Grzybobranie

Pierwsze w tym roku i mam nadzieję nie ostatnie. Skromne, bo ogródkowe i popołudniowe, czyli po pierwszej – za przeproszeniem – penetracji terenu. Ale coś tam mi się udało uzbierać, choć nie jakieś nadzwyczajne okazy. Okazy zbierał przyjaciel, który penetrował teren przede mną i tylko potem wskazywał: „o, tu, pod tą sosenką zawsze jest dużo”. Ale dla mnie już niewiele zostało… : ). Przerzuciłam się więc z prawdziwków na maślaki, przedtem jeszcze wykonując telefon do mamy, mniej więcej tej treści: „hej mamo, dzwonię z lasu, lubisz maślaki?” Mama, jak się okazało, uwielbia siorbać maślaki. Zapomniałam o łydce, o kolanie, biodrze i całej reszcie, nawet o pracy zapomniałam, i jakąś godzinę spędziłam przedzierając się przez kłujące gałęzie i czołgając po leśnej ściółce. Jest coś pierwotnego w tym grzebaniu się w igliwiu, szyszkach, zbutwiałych liściach i grzybni. Jakiś prehistoryczny imperatyw – zbieraj!

Śluzowce? Nie, jednak grzyb.

Ale jeszcze zapoluję na te jedne z najdziwniejszych form życia – ni to rośliny, ni to zwierzęta, ni to grzyby… Niektóre są całkiem bystre.

Czekając na wukadkę.

Ostatecznie nie dowiozłam ich do domu, nie miałabym już dzisiaj siły, by je oczyścić. Zawiozłam je do mamy, a tam wymieniłam na gruszki i mus (tegoroczny tym razem), bo akurat przyjechał brat z darami z sadu. Wziął prawdziwki, mama wzięła maślaki, ja wzięłam gruszki i wszyscy byli zadowoleni. Ech, lubię te jesienne bartery.

Mermaids

W ramach testów technicznych mojego układu mięśniowo-szkieletowego wyszłam dzisiaj na krótki spacer szlakiem nadwiślańskim na południe. Testy wyszły umiarkowanie pozytywnie, tzn. wyszłam, przeszłam i wróciłam o własnych nogach, ale nie był to swobodny spacer, ale bezustanne wsłuchiwanie się w sygnały alarmowe wysyłane z różnych części mojej cielesnej powłoki. Upał i przedburzowa duchota też nie pomagały. Niemniej jednak zaliczyłam kolejny odcinek Powiśla.

Pomnik Ławki Szkolnej przed Wyższą Szkołą Pedagogiczną ZNP..

WSP ZNP – szkoła, której nie ukończyłam – pedagogika nie była moim powołaniem. Aczkolwiek wykłady z psychologii prof. Piotrowskiej były bardzo fajne.

Odpoczynek pod mostem średnicowym, przerywany okazjonalnie hukiem przejeżdżających pociągów.

Kiedyś nad Wisłą były tylko budki z piwem.
Na warszawiaków można liczyć. Tytuł rzeźby: „Spragniony”.
Syrena nr 1.
Syrena nr 2, na Moście Poniatowskiego.

Centrum Nauki Kopernik

Tytuł trochę na wyrost, bo zwiedziłam tylko okolice najbardziej „fajnopolackiego” miejsca na warszawskich bulwarach (oraz wlazłam na dach). Dużo tu się dzieje, ale wszystko jakieś takie sztuczne i p o d k o n t r o l ą. Strzałki, tablice, kamery. Tu można wchodzić, tam zabronione. Zakazy i nakazy. Każdy zakątek zagospodarowany, zainfrastrukturyzowany. Zająć, zająć czymś ludzi. Jest dobrze! Tylko wędkarze nad samą wodą dalej robią swoje (czyli siedzą i gapią się w spławik). I bezdomni w swoich kwaterach pod Mostem Świętokrzyskim. Aż dziw, że nikt ich jeszcze stamtąd nie usunął.

Akwaporyna – fontanna naukowa.
Odźwierny w CNK.

Suchy ogród na dachu Centrum – najspokojniejsze miejsce w okolicy. Większość roślin przekwitła, ale to dodaje mu charakteru. Poza tym – zbliża się jesień. Sezon na trawy i wrzosy. Cisza.

Ostatni przystanek – Muzeum Sztuki Nowoczesnej (właściwie galeria). Wystawa „Wiek półcienia. Sztuka w czasach planetarnej zmiany”.

Najlepsze dzieła sztuki tworzy sama Ziemia. (Studia powierzchni Ziemi, Boyle Family).

