Łazienki Królewskie – Ogród Królewski

What’s your favourite sound in nature? – go listen to it!

Fontanna przed Starą Oranżerią.
Fontanna przed Białym Domkiem.
Zakamarek przy Amfiteatrze.
Fontanna przed Pałacem na Wyspie. W tle Nimfa i Satyr.
Amfiteatr – Teatr na Wyspie (a w tle oczywiście Pałac).
Źródło (wyschnięte) przy Agrykoli.
Alegoria Wody.
Neptun.
Jedna z rzeźb przy Amfiteatrze („Umierający gladiator”).
Wisła i putto ze snopem zboża na eksport.
Jedna z rzeźb w ogrodzie holenderskim przed Starą Pomarańczarnią („Faun z koźlęciem”).
Zakamarek przy Amfiteatrze.
Paw w ogrodzie holenderskim przed Starą Pomarańczarnią.
Pawica albinos. „Poczekaj, kochanie, tylko coś sprawdzę”.
Teatr na Wyspie.
„Późno już. Wracaj do domu i idź spać”.

Ogród Królewski to najstarsza, najbardziej reprezentacyjna (i najbardziej oblegana) część Łazienek, założona w XVIII w. Wybrałam się tam wieczorem, po 20.00, kiedy nie było już zbyt wielu odwiedzających. Tematem przewodnim spaceru była woda (jak to w łazienkach). Jest jej tu dużo – w stawach, kanałach, źródełkach, fontannach, a także w kamieniu – szemrząca, pluszcząca, ciurkająca i plumkająca… Po tygodniu morderczych upałów przyniosła prawdziwe ukojenie.

Lato (astronomiczne) już jutro

Dziupla w starym drzewie (do niedawna jeszcze zamieszkana).
Niestety nie wiadomo, co się stało z mamą i tatą. Od wielu dni się nie pokazali.

Może upolowały je włóczące się po ogrodzie głuche koty (nie działają na nie ultradźwiękowe odstraszacze).

Jajeczka pleszki po umyciu.

Było ich sześć, ale trzy niechcący zgniotłam, macając w dziupli po omacku – były bardzo delikatne.

Jarzmianka.
Fuksja.
Róża pod kurtyną wodną.
No a poza tym kawka w „karciance”…

…i unosimy paluszek…

Ciasto truskawkowo-malinowe…

Zdjęcie może nienajlepsze, ale nie jest to blog kulinarny. Uwieczniłam, bo boskie było.

Może jeszcze lody w Stokrotce?…

A czemu nie?

I taki początek lata to ja rozumiem.

W ogrodzie, na łące

Eat the leaf of a wood sorrel in Kergord.

Szczawik (co prawda nie w Kergord).

Don’t mow the lawn – and watch the minibeasts move in.

Nie widać tego na zdjęciu, ale ta trawa była mojego wzrostu.

…a w trawie bestie się czają.
Łątka dzieweczka.
Kolory jak ze starego obrazu.

W trawie napotkałam jeszcze bażanta, ale niestety zauważył mnie pierwszy…

Chomiczówka

Chomiczówka, Chomiczówka, pierwsze wino, pierwsza wódka, Chomiczówka, Chomiczówka, pierwsza dziewczyna, pierwsza lufka…

Tekst piosenki Sidneya Polaka, artystycznie niezbyt wyrafinowany, wywołuje we mnie jednak nostalgię, bo choć wychowałam się na drugim końcu Warszawy, to osiedle i doświadczenia miałam bardzo podobne – typowe blokowisko z lat 70. i prawie cała ta litania przeżyć (z wyjątkiem „szybowca na bloku” i „samobójczego skoku zakochanej pary”) jest mi bardzo bliska, jeśli nie z bezpośredniego doświadczenia, to chociaż z drugiej ręki, tyle że z punktu widzenia dziewczyny oczywiście. (No i „pierwsza lufka” też była dużo, dużo później ;-)). I tak samo jak na dzisiejszym Czerniakowie, z dawnych czasów na Chomiczówce też niewiele pozostało, a na ławeczkach, na których jarało się papierosy bez filtra, dzisiaj przesiadują starsze panie…

Sidney Polak mieszkał w innej części Chomiczówki niż ta, którą dzisiaj sobie obeszłam, a teledysk do piosenki kręcony był w Łodzi (nie wiedzieć czemu), ale nie ma to większego znaczenia – wszystkie te osiedla były bardzo do siebie podobne.

Stara Chomiczówka

Południowe obrzeża osiedla, rozsławionego przez Sidneya Polaka, w okolicach ul. Żółwiej i Księżycowej zachowały trochę dawnego, wiejskiego klimatu.

Stara chałupa na Żółwiej.
Tuż obok jest bemowskie lotnisko.

Można tu sobie wynająć „air taxi”. Ciekawe, jak się przywołuje taką taksówkę?

