Haga – część II

Niestety muzea w Hadze otwarte są tylko do 17-ej, a pojechałam tam do pracy, nie na wycieczkę, więc drugiego dnia miałyśmy z koleżanką czas na zwiedzanie dopiero późnym popołudniem – skończyło się na szwendaniu po starym mieście. Na dodatek lało, ale to nas rzecz jasna nie zraziło.

W pracy.
Kościoły (i synagogi) w Holandii świecą raczej pustkami.
Wiosna za to już w pełni.
…i nawet koty jeżdżą tu na rowerach.
Opcja dla tych, co jednak nie lubią moknąć.
Jedno z nielicznych miejsc, gdzie rowerem wjechać nie można…
…za wąsko.
Za to tramwaje wszędzie wjadą – nawet przez budynki, że tak powiem – „przełajem”.
..lub pod nimi.

Wszędzie jeżdżą, skubane – nawet pod ziemią, niczym metro.

Na zakupach.

Żartuję – za drogo dla nas, prostych urzędników z urzędniczą dietą wyjazdową. Ale popatrzeć można :-).

Albo tak po prostu powłóczyć się po mieście (we wszystkich rodzajach deszczu – od mżawki po ulewę)…

Haska secesja.

Wieczorem Haga żyje, nawet podczas deszczu (do którego zresztą Holendrzy są zdaje się przyzwyczajeni, podobnie jak do porywistych wiatrów). Po ulicach gdzieniegdzie snuje się dyskretny zapach marihuany…

„Obserwator”.

Napisałam, że Haga żyje, a na zdjęciach pustki :-). Proszę, oto dowód, że żyje:

Niegrzeczni, niegrzeczni Holendrzy…

W następnym odcinku – kolejne muzeum (skończyliśmy pracę wcześniej) i jeszcze raz plaża, i to chwilami nawet w słońcu.

Haga – część I

Stolica administracyjna Holandii – to tutaj mieści się większość niderlandzkich ministerstw i zagranicznych ambasad, a także wiele urzędów, w tym międzynarodowych. Założona w XIV wieku, w 1806 r. nadano jej prawa miejskie. Nie tak popularna jak pobliski Amsterdam, ale wcale nie mniej atrakcyjna.

Wiatraki, kanały… – tak, to tutaj.

Z przykrością muszę odnotować, że była to jedna z najgorszych moich podróży samolotem, a przyczyną tego nie była zła pogoda, turbulencje ani nawet fatalne samolotowe żarcie, tylko grupka naszych rodaków, z których jeden był tak pijany, że stewardessa w pewnym momencie musiała zagrozić panom międzylądowaniem z przymusową wysiadką, jeśli nie uspokoją kolegi. Niestety siedzieli tuż za nami, więc całą drogę musiałyśmy znosić jego pijackie wrzaski. No cóż… na szczęście reszta wyjazdu była bardzo udana (pomijając pogodę).

Na początek trochę escherowskiej iluzji…

Maurits Cornelis Escher (1898 – 1972) – holenderski malarz i grafik, który w swojej twórczości połączył matematykę ze sztuką. Jego rysunki potrafią zahipnotyzować (a także przyprawić architektów o ból głowy). W haskim muzeum można obejrzeć wszystkie jego najbardziej znane prace, a także samemu trochę się pobawić perspektywą, np. zrobić sobie z koleżanką/kolegą z pracy zdjęcie, na którym kolega/koleżanka wygląda przy nas jak liliput (lub jak Guliwer). Oczywiście skorzystałyśmy z koleżanką z tej okazji, ale ponieważ na zdjęciu widnieją nasze oblicza, to nie publikuję.

W tej sali można zasiąść i po paru minutach wpatrywania się w zmieniające się wzory – odlecieć (jesteśmy wszak w Holandii…).
To już nie Escher, ale dzieło artysty zainspirowanego jego twórczością.

Dodatkową atrakcją muzeum są kryształowe żyrandole holenderskiego rzeźbiarza Hansa van Bentema – w kształcie parasola, trupiej czaszki, konika morskiego, a nawet bomby lotniczej. Albo takim:

…lub takim.