Chaos i harmonia

Matematyki w szkole nienawidziłam, była to moja zmora i do dzisiaj zdarzają mi się nocne koszmary, że jeszcze muszę do tej szkoły wrócić i coś tam z niej zaliczyć. Wolałam iść do klasy humanistycznej i zakuwać do matury historię, niż stanąć przed perspektywą rozwiązywania równań logarytmicznych, pierwiastków czy innych diabelstw.

Co nie znaczy, że matematyka – na tym wyższym poziomie (już całkowicie dla mnie niezrozumiałym) – mnie na swój sposób nie fascynuje. Jej tajemnicza i niewidoczna wszechobecność i niewzruszoność. Chociaż jako matematyczny analfabeta muszę to przyjmować na wiarę. Niemieccy twórcy filmu „Chaos i harmonia” spróbowali maluczkim takim jak ja (i mój przyjaciel) zwizualizować nieco tę abstrakcyjną wiedzę tajemną. Diagramy Woronoja, sploty boromejskie z pięciu pierścieni, powierzchnie gyroidalne, symulacje stada obiektów, ciecze lepkosprężyste, symulacje kolizji galaktyk, grafiki ewolucyjne, równania Rabinowicza-Fabrikanta, cykloidy oraz fraktale różnego rodzaju oglądane na ogromnym, okrągłym ekranie nad głową, przy akompaniamencie elektronicznej muzyki Johannesa Kraasa, wyglądają bardzo efektownie i psychodelicznie. Chociaż oczywiście nadal pozostają dla mnie jedynie pięknymi obrazkami. Jedyne, czego w pokazie mi brakowało, to właśnie chociażby paru słów komentarza do oglądanych… zjawisk. Co to, gdzie to, do czego to… Same nazwy to trochę mało.

Ale na pewno warto było zobaczyć.

Czekając na wejście do sali projekcyjnej w Planetarium można sobie obejrzeć wystawę „Patrz: Ziemia” i – jeśli ma się trochę czasu i cierpliwości – przekonać się, na interaktywnych ekranach, do jakiego stanu ją (Ziemię znaczy) doprowadziliśmy.

Wyjście ewakuacyjne chyba nie w tę stronę…

Transmisja live ze Słońca.
A poza tym to cały czas jesteśmy nad Wisłą.

Mariensztat

Była Góra Marii, dzisiaj było Miasto Marii (innej – Potockiej), na Powiślu. Czyli posuwam się wzdłuż Wisły na południe, podśpiewując socrealistyczne pieśni. Uderza brak detali, ale jak się buduje dom w 19 dni, to się o detalach nie myśli. Dzisiaj miejsce już trochę zapomniane i zaniedbane, zestarzało się razem ze swoimi pierwszymi mieszkańcami. I chyba niewielu ich jeszcze żyje. Nikt już nie tańczy przy fontannie na rynku, zresztą ta jest w remoncie. Mury obdrapane, pokryte liszajami i płatami obłażącej farby. Ale jak dla mnie – im bardziej obdrapane, tym lepiej… : )

Wars i Sawa łowią rybki na wspólną kolację. (To oczywiście moja interpretacja tego fresku ; ).
Kamienice na rynku.
Prawie niewidoczny pod siatką zabezpieczającą napis: „Tu u stóp pałacu Kazanowskich walczył z małpami pan Zagłoba”.

Za cholerę nie wiem, o co chodzi z tymi małpami. (Nie czytałam Trylogii).

A mury runą, runą, runą…
Ta malowniczo zapyziała brama prowadzi na całkiem elegancki skwerek. (Nie wiem, do czego mogły służyć te dziwne wnęki w ścianach).
Baba z kurą. Przepraszam – Przekupka Barbary Zbrożyny.
Spieszy się kilka godzin.
Ale kanał…

Ogrody Królewskie i Stare Miasto od strony Wisły

Remontowali, rewitalizowali i wyszła… straszna nuda. Teren jest może dobry do urządzania rautów, ale na pewno nie do spacerowania w zwykły dzień, ponieważ… nic ciekawego tu nie ma. Po łysym i dość drętwym placu hula wiatr, kręcą się smętnie jacyś robotnicy od zieleni i znudzeni turyści, tu i tam walają się jakieś ogrodnicze maszyny. Przygnębiający nastrój potęgują nieczynne (prawdobodobnie z powodu zapowiadanej burzy) fontanny. W Arkadach Kubickiego „pasjonująca” wystawa poświęcona Cudowi nad Wisłą. Trochę ciekawsza jest najbliższa okolica, czyli staromiejskie kamienice na skarpie, ale jak na jedno z najbardziej reprezentacyjnych miejsc Warszawy – porażka.

