Lato (astronomiczne) już jutro

Dziupla w starym drzewie (do niedawna jeszcze zamieszkana).
Niestety nie wiadomo, co się stało z mamą i tatą. Od wielu dni się nie pokazali.

Może upolowały je włóczące się po ogrodzie głuche koty (nie działają na nie ultradźwiękowe odstraszacze).

Jajeczka pleszki po umyciu.

Było ich sześć, ale trzy niechcący zgniotłam, macając w dziupli po omacku – były bardzo delikatne.

Jarzmianka.
Fuksja.
Róża pod kurtyną wodną.
No a poza tym kawka w „karciance”…

…i unosimy paluszek…

Ciasto truskawkowo-malinowe…

Zdjęcie może nienajlepsze, ale nie jest to blog kulinarny. Uwieczniłam, bo boskie było.

Może jeszcze lody w Stokrotce?…

A czemu nie?

I taki początek lata to ja rozumiem.

W ogrodzie, na łące

Eat the leaf of a wood sorrel in Kergord.

Szczawik (co prawda nie w Kergord).

Don’t mow the lawn – and watch the minibeasts move in.

Nie widać tego na zdjęciu, ale ta trawa była mojego wzrostu.

…a w trawie bestie się czają.
Łątka dzieweczka.
Kolory jak ze starego obrazu.

W trawie napotkałam jeszcze bażanta, ale niestety zauważył mnie pierwszy…

Chomiczówka

Chomiczówka, Chomiczówka, pierwsze wino, pierwsza wódka, Chomiczówka, Chomiczówka, pierwsza dziewczyna, pierwsza lufka…

Tekst piosenki Sidneya Polaka, artystycznie niezbyt wyrafinowany, wywołuje we mnie jednak nostalgię, bo choć wychowałam się na drugim końcu Warszawy, to osiedle i doświadczenia miałam bardzo podobne – typowe blokowisko z lat 70. i prawie cała ta litania przeżyć (z wyjątkiem „szybowca na bloku” i „samobójczego skoku zakochanej pary”) jest mi bardzo bliska, jeśli nie z bezpośredniego doświadczenia, to chociaż z drugiej ręki, tyle że z punktu widzenia dziewczyny oczywiście. (No i „pierwsza lufka” też była dużo, dużo później ;-)). I tak samo jak na dzisiejszym Czerniakowie, z dawnych czasów na Chomiczówce też niewiele pozostało, a na ławeczkach, na których jarało się papierosy bez filtra, dzisiaj przesiadują starsze panie…

Sidney Polak mieszkał w innej części Chomiczówki niż ta, którą dzisiaj sobie obeszłam, a teledysk do piosenki kręcony był w Łodzi (nie wiedzieć czemu), ale nie ma to większego znaczenia – wszystkie te osiedla były bardzo do siebie podobne.

Stara Chomiczówka

Południowe obrzeża osiedla, rozsławionego przez Sidneya Polaka, w okolicach ul. Żółwiej i Księżycowej zachowały trochę dawnego, wiejskiego klimatu.

Stara chałupa na Żółwiej.
Tuż obok jest bemowskie lotnisko.

Można tu sobie wynająć „air taxi”. Ciekawe, jak się przywołuje taką taksówkę?

Można też polatać szybowcem.
Wieża miejscowego kościoła.
W „wiejskie klimaty” wdzierają się powoli nowe osiedla.

Kaliszówka

Osiedle Kaliszówka znajduje się na Wawrzyszewie, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno mieściły się głównie stare zabudowania przemysłowe (a przedtem wiejskie). Obecnie powstało tu (i nadal powstaje) jedno z nowoczesnych osiedli „deweloperskich”, czyli – jak dla mnie – nic ciekawego. Obeszłam je całe i niewiele rzeczy przykuło moją uwagę. W dobie wyzwań, wspinaczki po szczeblach kariery, presji ciągłego rozwoju i rywalizacji, znajdź przestrzeń na odpoczynek i chwilę relaksu – swoją własną STREFĘ komfortu, której… nikt nie każe Ci opuszczać – zachęca aksamitnym głosem deweloper, a ja od siebie dodaję: dopóki spłacasz kredyt.

Możesz tu też – dla zwiększenia swojego komfortu oczywiście – zrobić sobie tatuaż (a potem go usunąć).

