Just „be”

Find a place outdoors where you feel safe to just „be” – try to be still in nature for three minutes and notice how you feel.

Hmm, najlepszym miejscem do zrealizowania tej recepty wydał mi się ogródek przyjaciela. A najlepszym momentem ta sobota, po naprawdę ciężkim tygodniu (i przed naprawdę ciężkim kolejnym). Oboje nie mieliśmy sił ni chęci na dalsze eskapady, więc po prostu sobie „pobyliśmy”. Porobiliśmy zdjęcia, pooglądaliśmy filmy o wielorybach i ośmiornicach, posłuchaliśmy Pink Floyd’ów, przejechaliśmy się na łąkę, pozrywaliśmy zielsko na paszę i na polny bukiet, przyjaciel pomalował psią budę, a ja poobserwowałam okolicę z psiej perspektywy (czyli z „psiej górki”). Niby nic, ale naprawdę I feel better.

To, co najbardziej lubię w tych weekendowych wizytach to to, że za każdym razem pojawia się coś nowego. Nigdy nie jest tak samo – jedne rośliny przestają kwitnąć, inne zaczynają, potem kolejno pojawiają się owoce, potem grzyby… a potem śnieg. Lubię tę sezonowość klimatu umiarkowanego, te ciągłe przemiany. W tym tygodniu na topie jest jedno, a już w następnym coś innego. Nowość! Nowość! A potem wyprzedaż – ostatnia szansa, przyroda oferuje ostatnie sztuki swojego towaru. I niby co roku wszystko się powtarza, ale za każdym razem tak samo zachwyca.

Śniedek.
Przetacznik.
Fiołek polny.
Wyka.
Rumianek (i dwaj niezidentyfikowani stołownicy).
Tych dwoje zostało rozpoznanych – to wtyki straszyki. Obżerają się na krzakach owocowych.
Lilak.
Rogownicowa łąka przed domem.
Sosna zwyczajna też kwitnie (kwiaty męskie).

AWF

Sportsmenka ze mnie żadna, ze sportów uprawiam głównie chodziarstwo, sporadycznie jazdę na rowerze, jeszcze bardziej okazjonalnie pływanie, a jedynym sprzętem sportowym, jaki posiadam w domu, jest niebieskie frisbee (ostatnio używane bodajże w 2012 r.). Z wf-u byłam raczej średniakiem, chociaż panią od tego przedmiotu z podstawówki wspominam dobrze, była z niej trochę oschła, ale w gruncie rzeczy równa babka. Z bujną, wiecznie rozczochraną, rudawą czupryną. Bielańskiej uczelni nie brałam nigdy pod uwagę przy wyborze szkoły wyższej. Ale dzisiaj wybrałam się tam na spacer, bo przez ostatni tydzień ćwiczyłam głównie nadgarstki i szare komórki (po 12 godzin dziennie).

Uczelnia powstała w latach 20., a jej kampus jest położony w otulinie rezerwatu Las Bielański. Dużo tu starych drzew i dobrej architektury, zwłaszcza modernistycznej i funkcjonalistycznej. Oraz młodych, wysportowanych ludzi.

Rzeźba przy głównej alei.
Patron.
Budynek pływalni z wieżą ciśnień.
Hala gier.
„Gol! Gol, proszę państwa! Sensacja na Wembley!”
Pomnik Janusza Kusocińskiego.
Aleja absolwentów. Każdy rocznik sadzi swoje drzewko.
Jak miło – roczniki mój i Przyjaciela rosną obok siebie :).

Moja choina bardziej okazała i korpulentna, za to Przyjaciela z szyszkami. Roczniki objęte tajemnicą. Ale to dobre roczniki : ).

Stadion lekkoatletyczny.

Mój jest ten kawałek podłogi

Jak to mówio: „Jak się nie ma, co się lubi…”

„…to się lubi, co się wynajmuje”. W całości wygląda to tak:

Turn over some soil and plant some flowering plants.

Pelargonie są jednymi z nielicznych roślin kwitnących, jakie mogę posadzić na balkonie, bo tylko te południowoafrykańskie kwiatki są w stanie przeżyć na nim podczas mojego dwutygodniowego letniego urlopu (mam nadzieję, że w tym roku uda mi się gdzieś wyjechać). Chyba że jest to wyjątkowo deszczowy urlop… Poza tym w moim letnim ogródku królują agawy, haworsje i rojniki (które też czasem kwitną). Skąpość ogródka rekompensuje jego przedłużenie, czyli to, co za nim. Nie narzekam, mieszkałam w gorszych miejscach. Tu mogę sobie chociaż przycupnąć rano na progu z kubkiem kawy, popatrzeć na ścianę zieleni i posłuchać ptasiego radia, zanim usiądę do komputera. Oczywiście tylko podczas pandemii, bo normalnie nie mam czasu na żadne przycupywania. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem systemu pracy zdalnej. Nie jestem natomiast fanem mojej pracy jako takiej, ponieważ pochłania ona ostatnio mnóstwo mojego czasu i nerwów, stąd na blogu zamiast spacerów same „zapchajdziury”. Mam nadzieję, że w czerwcu się to zmieni.