W XVIII-wiecznym pałacu, w którym mieści się muzeum, architekt też zabawił się iluzją – z poziomu parteru wydaje się, że schody na klatce schodowej prowadzą na drugie piętro, jednak gdy dochodzi się na pierwsze, nagle okazuje się, że wejścia na górę nie ma (tzn. jest, ale nie głównymi schodami, tylko bocznymi, ukrytymi w drugiej, mniejszej klatce schodowej). Goście odwiedzający muzeum popadają w lekką konfuzję… Nie da się tego niestety uchwycić na zdjęciu (wszak to iluzja… :-)).

Haga leży nad morzem, zatem idziemy oczywiście na plażę.

…chociaż pogoda może niezbyt plażowa.

Na zdjęciu haskie molo De Pier w dzielnicy Scheveningen. Czego tu nie ma… Sklepy, knajpy, wieża widokowa do skoków na bungee, hotel, no i oczywiście diabelski młyn. Jeszcze niedawno popadało w ruinę i miano je rozebrać, jednak znalazł się ktoś przytomny, kto zobaczył potencjał tego miejsca. Dzisiaj jest to jedna z największych atrakcji nie tylko w Hadze, ale i w całej Holandii.

Jak widać pogoda nie wszystkim przeszkadza w dobrej zabawie.
Nie, nie wsiadłyśmy.
Nie odmówiłyśmy sobie jednak ryby z frytkami w Kibbelkingu :-).

Starczy atrakcji jak na jeden dzień. Jutro dzień drugi, nie mniej ciekawy.

Luty

Nędza, nędza spacerowa w lutym – choróbska, niepogody, dentystki-sadystki… Ale idzie wiosna, dnie coraz dłuższe, jak kończę pracę, przez coraz dłuższą chwilę jest jeszcze widno, marzec powinien być lepszy. A w przyszłym tygodniu będzie wydanie specjalne :-).

Szaman

Mandaryn wzdycha. – Wiesz, co ci powiem? Jak dziesięć lat temu odszedłem od was, to myślałem sobie, że z hipisowskich sloganów wyrosłem. Czas skończyć z nierealnymi mrzonkami i bezsensowną włóczęgą – powiedziałem sobie. Wezmę się poważnie za życie. No i wziąłem się jak widzisz. Skończyłem studia, mam stanowisko… Czego to ja jeszcze nie mam?… No i wiesz co, że to wszystko gówno. Wtedy wśród was żyłem naprawdę. A teraz? Kłamię. Sam przed sobą kłamałem całą kupę lat, że dojrzałem, myślę po skwerowsku i jest mi z tym dobrze. Teraz przynajmniej siebie nie okłamuję. Kłamię żonie, dzieciom, kolegom z pracy. Że jestem już taki jak oni i że jest mi w ich świecie dobrze. A ja dalej jestem długowłosy, choć się ostrzygłem. Wiesz co. Czasem mam ochotę rzucić wszystko i wrócić do was. Jesteście bandą zwariowanych gówniarzy, mimo że niektórzy z was mają już ponad czterdziestkę. Ale przynajmniej tak jak ja nie udajecie dorosłego. Tak Szaman. Nie cywilizuj się przypadkiem. To sensu nie ma. Ale ty i ci z was, co jeszcze zostali, pilnujcie waszej wolności. Jest może gorzka ale, nie ma nic droższego niż ona.

Wojciech (Tarzan) – Michalewski, „Mistycy i narkomani”, Wydawnictwo ETHOS, 1992

(U)jazdów

Czyli Bullerbyn w Warszawie, na Ujazdowie. Osiedle domków fińskich, sprowadzonych z Finlandii w 1945 r. i przeznaczonych dla pracowników Biura Odbudowy Stolicy. Miało być tymczasowe, przetrwało do dzisiaj (choć wiele domków rozebrano, obecnie jest ich 27), a układ urbanistyczny osiedla wpisany został do rejestru zabytków. Działa tam prężna społeczność lokalna pod nazwą Otwarty Jazdów, prowadząca ogólnodostępne działania społeczne, kulturalne, edukacyjne i artystyczne (głównie latem). Położone w centrum Warszawy, w pięknym otoczeniu – na skraju skarpy, w okolicy kilku parków, w tym dwóch zabytkowych – Ujazdowskiego i Łazienkowskiego. Wygląda równie ładnie latem i zimą.

