



























Czyli Lotnisko Bemowo. To nie to samo co Bemowo-Lotnisko, po którym spacerowałam kilka tygodni temu. Tamto jest osiedlem mieszkaniowym (z lotniskowymi pozostałościami), a obszar MSI o nazwie Lotnisko Bemowo zajmuje… lotnisko. Oraz Las Bemowo. Największa atrakcja (i zarazem utrapienie) dzielnicy. Mam na myśli lotnisko, nie las oczywiście. Mieści się tu warszawski Aeroklub, Automobilklub, Lotnicze Pogotowie Ratunkowe i kilka szkół pilotażu. Ich małe samolociki przelatują często nad moim blokiem i ich warkot bywa uciążliwy, ale lubię je.

Zaskoczyła mnie panująca tu cisza. Słychać było głównie śpiew ptaków.






Niestety aparat w mojej komórce jest za słaby, żeby zrobić dobre zdjęcia z dużej odległości, ale przynajmniej zachód słońca dopisał. Choć nie tak, jak kilka dni temu, gdy nad lotniskiem jarzyła się wielka czerwona kula.
Byłam tu już we wrześniu, ale tylko w części robotniczej (wielkie chałupy rodem z kołchozu). Dzisiaj odwiedziłam część inżynierską. Inżynierowie mieszkali dużo ładniej. Drewniane domki z okiennicami stoją ciasno, ogródki są małe, ale zadbane, ogrodzone zazwyczaj niewysokimi płotkami, toną w zieleni i prawie nie ma w nich tui.
Mogłabym tu mieszkać.





Liczący 140 lat szpital powstał na terenie tzw. Ogrodu Ohma, gdzie pierwotnie mieścił się ogród rozrywkowy „Prado”. Działał początkowo tylko w miesiącach zimowych, a w jego ogrodach płynął strumień, co zapewniało bieżącą wodę.
Podobnie jak pozostałe wolskie szpitale odegrał ważną rolę w czasie II wojny światowej i powstania warszawskiego, zwłaszcza podczas Rzezi Woli, masowego mordu na mieszkańcach dzielnicy dokonanego przez oddziały SS i policji niemieckiej. Dzięki odważnej postawie personelu uniknął losu pozostałych wolskich szpitali, w których okupanci dokonali masowych egzekucji. Wielu pracowników szpitala było zaangażowanych w działalność konspiracyjną, udzielano tu schronienia i pomocy powstańcom i mieszkańcom Woli, choć ze względu na specjalizację szpitala i brak oddziału chirurgicznego ciężej rannych odsyłano do Szpitala Wolskiego. Szpital uniknął rzezi, co jednak nie znaczy, że nie zginęli w nim ludzie. Zastrzelono m.in. kierownika szpitalnej apteki, a w „czarną sobotę” 5 sierpnia 1944 r. kolejnych kilkanaście osób – pracowników, pacjentów i ukrywających się w szpitalu mieszkańców. Po zajęciu szpitala przez Niemców (urządzili tu punkt opatrunkowy) na dziedzińcu szpitala powieszono dwóch młodych powstańców. Szpital zakończył działalność pod koniec października 1944 r., pacjentów i personel szpitala ewakuowano, a w opuszczonym budynku Niemcy urządzili magazyn amunicji i materiałów wybuchowych. Jego wybuch doprowadził do częściowego zawalenia gmachu. Gdy w 1950 r. powzięto decyzję o odbudowie pawilonu szkarlatyny, na jego terenie odnaleziono przypadkiem 12 ton trotylu. Władze wojskowe, mimo niebezpieczeństwa, nie zdecydowały się na ewakuację przepełnionego szpitala. Po dwóch tygodniach życie powróciło do normy, a o zagrożeniu wiedziała tylko część personelu. (Ciekawe, czy było to przed, czy po tym, jak trafiła tam jako dziecko moja mama, z powodu szkarlatyny właśnie…).
Takie to historie czytałam sobie dzisiaj – na Wikipedii i stronie szpitala, w zakładce „Historia”, opracowanej przez Agnieszkę Bluszcz – podczas oczekiwania na trzecią dawkę szczepionki przeciwko wściekliźnie. Będę miała z tego szpitala dobre wspomnienia – mili lekarze, pielęgniarki i panie z rejestracji („trzecia pogryziona dzisiaj – co was tak te zwierzaki kąsają?”). Ostatnio oni też przeszli próbę, nieporównywalną wprawdzie do tej z czasów wojny, ale pandemia koronawirusa na pewno dała im się solidnie we znaki.