Można też polatać szybowcem.
Wieża miejscowego kościoła.
W „wiejskie klimaty” wdzierają się powoli nowe osiedla.

Kaliszówka

Osiedle Kaliszówka znajduje się na Wawrzyszewie, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno mieściły się głównie stare zabudowania przemysłowe (a przedtem wiejskie). Obecnie powstało tu (i nadal powstaje) jedno z nowoczesnych osiedli „deweloperskich”, czyli – jak dla mnie – nic ciekawego. Obeszłam je całe i niewiele rzeczy przykuło moją uwagę. W dobie wyzwań, wspinaczki po szczeblach kariery, presji ciągłego rozwoju i rywalizacji, znajdź przestrzeń na odpoczynek i chwilę relaksu – swoją własną STREFĘ komfortu, której… nikt nie każe Ci opuszczać – zachęca aksamitnym głosem deweloper, a ja od siebie dodaję: dopóki spłacasz kredyt.

Możesz tu też – dla zwiększenia swojego komfortu oczywiście – zrobić sobie tatuaż (a potem go usunąć).

Ale balkony to mają porządne.

Zaczynam mieć jakąś obsesję na punkcie balkonów…

Ul. Rokokowa 44.

Czyli ulica, której tu już właściwie nie ma (jest dalej, ale na Radiowie), zastąpiła ją ul. Cienka, a ostał się jedynie ten adres. Budynek w stylu „późne rokokoko”.

Nic tu po mnie, wracam do swojej „strefy komfortu”.

Columba palumbus

Gołąb grzywacz.

Czyli największy polski gołąb – jeden z trzech gatunków, które pojawiają się w moim ogródku. Pozostałe to sierpówki i zwykłe gołębie miejskie. (Sierpówkę zdjęłam w ubiegłym roku w sierpniu . Grucha podobnie).

Przyroda trochę się zrehabilitowała i widząc, że nie mogę wyjść do natury (leje), przysłała trochę natury do mnie. Kolejny ptak do mojej „window list” odhaczony.

Wrzeciono

…a jakoby mnie wcale nie było.

Wyszłam sprawdzić, czy świat jeszcze istnieje. Istnieje, jakby nigdy nic. Wybrałam się więc, podśpiewując „Prząśniczkę” Moniuszki, na osiedle Wrzeciono, wybudowane w latach 60-tych dla hutników z pobliskiej huty, by się po nim pokręcić. A można się tu kręcić w kółko i dosyć łatwo zgubić, bowiem od czasów PRL-u przybyło tu trochę płotów, zagradzających w niespodziewanych miejscach osiedlowe chodniki i przejścia. Jakaś miła pani zawołała nawet za mną w którymś momencie, bym zawróciła, bo „tam jest zagrodzone – a gdzie pani chce dojść?”. (Hmm, właściwie to donikąd, proszę pani…). „Do kościoła”. „A, to w tamtą stronę!”. „Dziękuję!”.

Jak podaje Warszawikia, wcześniej były tu pola uprawne, wcześniej niemieckie lotnisko, wcześniej pastwiska, a jeszcze wcześniej Bielańskie Pola Wojenne, czyli poligon wojskowy. (Co było wcześniej, nie wiem). Dzisiaj jest dość zwyczajne, niczym się nie wyróżniające osiedle. Ani ładne, ani brzydkie.

Inna nazwa osiedla, która się jednak nie przyjęła, to Brzeziny.
Niektóre balkoniki mniejsze chyba nawet od mojego.

Na moim da się przynajmniej wygodnie stanąć, a nawet (jak ktoś się bardzo uprze) usiąść ;-). Chociaż przyznać trzeba, że ładnie sobie je architekt poukładał.

Intrygujące detale na bloku przy Szegedyńskiej 13a, o którym niegdyś pisano jako o „czarnym punkcie Bielan”.

Miasto urządziło tu mieszkania dla najuboższych mieszkańców Warszawy. Niestety obok najuboższych trafił tu też tzw. element i stąd zła sława budynku. Dzisiaj jest już chyba spokojniej, a przy budynku działa Mediateka, nowoczesna biblioteka multimedialna.

Obok starych budynków wyrosły nowe.
Znalazłam kościół, którego „szukałam”.
Wokół kościoła jest zadbany ogródek z kaplicą.
A tutaj trochę mniej zadbany trawnik przy ul. Wrzeciono.

Don’t mow the lawn – and watch the minibeasts move in.

Podoba mi się pomysł nie koszenia miejskich trawników. To chwastowisko wyjątkowo mnie ujęło.

Widok na Lasek Lindego, który odwiedziłam w listopadzie.
Jeszcze ostatnie spojrzenie w niebo.

Podobno jutro ma być częściowe zaćmienie Słońca. Bielańskie „zaćmienie” też było efektowne.

Metro Wawrzyszew.

Moim zdaniem jedna z najładniejszych stacji.