Między żywopłotami fruwało mnóstwo sikorek, ale żadnej nie udało mi się złapać na zdjęciu.
Zabudowania dawnego Szpitala Ujazdowskiego.
Dom Aukcyjny Desa Unicum.
Ambasada Francji.
Dom Oficerski Funduszu Kwaterunku Wojskowego z lat 20., przy ul. Myśliwieckiej.

Park Tadeusza Mazowieckiego.

Jednej z alejek parku nadano imię Pawła Adamowicza.

Dużo tu ciekawych nazw uliczek – Marzycieli, Sąsiadek, Odkrywczyń i Ideowczyń (nie znoszę tego rodzaju feminatywów), ale najbardziej podoba mi się nazwa ulicy powyżej (niedaleko swoją aleję ma George Harrison).

Styczeń

Really look at a rainbow. Can you see all seven colours? Where does it begin and end? Remember: „no rain, no rainbows”!

Spacerów miastoznawczych żadnych tym razem. Ale żeby nie było, że nic się w styczniu nie działo, to – oprócz zrealizowania kolejnej Nature Prescription (15 stycznia, godz. 7:42, Żoliborz) – dwa razy imprezowałam, dwa razy byłam na wsi (ale w brzydką pogodę), raz na koncercie, raz „służbowo” na gorącej czekoladzie (w Starbuksie :)), kilka razy w klinice rehabilitacyjnej oraz dostałam czołg (amerykańskiego Abramsa). No i był Powrót Mamy.

***

Według najnowszego raportu Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) globalne wydatki na obronę przekroczyły po raz pierwszy w 2021 r. 2 biliony dolarów. Zdecydowanym liderem były Stany Zjednoczone. [za portalem Forsal.pl].

I to już koniec

Zza płachty namiotu dobiegały łomot i szczęk żelaza, chrapanie koni i dzikie wrzaski. Ranni w lazarecie wyli na różne głosy.

– Proszę spojrzeć – Rusty uniósł kleszcze, zademonstrował wyciągnięty wreszcie zadziorzasty grot. – Wyprodukował to cacko rzemieślnik, dzięki tej produkcji utrzymując liczną rodzinę, nadto przyczyniając się do rozwoju drobnej wytwórczości, a więc i ogólnego dobrobytu i powszechnego szczęścia. A sposób, w jaki to cudeńko trzyma się ludzkich trzewi, niechybnie chroniony jest patentem. Niech nam żyje postęp.

***

Uderzyli. Uderzyli samobójczo, strasznie. Ale skutecznie. Nilfgaardczycy z dywizji „Venendal” zmieszali szyki i wtedy wpadły na nich z impetem chorągwie redańskie. W niebo uderzył wielki wrzask.

Kobus de Ruyter nie widział już tego i nie słyszał. Zabłąkany bełt z kuszy trafił go prosto w skroń. Graf obwisł z kulbaki, chorągiew okryła go jak całun.

Osiem pokoleń poległych w bojach de Ruyterów, śledzących bitwę z zaświatów, z uznaniem kiwało głowami.

***

– Ani pokój cintryjski – powiedział elf – ani tym bardziej pompatyczna novigradzka defilada nie mogą być uważane za cezury i kamienie milowe. Cóż to bowiem są za pojęcia? Władza polityczna nie może tworzyć historii za pomocą aktów czy dekretów. Władza polityczna nie może również historii oceniać, wystawiać not ani szufladkować, chociaż w swej pysze żadna władza tej prawdy nie uzna. Jednym z najjaskrawszych przejawów waszej ludzkiej arogancji jest tak zwana historiografia, próby wydawania opinii i ferowania wyroków o, jak wy to mówicie: „dziejach minionych”. Jest to dla was, ludzi, typowe i wynika z faktu, że natura obdarzyła was efemerycznym, owadzim, mrówczym życiem, śmieszną średnią wieku poniżej setki. Wy zaś do swej owadziej egzystencji usiłujecie dopasowywać świat. A tymczasem historia jest procesem, który zachodzi nieprzerwanie i nigdy się nie kończy. Nie da się podzielić historii na odcinki, stąd dotąd, stąd dotąd, od daty do daty. Nie da się historii określić ani tym bardziej zmienić królewskim orędziem. Nawet jeśli wygrało się wojnę.

