Niebiesko mi

Tak to jest, gdy ktoś zapomni dosypać nasionek kwiatków innych niż niebieskie do mieszanki „łączkowej”. Na poprzednich imieninach, pod koniec lipca, rosła w tym miejscu tylko trawa. Teraz się zaniebieściło. Ładnie, ale trochę monochromatycznie : ).

Jabłka w starym sadzie obrodziły, zwłaszcza kronselki, w przeciwieństwie do winogron, które chyba przemarzły. Jeżyny dopiero dojrzewają. Z braku laku nazbierałam więc orzechów laskowych. Na deser oczywiście była szarlotka, jeszcze ciepła, bo bratowa machnęła ją (łącznie z obraniem jabłek) między jednym kieliszkiem wina a drugim. Stół w kuchni zastawiony musem jabłkowym, zaczyna brakować słoików. Brat chodzi po ogrodzie i łopatą zgarnia zepsute owoce na kompost. Znaczy – nadeszła jesień.

Były jeszcze placki dyniowe i klopsiki z sosem grzybowym z moich prawdziwków – pychota. Ot, i cała imprezka.

Dowody na istnienie

Spacer dziś krótki, bo dzień coraz krótszy, a dzień pracy coraz dłuższy (a jeszcze się nawet na dobre nie zaczęło…). Ale to tym bardziej głowę trzeba przewietrzyć, póki jeszcze da się.

Kolejna część Marymontu bielańskiego, czyli Kaskada. Dzisiaj część mniej ciekawa, przede wszystkim – płaska i bez kaskady. Obszar między ul. Klaudyny i Lektykarską zabudowany jest głównie współczesnymi domkami jednorodzinnymi. Nic tu zbytnio oka nie przykuwa. Wąskie uliczki zastawione samochodami i domostwa – każde z innej parafii, co tam sobie kto wymyślił i na co tam kogo było stać. Mieszkaniowy groch z kapustą. Ja jednak szukałam rodzynków, czyli moich ulubionych staroci. Bo to tu był kiedyś ten nędzny, brudny, karczemny, zapijaczony i beznadziejny Marymont, opisywany w „Sonacie marymonckiej” i „Wilku” przez Hłaskę. (Ma zresztą tutaj swoją ulicę). Niewiele ich zostało, murszeją i zarastają krzaczorami i zdziczałymi jabłonkami, nie ma jak zrobić zdjęcia. Ale są i swym mrocznym, nadgniłym i stęchłym istnieniem dowodzą.

No a poza tym wreszcie znalazłam Ją – rzeczkę-widmo, od której wzięły swe nazwy trzy wielkie osiedla (Ruda, Potok i Rudawka), kilka ulic, a nawet jedna pizzeria. Rudawka naprawdę istnieje i oto dowód:

Rzeczka to może zbyt dużo powiedziane, raczej kanałek, ale i tak się ucieszyłam na jej widok. Szemrze sobie obok przystanku autobusowego, kaczki po niej pływają, po czym znika pod ul. Podleśną i wypływa gdzieś w Lasku Bielańskim, by za chwilę znów zniknąć, tym razem już ostatecznie, w Wiśle. Nie śmierdzi.

A przy Podleśnej jest lodziarnia z pysznymi lodami rzemieślniczymi.

Ruda

Zostawiam na chwilę Wisłę i wracam na Marymont, a konkretnie na bielańskie Osiedle Ruda. Powstało w miejscu starej, biednej zabudowy przed- i powojennej. Nazwa pochodzi od folwarku Ruda, który był tu jeszcze wcześniej, a jego nazwa – oczywiście od rzeczki Rudawki (której oczywiście tu nie ma). Osiedle jak osiedle, typowo PRL-owskie, ani specjalnie ładne, ani specjalnie brzydkie, wyróżnia się chyba tylko tym, że niektóre bloki są napraaawdę wysokie (20-piętrowe). Niezbyt urodziwe, ale mieszkańcy ostatnich pięter od strony Wisły muszą mieć niezły widok, zwłaszcza że Wisła w tej okolicy jest już dość dzika.

Największą atrakcją jest osiedlowy zieleniec, usiany pomnikami przyrody. Drzewa – forpoczta pobliskiego Lasku Bielańskiego – przypominają, że kiedyś rosła tu puszcza.