Ciekawy adres… : )
Zamek i Ogrody Królewskie (czyli wielki, pusty trawnik).
Labirynt w labiryncie.

Bulwary wiślane na tym odcinku też raczej wieją nudą.

Schody na Most Śląsko-Dąbrowski.

Być może to alert RCB tak wystraszył spacerowiczów. Rzadko, bardzo rzadko jest tu latem tak pusto.

Wieża widokowa, z której wypłoszyłam dwoje całujących się zakochanych.
Krasnal Podróżnik – najmniejszy pomnik w Warszawie – łatwo go przeoczyć, albo wręcz się o niego potknąć.

Ja zauważyłam go dopiero po jakichś 10-ciu minutach siedzenia na ławce naprzeciwko niego.

515

Bulwar Jana Karskiego – 515 kilometr Wisły. Spacer od Mostu Gdańskiego do ul. Boleść na Nowym Mieście. Plus przejażdżka promem i powrót przez Pragę.

Skąd to upodobanie do tych wojskowych nazw? Multimedialny Park Fontann na Skwerze I Dywizji Pancernej WP – jak to brzmi? Fontanny i dywizja pancerna…

ul. Boleść.

Nazwa wiąże się z cierpieniem skazańców wtrącanych do więzienia, które niegdyś się tu mieściło.

Park Fontann nawet w wersji „powszedniej” robi wrażenie.
Stany skupienia.
William Heerlein Lindley – twórca warszawskich wodociągów.

Pomysł na pomnik i zwłaszcza ławeczkę fajny, ale ja bym jeszcze dodała obok źródełko z warszawską kranówką, jakie widziałam w Parku Kępa Potocka, z którego można było napełnić butelkę albo napić się prosto do paszczy.

Wracam nad Wisłę.

Płyniemy na Pragę.

Nie jest to może Bałtyk, ale jak się nie ma, co się lubi…

…to się lubi Praską Plażę Miejską.

Zajęta podziwianiem zachodu słońca z półdzikiego praskiego brzegu spóźniłam się na prom powrotny, więc wróciłam do domu przez Pragę.

Znowu ZOO.

ZOO było już oczywiście zamknięte, ale wciąż dochodziły stamtąd odgłosy toczącego się tam życia towarzyskiego, głównie papug. Słychać je było bardzo wyraźnie na opustoszałej ul. Ratuszowej. Dość surrealistyczne uczucie – słyszeć odgłosy dżungli, gdy się idzie na tramwaj.

Łacha Potocka

Czyli Park Kępa Potocka raz jeszcze, tym razem część bielańska. Chyba trochę skromniejsza, bardziej zadrzewiona i bardziej dzika.

NOS-y, czyli Niezidentyfikowane Obiekty Stojące.
Szuwary. W tle zabudowania osiedla Marymont-Ruda.
Stojąca w przyparkowych ogródkach działkowych topola czarna – pomnik przyrody.

Chciałam przejść się po tych ogródkach, ale wstęp dla spacerowiczów był wzbroniony.

Pod Trasą AK.
Nie wiem, co za pokręcony esteta to wymyślił.

***

Odwiedziła mnie dziś sierpówka.

Zrośnięci(e)

Nie wiem, może to z powodu nagłej zmiany pogody, ale jakaś słabowita dzisiaj byłam. Mój rower też nie miał chyba dobrego dnia i na wszelkie sposoby dawał mi do zrozumienia, że wolałby postać sobie pod wiatą zamiast telepać się po leśnych wybojach i kałużach. „Jestem małym, miejskim rowerkiem, a nie jakimś crossowcem…” – zgrzytał, podskakując na gałęziach, a gdy nie reagowałam, perfidnie wjechał mi w kałużę, wykładając się w niej jak długi (na szczęście beze mnie) niczym jakaś, nie przymierzając, świnia w bajorze, i dla wzmocnienia efektu wykręcił sobie kierownicę o 180 stopni. Potem okazało się jeszcze, że odłączył sobie linkę od hamulca. A na koniec zrzucił łańcuch. Do tego rodzinne wycieczki, biegające luzem psy, boląca noga i tnące komary. Przeżyłam jakoś to wszystko (z wydatną pomocą przyjaciela), ale z przejażdżki wróciłam wykończona.

Z podziwiania przyrody zatem niewiele wyszło, choć przypadkowo wjechaliśmy na jakąś ścieżkę edukacyjno-przyrodniczą.

Dwa różne gatunki, zrośnięte u podstaw, rozdzielne w koronach, rzadkie zjawisko… Coś mi to przypomina.

Wróciłam więc tylko z kilkoma zdjęciami, ale za to z pięknym albumem o owadach i pajęczakach i z piosenką, która chodzi za mną cały wieczór.