Andrzej Sapkowski, „Pani Jeziora”, Supernowa, Warszawa 2004

I to już jest koniec. Nie, nie koniec bloga. Jeszcze mi się nie znudził, po prostu chwilowo mało mam czasu i okazji do spacerów. W dodatku jest zima.

Dotarłam do końca wędrówki z Wiedźminem i jego kompanią. Podobała mi się ta półroczna podróż, choć nadal uważam, że Tolkien lepszy. Jednak w obu przypadkach po przeczytaniu ostatnich słów książki było mi smutno, że to już koniec. Trochę za dużo u Sapkowskiego tej publicystyki, za bardzo to współczesne jak na mój gust, jeśli chodzi o literaturę fantasy, ale na plus trzeba mu przypisać, że absolutnie wszyscy bohaterowie to postacie z krwi i kości. A na bardzo duży plus – że w wiedźminowskim świecie panuje całkowite równouprawnienie. Kobiety są tu tak samo ważne, jak mężczyźni – kochają, walczą, przyjaźnią się, spiskują i knują, nie przestając być przy tym wszystkim kobietami. Sapkowski je rozumie, a to rzadkość u mężczyzn (i vice versa zresztą, kobiety-pisarki też rzadko potrafią dobrze wejść w męską skórę). Tak że – brawa dla tego pana. No i ten humor, te dialogi! :)))

– Mistrzu małodobry – rzekł ze sztuczną emfazą żałobny. – Czyń twą powinność!

Kat zbliżył się, zgodnie ze starodawnym obyczajem przyklęknął przed skazańcem, schylił zakapturzoną głowę.

– Odpuść mi, dobry człowieku – poprosił grobowo.

– Ja? – zdziwił się Jaskier. – Tobie?

– Ehe.

– W życiu.

– Eee?

– W życiu nie odpuszczę. Niby z jakiej racji? Widzieliście go, figlarza! Za chwilę głowę mi utnie, a ja mam mu to wybaczyć? Kpicie sobie ze mnie czy co? W takiej chwili?

– Jakże to tak, panie?  – zafrasował się małodobry. – Przecie takie prawo… I zwyczaj taki… Skazaniec winien najsamprzód wybaczyć katu. Dobry panie! Odpuść winę, wybacz grzech…

– Nie.

– Nie?

– Nie!

– Nie będę go tracił – oświadczył ponuro kat, wstając z klęczek.  – Niech odpuści, taki syn, inaczej nie będzie z tego nic.

– Panie wicehrabia – żałobny urzędnik ujął Jaskra za łokieć. – Nie utrudniajcie. Ludzie się zebrali, czekają… Odpuśćcie mu, przecie grzecznie prosi…

2022

City of Warsaw – Potok Służewiecki, który dobrze kończy – Ambasada Ukrainy – Kamienica Samobójców – Glinianki Sznajdra – Tam, Gdzie Rosną Poziomki – Uśmiech Heleny – Kopalnia Wiśniówka – Konstancin-Jeziorna – Wola – Mirów – Cisza nad Wisłą.

Rok, który zaczął się dobrze – zrealizowanym postanowieniem noworocznym – zmianą pracy, po dwudziestu latach, na – póki co – lepszą i zakończył źle i smutno – pierwszą Wigilią bez mamy (na szczęście nie do końca). Oby w tym roku było odwrotnie, czyli żeby zaczął się źle, a zakończył dobrze. Nowe postanowienia postanowione, marzenia też są, ale z gatunku tych nie do zrealizowania, albo do zrealizowania zbyt dużym kosztem… Nie pozostaje nic innego jak czekać, co przyniesie życie.