Ale balkony to mają porządne.

Zaczynam mieć jakąś obsesję na punkcie balkonów…

Ul. Rokokowa 44.

Czyli ulica, której tu już właściwie nie ma (jest dalej, ale na Radiowie), zastąpiła ją ul. Cienka, a ostał się jedynie ten adres. Budynek w stylu „późne rokokoko”.

Nic tu po mnie, wracam do swojej „strefy komfortu”.

Columba palumbus

Gołąb grzywacz.

Czyli największy polski gołąb – jeden z trzech gatunków, które pojawiają się w moim ogródku. Pozostałe to sierpówki i zwykłe gołębie miejskie. (Sierpówkę zdjęłam w ubiegłym roku w sierpniu . Grucha podobnie).

Przyroda trochę się zrehabilitowała i widząc, że nie mogę wyjść do natury (leje), przysłała trochę natury do mnie. Kolejny ptak do mojej „window list” odhaczony.

Wrzeciono

…a jakoby mnie wcale nie było.

Wyszłam sprawdzić, czy świat jeszcze istnieje. Istnieje, jakby nigdy nic. Wybrałam się więc, podśpiewując „Prząśniczkę” Moniuszki, na osiedle Wrzeciono, wybudowane w latach 60-tych dla hutników z pobliskiej huty, by się po nim pokręcić. A można się tu kręcić w kółko i dosyć łatwo zgubić, bowiem od czasów PRL-u przybyło tu trochę płotów, zagradzających w niespodziewanych miejscach osiedlowe chodniki i przejścia. Jakaś miła pani zawołała nawet za mną w którymś momencie, bym zawróciła, bo „tam jest zagrodzone – a gdzie pani chce dojść?”. (Hmm, właściwie to donikąd, proszę pani…). „Do kościoła”. „A, to w tamtą stronę!”. „Dziękuję!”.

Jak podaje Warszawikia, wcześniej były tu pola uprawne, wcześniej niemieckie lotnisko, wcześniej pastwiska, a jeszcze wcześniej Bielańskie Pola Wojenne, czyli poligon wojskowy. (Co było wcześniej, nie wiem). Dzisiaj jest dość zwyczajne, niczym się nie wyróżniające osiedle. Ani ładne, ani brzydkie.

Inna nazwa osiedla, która się jednak nie przyjęła, to Brzeziny.
Niektóre balkoniki mniejsze chyba nawet od mojego.

Na moim da się przynajmniej wygodnie stanąć, a nawet (jak ktoś się bardzo uprze) usiąść ;-). Chociaż przyznać trzeba, że ładnie sobie je architekt poukładał.

Intrygujące detale na bloku przy Szegedyńskiej 13a, o którym niegdyś pisano jako o „czarnym punkcie Bielan”.

Miasto urządziło tu mieszkania dla najuboższych mieszkańców Warszawy. Niestety obok najuboższych trafił tu też tzw. element i stąd zła sława budynku. Dzisiaj jest już chyba spokojniej, a przy budynku działa Mediateka, nowoczesna biblioteka multimedialna.

Obok starych budynków wyrosły nowe.
Znalazłam kościół, którego „szukałam”.
Wokół kościoła jest zadbany ogródek z kaplicą.
A tutaj trochę mniej zadbany trawnik przy ul. Wrzeciono.

Don’t mow the lawn – and watch the minibeasts move in.

Podoba mi się pomysł nie koszenia miejskich trawników. To chwastowisko wyjątkowo mnie ujęło.

Widok na Lasek Lindego, który odwiedziłam w listopadzie.
Jeszcze ostatnie spojrzenie w niebo.

Podobno jutro ma być częściowe zaćmienie Słońca. Bielańskie „zaćmienie” też było efektowne.

Metro Wawrzyszew.

Moim zdaniem jedna z najładniejszych stacji.

