Wrzesień

No nie mogę, nie mogę powiedzieć, że to był dobry miesiąc. Trudno mi uwierzyć, patrząc na te zdjęcia, że zrobiłam je tak niedawno. Wydają się być obrazkami z innego wymiaru czasoprzestrzeni. Obecny wymiar to „epizod depresyjny” i „bakteryjne zapalenie płuc”. I konfrontacja z rzeczywistością publicznej służby zdrowia. I strach przed dzwonkiem telefonu. Spacery? Do pracy lub do lekarza. No nic, może październik będzie lepszy… Na razie wchodzę w tryb hipopotama…

Cypel Czerniakowski

W zeszłym tygodniu odwiedziłam część solecką, dzisiaj – ujazdowską. Znów rozbolała mnie łydka, więc trochę kuśtykałam, ale – odpoczywając tu i ówdzie – udało mi się to i owo zobaczyć. Zbliżam się w swojej wędrówce w górę Wisły do moich starych śmieci, czyli Czerniakowa (Cypel – wbrew swej nazwie – mieści się na Ujazdowie), więc okolice niby znane, ale dawno tu nie byłam i trochę się pozmieniało.

Przystań w Porcie Czerniakowskim.
Ups…

Przede wszystkim niedawno pojawiło się to:

Biofiltr – ekologiczna oczysczalnia ścieków.

Nie jestem inżynierem środowiska, ale – o ile dobrze rozumiem – woda z Kanału Piaseczyńskiego i Łuku Siekierkowskiego wpływa tędy…

…meandruje…

…meandruje…

…meandruje…

…i wypływa tędy, już czysta.

Ale ten piękny system pękniętej rury w „Czajce” raczej nie zastąpi.

Miejsce bardzo sympatyczne i nie czuć tu żadnych „zapachów”.

Czyżby ktoś sobie tu pomieszkiwał?
„Gruba Kaśka” trochę bardziej z bliska. W oddali Most Siekierkowski.
Ósemka ze sternikiem.
Plaża na Saskiej Kępie.

Przeprawiłam się na praską stronę trzecim z miejskich promów – „Słonką”. Niedługo kończą sezon, więc trzeba było wykorzystać ostatnie darmowe kursy.

W oddali widać Pałac Kultury, ale to nie tam jest centrum Warszawy. Geodezyjny środek miasta jest gdzieś tu w tym miejscu (tak przynajmniej mówi mapa Google). Tabliczki nie ma – nie znalazłam jej albo zmyła ją fala, bo „środek” jest raz na lądzie, raz pod wodą.

Zmęczył mnie ten dzisiejszy spacer, ale to dobrze, może uda mi się przespać całą noc (albo chociaż pół).

Chaszcze, lasy i ogrody

W powietrzu czuć jesień, ale grzybów nima – za sucho i za zimno. Nie przeszkadza to jednak komarom, które atakują jak wściekłe, zwłaszcza jak się na chwilę przystanie (na przykład żeby zrobić zdjęcie). Niespełna godzinny spacer upłynął nam więc głównie na wymachiwaniu rękami i wyrażaniu się. A pod wieczór zrobiło się naprawdę chłodno i wilgotno – mgły zasnuły mazowieckie łąki. Wróciłam do domu w męskim swetrze.

Nastroje też jesienne, newsy nie za wesołe. „Smuutek, melanchoolia…” – jak mówiła moja pani od polskiego w liceum (o epoce Młodej Polski). Dobrze przynajmniej, że jest go z kim dzielić.

W chaszczach.
Jelonek?
W lesie.
Sosna w kokornaku.
Mazowiecka dżungla.
Osika.
W ogrodzie.
W tym ogrodzie winogrona obrodziły.

Park Zbigniewa Herberta

Park Zbigniewa Herberta na Słodowcu, będący w pewnym sensie przedłużeniem Parku Olszyna, okazał się… zamknięty (albowiem jest to park ogrodzony). Przebudowa. Nie było więc mi dane przejść się dzisiaj po łonie przyrody (a po ostatnich dniach w robocie bardzo by się przydało). Wyrobiłam więc dzisiejsze kilometry na uliczkach osiedli Bielany II i Bielany III, w tym m.in. na ulicy innego Zbigniewa, Romaszewskiego – który, poza tym, że był tzw. demokratycznym opozycjonistą, był też kolegą z klasy mojej mamy (nie wspomina go dobrze). Mama w ogóle nie miała szczęścia do Zbigniewów, ale to inna historia…

Wspomniane osiedla wybudowane zostały w latach 60-tych i wpisane na SARP-owską listę DKW (dóbr kultury współczesnej) – podobnie jak żoliborskie Sady i wiele innych warszawskich powojennych osiedli i budynków. Znajdują się na niej budowle powstałe w czasach „komunizmu”, „o nowatorskich rozwiązaniach architektonicznych, przestrzennych i technicznych, szanujące kontekst w otoczeniu i tradycję miejsca, nagradzane i wyróżniane, o wysokich walorach artystycznych i unikatowych cechach” (tako rzecze Wikipedia). Architektami było małżeństwo Marii i Kazimierza Piechotków, uczestników Powstania Warszawskiego z pokolenia Kolumbów (rocznik 1920 i 1919).