A to już drzewa w parku o długiej nazwie (Harcerskiej Poczty Polowej Powstania Warszawskiego). Nazwa długa, ale drzewa coś… krótkie.

Jeden z nielicznych starych budynków na osiedlu, z dość oryginalnie zagospodarowanym balkonem.

Krzyż przy kościele pw. św. Rafała i Alberta.
Mury kościoła.

Jak powiedział Michał Anioł: „The sculpture is already complete within the marble block, before I start my work. It is already there, I just have to chisel away the superfluous material.” (Nie mogłam znaleźć polskiej wersji tego cytatu). Anyway, w tych wnękach (wnęczkach właściwie) to nie są kamienie, tylko gotowe rzeźby, tylko ja – nie będąc ich rzeźbiarzem – ich jeszcze nie widzę.

BUW

Czyli ciąg dalszy łażenia po dachach na Powiślu. Łydka po tygodniu wreszcie przestała mnie boleć, więc i spacer przyjemniejszy. Co prawda nadal pobolewają mnie inne gnaty, ale to już jest ból znajomy i oswojony. Chyba jestem już na niego skazana, na tego mojego Małego Bóla. Zgniłożółtego, pokracznego, złośliwego stwora w czerwonym kubraczku.

Dach Biblioteki Uniwersyteckiej nie jest tak ładny, jak ten naprzeciwko, w Centrum Kopernika, ale ma swój ładniejszy ciąg dalszy na poziomie gruntu. Byłby jeszcze ładniejszy, gdyby na każdym kroku nie wystawały mu jakieś ogrodnicze, plastikowe ustrojstwa, głównie gumowe rury, wymieszane z całą resztą bibliotecznej infrastruktury. Mimo wszystko widać, że architekt zieleni się napracował. Czego tu nie ma…

Schody donikąd.

Ten Bentley należy na pewno do pani bibliotekarki.

Wyjątkowe brzydactwo.

Ostatnie spojrzenie z przystanku na Wisłę i fontanny.

Grzybobranie

Pierwsze w tym roku i mam nadzieję nie ostatnie. Skromne, bo ogródkowe i popołudniowe, czyli po pierwszej – za przeproszeniem – penetracji terenu. Ale coś tam mi się udało uzbierać, choć nie jakieś nadzwyczajne okazy. Okazy zbierał przyjaciel, który penetrował teren przede mną i tylko potem wskazywał: „o, tu, pod tą sosenką zawsze jest dużo”. Ale dla mnie już niewiele zostało… : ). Przerzuciłam się więc z prawdziwków na maślaki, przedtem jeszcze wykonując telefon do mamy, mniej więcej tej treści: „hej mamo, dzwonię z lasu, lubisz maślaki?” Mama, jak się okazało, uwielbia siorbać maślaki. Zapomniałam o łydce, o kolanie, biodrze i całej reszcie, nawet o pracy zapomniałam, i jakąś godzinę spędziłam przedzierając się przez kłujące gałęzie i czołgając po leśnej ściółce. Jest coś pierwotnego w tym grzebaniu się w igliwiu, szyszkach, zbutwiałych liściach i grzybni. Jakiś prehistoryczny imperatyw – zbieraj!

Śluzowce? Nie, jednak grzyb.

Ale jeszcze zapoluję na te jedne z najdziwniejszych form życia – ni to rośliny, ni to zwierzęta, ni to grzyby… Niektóre są całkiem bystre.

Czekając na wukadkę.

Ostatecznie nie dowiozłam ich do domu, nie miałabym już dzisiaj siły, by je oczyścić. Zawiozłam je do mamy, a tam wymieniłam na gruszki i mus (tegoroczny tym razem), bo akurat przyjechał brat z darami z sadu. Wziął prawdziwki, mama wzięła maślaki, ja wzięłam gruszki i wszyscy byli zadowoleni. Ech, lubię te jesienne bartery.

Mermaids

W ramach testów technicznych mojego układu mięśniowo-szkieletowego wyszłam dzisiaj na krótki spacer szlakiem nadwiślańskim na południe. Testy wyszły umiarkowanie pozytywnie, tzn. wyszłam, przeszłam i wróciłam o własnych nogach, ale nie był to swobodny spacer, ale bezustanne wsłuchiwanie się w sygnały alarmowe wysyłane z różnych części mojej cielesnej powłoki. Upał i przedburzowa duchota też nie pomagały. Niemniej jednak zaliczyłam kolejny odcinek Powiśla.