Ptasie radio

Make a sound map – take an A4 sheet and something to lean on outside, place an „x” in the centre to represent you, then illustrate or represent the sounds you hear around you using marks on the page.

Zmodyfikowałam trochę receptę i moje „outside” ograniczyłam do balkonu. Postanowiłam wykorzystać moje problemy ze snem i wczesnoporanne wybudzenia, by zwizualizować to, co dzieje się na zewnątrz między 5.00 a 6.00 rano.

Dzieje się dużo. Osiedle jest już dosyć stare (mniej więcej środkowy PRL) i położone jest na Żoliborzu, znanym powszechnie jako „zielony” (a także „pieprzony”). Peerelowski architekt zieleni zaszalał i posadził na moim podwórku mnóstwo drzew, które świetnie się przyjęły i wyrosły bardzo dorodne, zapewniając mieszkańcom dużo cienia i chłodu w czasie letnich upałów. (Niestety nie można tego powiedzieć o moim mieszkaniu, bo do niego popołudniami dociera jednak mnóstwo słońca). Są tu kasztanowce, lipy, jesiony, wierzba płacząca, jakieś drzewka owocowe, świerk, jarzębina, bez, wierzby oraz wiele innych drzew, których nazw nie znam. Oprócz drzew jest też sporo krzaków i żywopłotów w przyblokowych ogródkach. W tychże ogródkach mieszkańcy postawili karmniki i pojniki. W pobliżu jest kilka glinianek, do których zalatują kaczki. Niedaleko jest Park Sady Żoliborskie z drzewami owocowymi. Nieco dalej – niewielki, chroniony zespół przyrodniczo-krajobrazowy („Olszyna”) z rzeczką Rudawką. Jednym słowem – raj dla ptaków. Odgłosy miasta – trasa szybkiego ruchu (za ekranem dźwiękochłonnym na szczęście), ulica, tramwaje, odległe syreny pociągów podmiejskich, warkot samolocików z lotniska na Bemowie (wkurzający nieco), regularne dzwonki na lekcje z pobliskiej szkoły średniej (oraz uczniowska „łacina”), pikanie domofonu, szczekanie psów i pogaduszki sąsiadów mieszają się z kakofonią ptasich ćwierkań, śpiewów i skrzeków. A najlepiej słychać ją właśnie wiosną o świcie.

Co było słychać dzisiaj rano? Przede wszystkim wszędobylskie wróble, które założyły w przyblokowych żywopłotach własne osiedle (własny „zielony Żoliborz”). Na mapie zaznaczone jako małe „ptaszki” ). Wszędzie ich pełno. Potem – wrony, których też jest dużo („duże ptaszki”). Para wron zakładała wczesną wiosną gniazdo na wierzbie płaczącej i chyba już im się coś wykluło, bo słychać stamtąd jakieś młodociane krakanie. Mieszka tu też para gołębi, chyba sierpówek, których samiec nawołuje charakterystycznym „huhu – hu” („literki „u u u” w lewej części mapy). Co jakiś czas przelatują nisko szpaki (poziome „znaki równości”). Wysoko na niebie popiskują jaskółki lub jerzyki (ukośne „znaki równości” u góry mapy). Gdzieś w oddali podśpiewuje kos („zawijaski” u góry mapy). No i wiele innych sporadycznych ptasich odgłosów, niektórych bardzo ładnych, których nie potrafię niestety zidentyfikować (oznaczone na mapie różnymi zawijaskami i kreseczkami, gdzieś u góry). A także jednostajny szum trasy, odległy stukot kół tramwajów w interwałach kilkuminutowych i okazjonalnie przejeżdżające ulicą samochody. Mała kotłowanina w środkowej, dolnej części mapy (tuż nad „X-em”, czyli nade mną) – to wrona atakująca jakiegoś innego ptaka. Przeleciał też, dość wysoko, ale jednak jeszcze słyszalny, duży samolot pasażerski (cienka pojedyncza linia). Psiarze jeszcze nie wyszli.

Na mojej „sound map” przedstawia się to tak:

Nrowa

Hunt for treasure. Go to geochacing.com and thingsites.com/geotour.

Wróciłam na miejsce ukrycia skarbu, żeby udokumentować jego odnalezienie. Nie byłam tego dnia pierwsza.