Jeden z ciekawszych bloków. Byłby jeszcze ładniejszy, gdyby nie ten paskudny plastikowy daszek pod bardzo ładnymi oknami klatki schodowej.

Współcześni architekci stawiają raczej na chaos niż harmonię, ale też z całkiem przyjemnym dla oka efektem.

I to tyle na dzisiaj. Może w weekend uda mi się połazić po jakichś chaszczach. Bardzo potrzebuję wytchnienia.

Olszyna

Zespół przyrodniczo-krajobrazowy „Olszyna” – jak głosi tablica informacyjna Lasów Miejskich Warszawy: fragment lasu olchowego rosnącego dawniej w podmokłej dolinie nieistniejącej już tu rzeki Rudawki. Maleńki fragment dzikiej przyrody wciśnięty między Trasę AK i osiedle „Przedwiośnie” na bielańskim Słodowcu.

Rudawka nie tak do końca „nie istnieje”.

Według tej tablicy można tu spotkać kosy, kowaliki, szpaki, sójki, sikory, drozdy, zięby, sroki, czyże i oczywiście kaczki krzyżówki. Wiosną, wczesnym rankiem słychać ich śpiewy nawet u mnie z okna, chociaż mieszkam po drugiej stronie Trasy. Nie wiem, czy niosą się aż stamtąd, czy część ptaków zajmuje stanowiska na okolicznych drzewach, w każdym razie wiosnę mam rozśpiewaną.

Oprócz ptaków są tu też podobno wiewiórki, jeże i nietoperze, ale żadnego nie widziałam.

Kościelna wieża.
„Gniazdo Piratów”, w którym oblewałam ukończenie studiów podyplomowych.

Samo osiedle „Przedwiośnie”, należące do Nauczycielskiej Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej, najładniej prezentuje się z oddali, z mojej sypialni, zimowym wieczorem (latem zasłaniają je drzewa). Mam taki swój mały „manhattan”. Z bliska i za dnia wygląda przeciętnie.

Marymont-Kaskada

Ostatni fragment Marymontu na Bielanach, położony na skarpie, więc spacerek dość forsowny, ale to dobrze, trzeba było się skupić na oddechu, a nie na głupich myślach. Wśród starej, dość zaniedbanej zabudowy wyrastają nowe wille i apartamenty, jednak ze względu na pagórkowatość terenu jest tu sporo terenów niezabudowanych, zielonych, trochę dzikich.

Park Stawy Kellera, pozostałość po królewskim zwierzyńcu.

Dzisiaj zwierzyny tu już nie ma, poza psami i ptakami. Nie widziałam nawet wiewiórki.

Dużo ładniejsze od parku były chyba jednak okoliczne nieużytki (też zresztą pewnie pozostałość po tym zwierzyńcu). A może dlatego bardziej mi się podobały, że były puste i nie było tam placu zabaw z rozwrzeszczanymi dzieciakami.

I jeszcze ścieżka przez lasek na tyłach siedziby IMGW.

Jeśli chodzi o warunki meteorologiczne, to: na niebie chyba cirrusy, temperatura 24 stopnie, wiatr słaby. Przyjemnie. (Zdjęcie zrobione z nudów w czasie czekania na przystanku na ul. Hłaski, który opisywał losy mieszkańców budynków takich, jak te poniżej).

***

Ćma latalec olszyniak przyleciała poczytać francuską gazetę na mojej apteczce (albo chciała pogadać z koleżanką).

Jeszcze ujęcie z profilu.

Flotylla

Nie czułam się rano dobrze, miałam nadzieję, że grzyby oderwą mi trochę myśli od nadchodzącego tygodnia. Z powodów obiektywnych grzybobranie jednak nie wypaliło, więc musiałam wymyślić coś innego, żeby nie zwariować. Doszłam do wniosku, że to rzeka najbardziej mnie uspokaja. Wisła, namiastka dziczy w środku wielkiego miasta. Zatem dzisiaj kolejny odcinek, solecki, od Mostu Poniatowskiego do Łazienkowskiego, bulwarem Flotylli Wiślanej. „Najmojszy” odcinek, bo jako dziecko bardzo często przychodziłam właśnie tu, z dziadkiem. Tylko że wtedy było tu znacznie spokojniej.

Pomnik Chwała Saperom.

Czasem stoi w wodzie, czasem na brzegu. (Ostatnio częściej na brzegu).

Wejście do Portu Czerniakowskiego.
Most Łazienkowski na 510. kilometrze.
Pod mostem. W oddali Gruba Kaśka.
Na Cypel Czerniakowski rewitalizacja jeszcze nie dotarła.
Budynek WTW (Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego). Nieźle się powodzi wioślarzom.
Tjaa…
Płynie moja flotylla, czyli prom „Pliszka”.
Poniatówka, czyli plaża pod Poniatoszczakiem.
Budynek wioślarzy z praskiego brzegu.
Niestety nie miałam ze sobą kiełbasy. (A wokół roztaczały się smakowite zapachy, bo inni mieli).

