Nie robię żadnych planów, żadnych postanowień. Ostatni rok pokazał, jaki ma to sens. Wydaje nam się, że mamy nad wszystkim – światem, własnym życiem – kontrolę, a okazuje się, że nie mamy jej wcale. Postanowiłam być płatkiem śniegu, pyłkiem, płatkiem jabłoni, dmuchawcem, ptasim piórkiem, babim latem, wyschniętym liściem – dryfować i dać się unosić powietrznym prądom i zawirowaniom – w rytmie pór roku. Zobaczymy, gdzie wiatr mnie poniesie.
2020










Przegląd roku 2020 (bez stycznia i marca, kiedy nie robiłam żadnych zdjęć) – dobrany trochę na chybił trafił, bo trudno przeprowadzić selekcję: pierwsze lutowe kwitnienie na wsi u przyjaciela, kwietniowy lockdown, kwitnące jabłonie na wsi u brata, czerwcowe wybory, lipcowa wyprawa do Wielkopolski, warszawskie zoo, Wisła na Saskiej Kępie, październikowe protesty na ulicach, ul. Dewajtis w Lasku Bielańskim i kamienica na Foksal.
Skończył się rok, który na pewno zapisze się w historii, i to całego globu. Będą o nim pisać w podręcznikach wszystkich krajów na świecie. Rok, którego dalekosiężnych skutków jeszcze nie znamy, a na pewno będą. W którym życie milionów ludzi uległo całkowitej przemianie. Moje również. Gdy dzisiaj rano wyjrzałam przez okno, przypomniałam sobie ciszę, jaka uderzyła mnie w pierwszych dniach wiosennego lockdownu. Było tak samo, z ruchliwej trasy przebiegającej nieopodal nie słychać było żadnego szumu, na chodnikach żadnych ludzi, jedynie z krzaków pod blokiem dobiegał wrzask wróbli.
Przypomniałam też sobie poprzedni wieczór, kiedy staliśmy z przyjacielem na balkonie objęci, tuląc się do siebie z kieliszkami szampana w dłoniach i wpatrując w fajerwerki puszczane z bielańskich osiedli. Jak dobrze, że się mamy. Razem przetrwamy każdą epidemię.
Nowy Świat i okolice
„Dlaczego ci, co przynoszą wolność, nazajutrz budują więzienia i zakładają policję. Dlaczego bojownicy wolności, kiedy zwyciężą, stają się żandarmami. Dlaczego ta wolność jak księżyc ma dwa oblicza. Dlaczego my (Polacy) możemy widzieć tylko tę gorszą stronę wolności.”
Tadeusz Konwicki, „Nowy Świat i okolice”.
Tak pisał w połowie lat 80-tych. A mieszkał tu właśnie, po zachodniej stronie Nowego Światu, na Górskiego. Czyli kolejny spacer sentymentalny po miejscach, które wydreptałam małymi nóżkami wszerz i wzdłuż.


Można tu kupić czekoladę albo się jej napić w sklepowej kafejce (niestety teraz zamkniętej, a wielka szkoda, bo w taki ziąb gorąca czekolada to byłoby COŚ).

Uwielbiałam ten sklep, unoszące się w nim czekoladowe aromaty i fascynujące, syczące machiny…


Kupiłam sobie standard – pączek z różą.



Nie chadzam często po knajpach, ale przykro patrzeć, jak wszystkie świecą pustkami i nie wiadomo, czy przetrwają epidemię.



To tę bramę szturmowali 11 listopada żądni kultury narodowcy. Ja też tam wstąpiłam, co prawda nie szturmem, i kupiłam parę gadżetów do mojej fabryczki.

„We czwartek, gdy mrozem i śniegiem powiało i szron drzew konary zaciągnął na biało, wszyscy rozpoczęli łamać sobie głowy: Czy Ci tu są Tamtych, czy Tamci są Owych?”
A. A. Milne, „Kubuś Puchatek”
Też trochę politycznie… : ). Albo mi się wszystko kojarzy.