Dookoła świata

Większość ludzi przeraża widok wielkich fal i sztormów. Wciąż zadają żeglarzom pytania typu: „Bałeś się?”. Prawda jest taka, że z zagrożeniami fizycznymi łatwo sobie poradzić. Gdy warunki się pogarszają, na łodzi jest wiele do zrobienia. Nawet gdy dojdzie do katastrofy, czynności, które należy wtedy wykonać, dają żeglarzom zajęcie. Owszem, można się bać, ale wytężona praca zazwyczaj jest lekarstwem na wszelkie obawy i wątpliwości, a gdy przetrwa się kilka sztormów, rośnie wiara we własne możliwości. Po wyjściu cało z koszmarów przylądka Horn i Oceanu Południowego największe wyzwanie Nigela Tetleya zrodziło się w jego własnej duszy – zbyt blisko, by od niego uciec. Niebezpieczeństwo czaiło się w domu, na lądzie – w towarzystwie przyjaciół i bliskich. To miejsce, którego większość z nas się nie lęka.

Nigel Tetley to jeden z dziewięciu uczestników dziewiczego wyścigu dookoła świata bez zawijania do portu, który odbył się na przełomie lat 1968-69. W czasach przed GPS-em, satelitami i wszechobecnymi logami sponsorów. Tylko jeden (zdiagnozowany przed i po wyścigu przez psychiatrę jako „niepokojąco normalny”) dotarł do celu podróży. Łódź jednego zatonęła niemal tuż przed metą, jeden oszalał, a jeden nie ukończył wyścigu, ale „siedem miesięcy samotności na morzu jednoznacznie przechyliło szalę ku buddyjskiej stronie jego natury” i odnalazł prawdziwe szczęście w życiu. Pozostali musieli z różnych powodów przerwać wyścig.

Przez ostatnie tygodnie siedziałam więc głównie w domu, ale wieczorami podróżowałam dookoła świata, na wzburzonych wodach czterech oceanów szukając schronienia przed rozszalałym żywiołem w pracy. Chociaż to nie one (wody) były w tej książce dla mnie najciekawsze, lecz to, co działo się w głowach uczestników wyścigu.

Moitessier natomiast patrzył na świat tak, jakby był pod wpływem LSD. Krople deszczu na żaglach nazywał „perłami”, a poświata na falach była „kulami ognia” przypominającymi mu, że raz chciał trafić w nie harpunem, bo wydawało mu się, że to oczy gigantycznej kałamarnicy.

W książce opisana jest też niesamowita przygoda, jaka przydarzyła się Francuzowi niedaleko australijskich wybrzeży, kiedy to grupa morświnów uratowała go przed wpłynięciem na niebezpieczną rafę.

Zazwyczaj te „radosne” […] stworzenia płyną blisko łodzi, przepływając pojedynczo lub grupami tuż przed dziobem z jednej burty na drugą. Tego popołudnia dały jednak Moitessierowi pokaz, jakiego nigdy wcześniej nie widział.

Zwarty szyk dwudziestu pięciu morświnów płynął tuż przy prawej burcie, przesuwając się szybko ku dziobowi, a następnie skręcając szybko w prawo. Manewr ten powtarzały kolejno ponad dziesięć razy, podczas gdy reszta gromady zachowywała się – jak określił to Moitessier – w sposób nerwowy: pływały chaotycznie dookoła i uderzały ogonem o taflę wody, tworząc zamęt wokół „Joshui”.

Gdy żeglarz zorientował się, że wiatr się zmienił i łódź prowadzona przez samoster pędzi prosto na rafę, zmienił szybko kurs na wschodni (czyli tam, gdzie skręcały morświny).

Zachowanie ssaków natychmiast się zmieniło. Przestały poruszać się nerwowo i mącić powierzchnię wody. Wszystkie płynęły teraz tak jak zwykle. Gdy Moitessier przyglądał się im z zachwytem, z wody wyskoczył czarno-biały morświn i wykonał przed łodzią dwa salta w powietrzu.

Uporządkujmy: „ssaki” zorientowały się, że łódź płynie na rafę (choć była od niej jeszcze daleko), skojarzyły, że może to być dla niej niebezpieczne, postanowiły to uzmysłowić znajdującemu się na łodzi człowiekowi („w prawo! skręcaj w prawo!”), a gdy osiągnęły swój cel, nagrodziły go „brawami”…

Do książki dołączono trochę gadżetów.

Peter Nichols, „Wyprawa szaleńców”, w przekładzie Ewy i Bartłomieja Kotarskich, Mayfly.

***

Aha, zapomniałam dodać, że pierwszym żeglarzem, który samotnie okrążył kulę ziemską bez zawijania do portów był „niepokojąco normalny” Robin Knox-Johnston :).