Dzisiaj koniec ultrapatriotyczny i narodowy.

Dowody na istnienie

Spacer dziś krótki, bo dzień coraz krótszy, a dzień pracy coraz dłuższy (a jeszcze się nawet na dobre nie zaczęło…). Ale to tym bardziej głowę trzeba przewietrzyć, póki jeszcze da się.

Kolejna część Marymontu bielańskiego, czyli Kaskada. Dzisiaj część mniej ciekawa, przede wszystkim – płaska i bez kaskady. Obszar między ul. Klaudyny i Lektykarską zabudowany jest głównie współczesnymi domkami jednorodzinnymi. Nic tu zbytnio oka nie przykuwa. Wąskie uliczki zastawione samochodami i domostwa – każde z innej parafii, co tam sobie kto wymyślił i na co tam kogo było stać. Mieszkaniowy groch z kapustą. Ja jednak szukałam rodzynków, czyli moich ulubionych staroci. Bo to tu był kiedyś ten nędzny, brudny, karczemny, zapijaczony i beznadziejny Marymont, opisywany w „Sonacie marymonckiej” i „Wilku” przez Hłaskę. (Ma zresztą tutaj swoją ulicę). Niewiele ich zostało, murszeją i zarastają krzaczorami i zdziczałymi jabłonkami, nie ma jak zrobić zdjęcia. Ale są i swym mrocznym, nadgniłym i stęchłym istnieniem dowodzą.

No a poza tym wreszcie znalazłam Ją – rzeczkę-widmo, od której wzięły swe nazwy trzy wielkie osiedla (Ruda, Potok i Rudawka), kilka ulic, a nawet jedna pizzeria. Rudawka naprawdę istnieje i oto dowód:

Rzeczka to może zbyt dużo powiedziane, raczej kanałek, ale i tak się ucieszyłam na jej widok. Szemrze sobie obok przystanku autobusowego, kaczki po niej pływają, po czym znika pod ul. Podleśną i wypływa gdzieś w Lasku Bielańskim, by za chwilę znów zniknąć, tym razem już ostatecznie, w Wiśle. Nie śmierdzi.

A przy Podleśnej jest lodziarnia z pysznymi lodami rzemieślniczymi.

Ruda

Zostawiam na chwilę Wisłę i wracam na Marymont, a konkretnie na bielańskie Osiedle Ruda. Powstało w miejscu starej, biednej zabudowy przed- i powojennej. Nazwa pochodzi od folwarku Ruda, który był tu jeszcze wcześniej, a jego nazwa – oczywiście od rzeczki Rudawki (której oczywiście tu nie ma). Osiedle jak osiedle, typowo PRL-owskie, ani specjalnie ładne, ani specjalnie brzydkie, wyróżnia się chyba tylko tym, że niektóre bloki są napraaawdę wysokie (20-piętrowe). Niezbyt urodziwe, ale mieszkańcy ostatnich pięter od strony Wisły muszą mieć niezły widok, zwłaszcza że Wisła w tej okolicy jest już dość dzika.

Największą atrakcją jest osiedlowy zieleniec, usiany pomnikami przyrody. Drzewa – forpoczta pobliskiego Lasku Bielańskiego – przypominają, że kiedyś rosła tu puszcza.

A to już drzewa w parku o długiej nazwie (Harcerskiej Poczty Polowej Powstania Warszawskiego). Nazwa długa, ale drzewa coś… krótkie.

Jeden z nielicznych starych budynków na osiedlu, z dość oryginalnie zagospodarowanym balkonem.

Krzyż przy kościele pw. św. Rafała i Alberta.
Mury kościoła.

Jak powiedział Michał Anioł: „The sculpture is already complete within the marble block, before I start my work. It is already there, I just have to chisel away the superfluous material.” (Nie mogłam znaleźć polskiej wersji tego cytatu). Anyway, w tych wnękach (wnęczkach właściwie) to nie są kamienie, tylko gotowe rzeźby, tylko ja – nie będąc ich rzeźbiarzem – ich jeszcze nie widzę.

BUW

Czyli ciąg dalszy łażenia po dachach na Powiślu. Łydka po tygodniu wreszcie przestała mnie boleć, więc i spacer przyjemniejszy. Co prawda nadal pobolewają mnie inne gnaty, ale to już jest ból znajomy i oswojony. Chyba jestem już na niego skazana, na tego mojego Małego Bóla. Zgniłożółtego, pokracznego, złośliwego stwora w czerwonym kubraczku.

Dach Biblioteki Uniwersyteckiej nie jest tak ładny, jak ten naprzeciwko, w Centrum Kopernika, ale ma swój ładniejszy ciąg dalszy na poziomie gruntu. Byłby jeszcze ładniejszy, gdyby na każdym kroku nie wystawały mu jakieś ogrodnicze, plastikowe ustrojstwa, głównie gumowe rury, wymieszane z całą resztą bibliotecznej infrastruktury. Mimo wszystko widać, że architekt zieleni się napracował. Czego tu nie ma…

Schody donikąd.