Pomnik Ławki Szkolnej przed Wyższą Szkołą Pedagogiczną ZNP..

WSP ZNP – szkoła, której nie ukończyłam – pedagogika nie była moim powołaniem. Aczkolwiek wykłady z psychologii prof. Piotrowskiej były bardzo fajne.

Odpoczynek pod mostem średnicowym, przerywany okazjonalnie hukiem przejeżdżających pociągów.

Kiedyś nad Wisłą były tylko budki z piwem.
Na warszawiaków można liczyć. Tytuł rzeźby: „Spragniony”.
Syrena nr 1.
Syrena nr 2, na Moście Poniatowskiego.

Centrum Nauki Kopernik

Tytuł trochę na wyrost, bo zwiedziłam tylko okolice najbardziej „fajnopolackiego” miejsca na warszawskich bulwarach (oraz wlazłam na dach). Dużo tu się dzieje, ale wszystko jakieś takie sztuczne i p o d k o n t r o l ą. Strzałki, tablice, kamery. Tu można wchodzić, tam zabronione. Zakazy i nakazy. Każdy zakątek zagospodarowany, zainfrastrukturyzowany. Zająć, zająć czymś ludzi. Jest dobrze! Tylko wędkarze nad samą wodą dalej robią swoje (czyli siedzą i gapią się w spławik). I bezdomni w swoich kwaterach pod Mostem Świętokrzyskim. Aż dziw, że nikt ich jeszcze stamtąd nie usunął.

Akwaporyna – fontanna naukowa.
Odźwierny w CNK.

Suchy ogród na dachu Centrum – najspokojniejsze miejsce w okolicy. Większość roślin przekwitła, ale to dodaje mu charakteru. Poza tym – zbliża się jesień. Sezon na trawy i wrzosy. Cisza.

Pod podwójną obserwacją.

Ostatni przystanek – Muzeum Sztuki Nowoczesnej (właściwie galeria). Wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany”.

Najlepsze dzieła sztuki tworzy sama Ziemia. (Studia powierzchni Ziemi, Boyle Family).
Galeria przed galerią.

Chaos i harmonia

Matematyki w szkole nienawidziłam, była to moja zmora i do dzisiaj zdarzają mi się nocne koszmary, że jeszcze muszę do tej szkoły wrócić i coś tam z niej zaliczyć. Wolałam iść do klasy humanistycznej i zakuwać do matury historię, niż stanąć przed perspektywą rozwiązywania równań logarytmicznych, pierwiastków czy innych diabelstw.

Co nie znaczy, że matematyka – na tym wyższym poziomie (już całkowicie dla mnie niezrozumiałym) – mnie na swój sposób nie fascynuje. Jej tajemnicza i niewidoczna wszechobecność i niewzruszoność. Chociaż jako matematyczny analfabeta muszę to przyjmować na wiarę. Niemieccy twórcy filmu „Chaos i harmonia” spróbowali maluczkim takim jak ja (i mój przyjaciel) zwizualizować nieco tę abstrakcyjną wiedzę tajemną. Diagramy Woronoja, sploty boromejskie z pięciu pierścieni, powierzchnie gyroidalne, symulacje stada obiektów, ciecze lepkosprężyste, symulacje kolizji galaktyk, grafiki ewolucyjne, równania Rabinowicza-Fabrikanta, cykloidy oraz fraktale różnego rodzaju oglądane na ogromnym, okrągłym ekranie nad głową, przy akompaniamencie elektronicznej muzyki Johannesa Kraasa, wyglądają bardzo efektownie i psychodelicznie. Chociaż oczywiście nadal pozostają dla mnie jedynie pięknymi obrazkami. Jedyne, czego w pokazie mi brakowało, to właśnie chociażby paru słów komentarza do oglądanych… zjawisk. Co to, gdzie to, do czego to… Same nazwy to trochę mało.

Ale na pewno warto było zobaczyć.

Czekając na wejście do sali projekcyjnej w Planetarium można sobie obejrzeć wystawę „Patrz: Ziemia” i – jeśli ma się trochę czasu i cierpliwości – przekonać się, na interaktywnych ekranach, do jakiego stanu ją (Ziemię znaczy) doprowadziliśmy.

Wyjście ewakuacyjne chyba nie w tę stronę…

Transmisja live ze Słońca.
A poza tym to cały czas jesteśmy nad Wisłą.