Ideą geochacingu jest nie tylko zabawa w tropicieli, ale i wynajdywanie i pokazywanie innym ciekawych bądź pięknych miejsc. Właściciel tego cache’a, o nazwie „Nrowa”, chciał pokazać urodę rzeczki przepływającej obok, czyli Utraty. (Nrowa to jej dawna nazwa). Prawdziwe skarby znajdują się bowiem nie pod spróchniałym pniem, ale w jego bliższej i trochę dalszej okolicy.

Z daleka wygląda to niepozornie…
Za to z bliska…
Tajemnicze bąbelki.

Utrata jest podobno jedną z najbardziej zanieczyszczonych rzek na Mazowszu, ale na tym odcinku wydawała się być całkiem czysta. Widzieliśmy w niej żaby.

Wśród okolicznych drzew (tych, których nie ścięły bobry), rozpanoszył się bluszczyk kurdybanek.

Znaleźliśmy też szałas…
…i kawałek pustyni.

Turn o’er a rock and see what’s there.

Korzonki, mrówki, małe larwy i wijący się potwór.

Żeby zakończyć jakimś milszym widokiem:

Fiołek mandżurski.

Sadzę las

Plant a tree.

Nie posiadam ogródka, w którym mogłabym jakieś drzewo posadzić, więc sprawdziłam, czy można to zrobić jakoś inaczej. Można. W Internecie jest sporo stron, poprzez które można „posadzić” drzewa, a nawet całe połacie lasu. Ja posadziłam 10 m2, co kosztuje 35 zł. Wybrałam stronę Fundacji Las Na Zawsze, bo w jej radzie naukowej zasiada dr Łukasz Łuczaj, etnobotanik, jeden z autorów działu przyrodniczego „Przekroju” (tej wiosny poleca przepis na „zielone kule z Kaukazu”).

Łowcy skarbów

Visit the old haaf station at Fethaland, keeping an eye open for purple saxifrage on the way.

Stacji rybackiej w Warszawie nie uświadczysz, natomiast skalnicę (saxifrage) wypatrzyłam dzisiaj w ogródku przyjaciela. Łacińskie słowo saxifraga znaczy „łamiący skałę”.

Kwitnie też (lub nabrzmiewa) dużo innych roślin.

Gdy przyjaciel zajmował się budową wybiegu dla zwierzyny, ja bawiłam się w pastuszka, a po południu wybraliśmy się na rowerową wycieczkę, po drodze zbaczając na chwilę z drogi, by poszukać skarbów.

Hunt for treasure. Go to geocaching.com and thingsites.com/geotour.

Właściwie to najpierw (już kilka lat temu) znalazłam miejsce ukrycia skarbu, a dopiero teraz dowiedziałam się, że jest on tam ukryty…

Niestety nie miałam ze sobą długopisu, żeby udokumentować swoje znalezisko. Ale to nic, bywamy tam regularnie…: )

Po dwóch dniach na wsi czuję się, jakbym była na krótkich wakacjach.

Długa

Po czterech dniach siedzenia w domu poszłam dzisiaj w długą, a dokładniej rzecz biorąc, w ul. Długą (czyli odbyłam swój cotygodniowy spacer do Mniejsza-O-To-Kogo). Niestety pogoda i tym razem nie dopisała i swoją przechadzkę po południowych okolicach tej ulicy zakończyłam w deszczu i przenikliwym wietrze.

A propos wiatru:

Pałac Teppera-Duckerta.

Inaczej zwany Pałacem Pod Czterema Wiatrami – ze względu na figury uskrzydlonych eoli, czyli uosobień wiatrów: Boreasza, Zefira, Notosa i Eurosa. Na zdjęciu tylko trzy wiatry (ten czwarty, zmęczony, nie należy do kompanii).

Jeden z wiatrów w przybliżeniu.

Nie wiem niestety, który. W powietrzu w każdym razie wyczuwało się obecność Zefira i Notosa, czyli wiatru zachodniego i południowego.

Dentysta na Długiej.
Płaskorzeźby na bramie do Pałacu Paca (siedziby Ministerstwa Zdrowia).

Dzisiaj wyjątkowo bez radiowozów przed wejściem.

Pawilon przed wejściem do Kościoła Przemienienia Pańskiego na Miodowej.

Barokowy kościół kapucynów pełen jest zabytkowych rzeźb i epitafiów, jednak mnie jest znany głównie z ruchomej szopki, którą odwiedzałam jako dziecko w Boże Narodzenie. Szopka funkcjonuje do dziś, ale nie wiem, czy w czasach virtual reality robi jeszcze na dzieciach jakiekolwiek wrażenie.

Petenci tłoczący się do Wydziałów Ksiąg Wieczystych Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa w al. „Solidarności”.
Pałac Przebendowskich z Muzeum Niepodległości.
Przystanek Metro Ratusz-Arsenał.

Przystanek typu „2 w 1”, czyli tramwajowo-autobusowy, z wypasioną wiatą i Grubą Kaśką pośrodku. W tle wieża kościoła Ewangelicko-Reformowanego.