Zima
Jeszcze wprawdzie jesień, ale już przyszła. A jak jest zima, to musi być zimno. Zwłaszcza na wsi. Nie powstrzymało nas to jednak przed spacerem, połączonym ze zbieractwem. Tym razem były to suszki i owocki do mojej manufakturki. Obejrzeliśmy „Labirynt” z Davidem Bowie – zrealizowaną z rozmachem bajkę dla dzieci (starszych) z masą fantastycznych pomysłów, postaci z „manufakturki” Jima Hensona i absurdalnym humorem Terry’ego Jonesa. Dziwne, ale nigdy nie widziałam tego filmu w telewizji, a jest przecież świetny.

Moje „inne działalności”


Bursztyny uzbierane przeze mnie w 2012 r. na plaży w Mikoszewie, lawenda z ogródka przyjaciela, różyczki dostałam w tym roku na imieniny (wciąż jeszcze kwitną). Słoiczki po deserkach mlecznych z Auchan.
Nowy Świat – część wschodnia
Kolejne miejsce z mojego dzieciństwa i spacerów z dziadkiem – ulice ukryte za Nowym Światem. Mieszkając w samym centrum Warszawy dziadek umiał znaleźć w nim kawałek zieleni, żeby wnuczka mogła poprzebywać trochę na łonie natury. Wskutek czego znam dobrze wszystkie śródmiejskie parki i skwery (oraz uliczki do nich prowadzące). W grudniu zieleni jest niewiele, skupiłam się więc dzisiaj na tym, co również lubię, czyli budynkach.


Gdyby nie pandemia, pewnie wybrałabym się przy okazji spaceru tutaj do Muzeum Chopina, bo w nim jeszcze nigdy nie byłam. Ale przyjdzie mi na to poczekać.


Zazwyczaj w okolicach Uniwersytetu Muzycznego słychać kakofonię dźwięków, dobiegających zza tych murów. Ma się wrażenie, że to budynek gra. Dzisiaj było jednak zupełnie cicho. Czyżby studenci ćwiczyli w domach?
Gdzieś tu obok było kino „Skarpa” – dzisiaj wyburzone, podobnie jak słynna „Moskwa” na Mokotowie, nie pozostał po nim żaden ślad. Nawet trudno się zorientować, gdzie dokładnie stało, w jego miejscu wybudowano apartamentowiec. Żal mi tych dawnych kin, nie wszystkie były ładne, ale każde miało swój niepowtarzalny charakter, niepowtarzalną nazwę. Zastąpiły je bezpłciowe, bezimienne, nudne multipleksy w galeriach handlowych, kinowe McDonald’sy (z repertuarem też „McDonald’sowym”, czyli głównie amerykańską papką).



Ciekawe, czy siostrzyczki nadal hodują tu świnki?




I na koniec ciekawostka:

O każdej porze roku Kora występuje w innej fryzurze (teraz smoliście czarnej, choć nieco przerzedzonej).
Listopad













