którą spacerowałam w listopadzie, a potem znów zakręca i płynie wzdłuż ul. Arbuzowej.

Przy tej ulicy charakterystyczne są mostki, którymi co kilkadziesiąt metrów wjeżdża się w kolejne przecznice, a czasem wprost na posesje.
…a czasem pewnie wprost do potoku, stąd ten oto znak drogowy, dość rzadko spotykany w Warszawie.

Ul. Arbuzową docieramy do Al. Wilanowskiej i Miasteczka Wilanów, zwanego też czasem „lemingowem”. W oddali Świątynia Opatrzności, zwana też czasem „wyciskarką do cytryn”.

Chodziłam do liceum w Wilanowie i pamiętam czasy, kiedy w tym miejscu rosła kapusta. (Choć teraz też czasem spotkać można kapuściane głowy).
Okolice wilanowskiego ratusza.
Mostek Zakochanych.
Ej, zakochani, tu nie o to żelastwo chodzi…

Żeby zobaczyć, gdzie dalej płynie Potok Służewiecki, trzeba wykupić bilet.

…ponieważ w tym miejscu, zupełnie bez biletu, wpływa on na teren Królewskich Ogrodów przy Pałacu Jana III Sobieskiego w Wilanowie.

Tak, tak, nieważne, jak się zaczyna – ważne, jak się kończy. Potok Służewiecki kończy w królewskim stylu, płynąc przez park krajobrazowy południowy królewskich ogrodów.

Jeden z 200-letnich parkowych dębów.
Jeszcze efektowna kulminacja w postaci kaskady…
…i docieramy do Jeziora Wilanowskiego.

Potok wypływa potem jeszcze z Jeziora i w postaci Kanału Sobieskiego wpada do Wilanówki, ale tam już nie da się dotrzeć od strony parku. Zresztą po tylu kilometrach pieszej wędrówki nie miałabym już na to siły.

Pałac i jego ogrody to oczywiście temat na osobny spacer.

Krokus

Draw a snowdrop crocus.

Przebiśniegi rysowałam w ubiegłym roku, więc w tym – inny wiosenny kwiatek. Nie z natury co prawda, bo jeszcze nie kwitną.

***

No i mamy wojnę. W zimowym „Przekroju”, poświęconym w dużej części Rosji, znalazłam tekst, który trochę rozjaśnia, skąd się to wszystko bierze.

W podstawówce, chyba w czwartej klasie, poszedłem do biblioteki i wypożyczyłem Opowieści niesamowite z prozy rosyjskiej. Zbiór historii grozy opartych na źródłach ludowych – od Mikołaja Gogola po Antoniego Czechowa. Zapamiętałem np. historię o wiju. Przypominam sobie teraz, jak panie bibliotekarki narzekały: „Że też wam każą czytać te okropieństwa”. Byłem zdziwiony tą rusofobią, tak jak do dziś zdziwieni są nią Rosjanie. Oni do końca nie pojęli, skąd się ona u nas wzięła. Zawsze mnie pytali: „Dlaczego wchodzicie do NATO, przecież my was zawsze chroniliśmy? Nawet nasze wojska u was były”. Ich perspektywa jest zupełnie inna niż nasza; duża część ludzi naprawdę wierzy, że te wojska były po to, aby nas chronić. […]

Po 2014 r. ludzie, których dobrze znam, którzy mieli liberalne poglądy – oczywiście jak na Rosję, bo tam trzeba robić to samo zastrzeżenie co u nas, w końcu w Polsce liberałowie też nie mają wiele wspólnego z francuskimi czy hiszpańskimi – łapali mnie za rękę i mówili: „Co wy, Polacy, robicie z Ukrainą, powiedzcie, że jesteście za federalizacją Ukrainy”. Okazało się, że ludzi ogarnęła mocarstwowa gorączka. Część intelektualistów, którzy się temu nie poddali, nazywała to gwałtem emocjonalnym i propagandowymi nalotami dywanowymi. Nastał czas wielkiej mobilizacji, kiedy ludzie dołączyli do chóru, jak u Bułhakowa. Pamiętam tę euforię „krymnaszyzmu”. Ten moment, gdy wszyscy na ulicach, na ciężarówkach, w tramwajach zaczynali śpiewać jednym głosem. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to, co on pisał w Mistrzu i Małgorzacie, niekoniecznie było fantastyką. Oni mają swoją ponurą baśń z Nocnymi Wilkami, sakralnym atomem, cierpieniem za miliony i wszechświatową misją. My mamy swoich wyklętych, „żyjących prawem wilka”, wycierpieliśmy oczywiście najwięcej ze wszystkich narodów; sakralną misję też mamy, co prawda nieco zgrzebną w porównaniu z Rosją, no ale nic tam, to misja na miarę naszych możliwości. Uszczelniliśmy się, owinęliśmy drutem kolczastym, wiemy o sobie coraz mniej.

Fragment wywiadu Jana Pelczara z Jędrzejem Morawieckim, pisarzem, wykładowcą, doktorem habilitowanym i znawcą Rosji, który spędził w tym kraju sporo czasu, zafascynowany tą Mroczną Krainą.

Bardzo ciekawa rozmowa, z której można się dowiedzieć, że krótko po upadku ZSRR powietrza w Rosji było nawet znacznie więcej niż u nas („Wracałem do kraju i się dusiłem” – mówi Morawiecki). Jednak z czasem wszystko się bardzo zmieniło, a czym się skończyło, to właśnie widzimy.

The Secret Garden

Buy a notebook and „write to yourself”, sketch or jot down your thoughts and feelings, adding insights about nature as you go.

Notes jest z Włoch, robiony ręcznie, nie bele co. Co ja mówię, jest belle, na dodatek nosi tytuł jednej z moich ulubionych książek z dzieciństwa. MUSIAŁAM go kupić. Zapisuję sobie w nim od jakiegoś czasu różne różnostki, nie tylko o naturze – słowa przeczytane, filmy obejrzane, fragmenty listów otrzymanych, piosenki usłyszane, wystawy zwiedzone, nawet przepisy (te, które się udały). Wszystko to, co sprawia, że życie trochę bardziej znośne jest. Mam nadzieję, że i sketche się w nim pojawią, i roślinki, i co tylko da się zmieścić między kartkami. Może nawet jakieś myśli ;-). Niech no tylko cieplej się zrobi. Dziewczyńskie, staromodne i sentymentalne, wiem. Ale mogą faceci bawić się w dużych chłopców, to i ja mogę w dużą (odrobinę nawet za dużą) dziewczynkę się pobawić. A co!

Z okazji dzisiejszego święta – listek ze ściany pewnego domu na wsi, zerwany wczoraj.

Luty, szykuj buty

Spacery nadal symboliczne – dzisiaj zimowe mikroświaty. Na wsi nic jeszcze nie kwitnie, ale w ogródku pod blokiem bieleją już przebiśniegi, rano coraz częściej słychać ptasie śpiewy, a nie tylko wrzaski wróbli i krakanie wron. Dni coraz dłuższe (ale nie na tyle długie, żeby po pracy wybrać się gdzieś dalej) i coraz bardziej napięte. Tak, napięcie rośnie i włóczęga po chwastowisku z wzrokiem wbitym w ziemię była mi potrzebna.