Trudno się nie zachowywać tak, jakby wszystko było takie, jak się wydaje.
***
Nie, to nie głupcy stają się mistykami. Potrzeba pewnej inteligencji i wyobraźni, żeby sobie uprzytomnić niezwykłą dziwność i tajemniczość świata, w którym żyjemy. Głupcy, ci niezliczeni głupcy wszystko przyjmują jako oczywiste, ślizgają się pogodnie po powierzchni i ani myślą pytać, co jest pod nią.
***
Powiedziałbym, że większość ludzi we współczesnym oświeconym państwie demokratycznym znajduje się w tym stadium: nazbyt są świadomi, aby słuchać ślepo, ale zbyt głupi, aby zachować się rozumnie na własny rachunek. […]
– Pocieszająca jest myśl – powiedział Chelifer – że współczesna cywilizacja robi, co może, aby na nowo wprowadzić reżim plemienny, tylko na skalę olbrzymią, narodową, a nawet międzynarodową. Tani druk, telefon bez drutu, pociągi, samochody, gramofony i wszystko inne umożliwia konsolidację plemion nie jakichś parotysięcznych, lecz milionowych. Sądząc po powieściopisarzach Środkowego Zachodu, zdaje się, że w Ameryce już ten proces daleko się posunął. Za parę pokoleń zdarzyć się może, że całą planetę nawiedzi jedno wielkie, posługujące się językiem amerykańskim plemię, złożone z niezliczonych jednostek zgodnie myślących i postępujących w ten sam sposób, jak postacie z powieści Sinclaira Lewisa.
(No bez dwóch zdań…).
Aldous Huxley, „Jak suche liście”, 1925. Warszawa, Czytelnik, 1981, przeł. Ewa Życieńska.
(Książka pożyczona od pewnego zaprzyjaźnionego „mistyka” ;-)).
Jeszcze na koniec – nie mogę się powstrzymać:
Ci, których irytuje bezpieczeństwo i monotonia życia biurowego, którzy pragną odrobiny emocji, aby urozmaicić codzienną rutynę, powinni wypróbować mój skromny przepis i sprowadzić sobie do kantoru rynnę wodną. To całkiem proste. Wystarczy wstrzymać się na chwilę od pracy i postawić sobie pytanie: Dlaczego ja to robię? Na co to wszystko? Czy przyszedłem na świat obdarzony duszą, która z powodzeniem może się okazać nieśmiertelna, dla tego jedynego celu, aby zasiadać co dzień przy tym biurku? Postawcie sobie te pytania z namysłem, poważnie. Zastanówcie się nawet chwilę nad ich znaczeniem, a mogę gwarantować, że choćbyście jak najpewniej siedzieli na tych swoich twardych czy wyściełanych krzesełkach, w jednej chwili poczujecie, jak otwiera się przed wami przepaść, jak zsuwacie się na łeb, na szyję, coraz szybciej w nicość.
Powieszę sobie nad biurkiem w biurze (gdy już do niego wrócę, bo wciąż na zdalnej).








Trzecia knajpa w ciągu trzech tygodni. „Fin de siècle” – jak stwierdził Przyjaciel. Merci beaucoup, mon ami!
Zanim na Jelonkach wybudowano prl-owskie blokowiska, przed wojną powstało na terenie dawnej wsi miasto-ogród Jelonek. Nie jest jakoś specjalnie atrakcyjne, ale i tak wygląda lepiej niż wielkie, monotonne pastelowe pudła. Można też spotkać prawdziwe starocie.


Zazwyczaj to jelonki można spotkać na polankach – na Bemowie jest odwrotnie. Polanka leży przy granicy z Wolą, obok torów kolejowych.





Niestety słabo widoczna zza płotu.


Położone na Jelonkach Południowych stawy powstały na terenie wyrobisk gliny wytwórni cegieł, dachówek i ceramiki Bogumiła Schneidera, założonej w XIX w. Z wytwarzanych tu cegieł powstały m.in. pobliskie carskie forty.



Na jej terenie nakręcono finałową scenę „Misia”, w której słomiana kukła urywa się z helikoptera i upada do stawu. W 30. rocznicę powstania filmu wykonano jej replikę i ustawiono na terenie glinianki, jednak i ten miś skończył marnie – został spalony przez wandali.
Największy (i właściwie jedyny) park z prawdziwego zdarzenia na Bemowie, konkretnie na Jelonkach Północnych.


Imieniem Króla Popu nazwano go po koncercie na Lotnisku Bemowo. Po wyjściu na jaw ekscesów „króla” szybko zmieniono nazwę.



Z tym drewnianym placem zabaw na szczycie wygląda trochę jak Golgota.

Masz konto na WordPress.com? Zaloguj się teraz.