***
Update: zmarła dzisiaj, w wieku 100 lat, Maria Piechotka, architektka (nie znoszę tego słowa), wraz z mężem, osiedli na Bielanach, po których przez kilka ładnych tygodni ostatnio wędrowałam.
Dynasy i okolice
Poruszając się Traktem Królewskim na południe i zbaczając w boczne uliczki, po naszej lewej stronie prędzej lub później napotykamy skarpę warszawską. Schody, schodki, schodeczki, kładki, mostki, kręte, strome ulice. Miałam kiedyś plan, żeby przejść całą tę skarpę, od Ursynowa po Młociny, oczywiście nie jednego dnia. Ale tak iść szlakiem tego uporczywego ludzkiego wysiłku, by okiełznać tę nierówność terenu, wprząc ją do tkanki miasta. Przejść się po każdych schodkach, po każdej kładce. I po każdym parku, bo dużej części skarpy jednak zabudować się nie dało, więc założono tam miejskie ogrody. Właściwie każda z ulic „spływających” w dół, ku Wiśle, ma swój niepowtarzalny urok. Nie ma dwóch podobnych. Spory kawałek życia spędziłam w Warszawie na tych dwóch poziomach – górnym i dolnym, na wędrówkach pieszych lub przejażdżkach autobusowych w górę i w dół, na tych stromiznach, zakrętach, zawijasach. Zimą (gdy jeszcze bywały zimy) bywało nieprzejezdnie, autobusy ześlizgiwały się w dół na przerażonych kierowców stojących za nimi. Zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają na skarpie, z okien na pewno mają fantastyczne widoki. Teraz wprawdzie również mieszkam blisko niej, mogę spokojnie dojść do niej pieszo, ale jednak na płaskim, to nie to samo.
Dzisiaj spacer po Dynasach i okolicy, czyli po północnej stronie Tamki. (Tędy też dość często wędrowałam – najpierw z dziadkiem na spacery, a wiele lat później na zajęcia w szkole ZNP, które to odbywały się w różnych miejscach na Powiślu – naganiałam się wtedy).









Krakowskie Przedmieście raz jeszcze
A raczej uliczki odbiegające od niego, tym razem na zachód. Nie ma tu skarpy, więc jest dużo mniej ciekawie.

Najładniejsza uliczka po zachodniej stronie Krakowskiego.






Kwitnące drzewka owocowe przed gmachem Ministerstwa Finansów. Jakiś znak?
Śladem Prusa
Spacer zainspirowany obejrzanym w czwartek filmem „Lalka” z 1968 r., z Beatą Tyszkiewicz, Mariuszem Dmochowskim i całą plejadą innych gwiazd. Postanowiłam pójść śladami Wokulskiego, czyli odwiedzić Krakowskie Przedmieście i jego wschodnie okolice – ulice schodzące ku Powiślu. W filmie Wokulski, schodząc w dół, ku Wiśle, przekraczał bramy piekieł, dzisiaj wkracza się do jednej z najbardziej pożądanych w Warszawie „miejscówek” do życia.

Lubię ten pomnik, podoba mi się, że Prus stoi sobie tak skromnie, trochę na uboczu, i przygląda się, jak zmieniają się miejsca, które opisywał. Prawie że można obok niego przystanąć i zagadać. „No i co pan o tym myśli, panie Aleksandrze?”.


Tablica upamiętnia jego wiersz „Fortepian Szopena” i umieszczona jest na Pałacu Zamoyskich, z którego okien tenże instrument został przez Rosjan wyrzucony przez okno w 1863 r.



Mama opowiada, że kiedy w latach 50-tych uruchomili te schody, przejechała się nimi 40 razy. (Liczba przejazdów wzrasta wraz z wiekiem mamy, w którym opowiada tę historię :)). Ale przyznać trzeba, że w tamtych czasach dla dzieciaków takie schody to było COŚ. (Dzisiaj są trochę unowocześnione, ja pamiętam, że dawniej było tu więcej drewna).

Socrealistyczne rzeźby osiągnęły status chronionego zabytku.


Nieźle się nasapałam w trakcie tego spaceru.

Zawsze fascynowały mnie te niedostępne dla postronnych tereny klasztorne i seminaryjne na tyłach Krakowskiego Przedmieścia. Ukryty, tajemniczy ogród.




Prus pewnie byłby w szoku (pozytywnym), gdyby zobaczył Krakowskie Przedmieście, a zwłaszcza Powiśle, dzisiaj. Może i ludzkość zmierza ku samozagładzie, ale przyznać trzeba, że na drodze do niej mieliśmy dobre intencje i jednak się trochę staraliśmy… : ) Pamiętać jednak trzeba także, że jeszcze kilkadziesią lat temu było tu morze ruin.