Dolina Szwajcarska

Kolejny odcinek Al. Ujazdowskich po stronie zachodniej, między Piękną a placem Na Rozdrożu. Tu już robi się naprawdę elitarnie – pałacyki, wille i luksusowe przedwojenne kamienice – istna Szwajcaria. Ambasady, ministerstwo, aleje, ale i skwer, czy może mały park – tytułowa Dolinka, na którą okoliczni mieszkańcy wyprowadzają pieski, żeby się wybiegały.

Dolina Szwajcarska.
Polak, Węgier – dwa bratanki.

Nie, to nie Jarosław Kaczyński i Viktor Orban, ale Henryk Sławik i Jozsef Antall, polski dziennikarz i działacz PPS-u oraz węgierski polityk, też prospołeczny, obaj odznaczeni medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Przyjaciele z czasów, gdy przyjaźń polsko-węgierska była prawdziwą przyjaźnią. Panowie rozmawiają sobie w Dolince, niedaleko węgierskiej ambasady, a – co ciekawe – identyczny pomnik stoi w Budapeszcie.

Piękna kamienica na ulicy o pięknej nazwie – Al. Róż.
Inna kamienica przyozdobiona gorszącymi scenami z udziałem dzieci.
Nie wszystkie budynki są odrestaurowane, niektóre niszczeją.
Mozaika przed wejściem do Parku Ujazdowskiego.

Park Ujazdowski odwiedziłam w styczniu, ale ani wtedy, ani dzisiaj łabędzi na tamtejszym stawie nie widziałam.

Mokotowska

Następny krótki odcinek na Trakcie, po stronie zachodniej – wąski trójkąt między Alejami Ujazdowskimi, Piękną i Mokotowską. Zabudowany statecznymi kamienicami, pałacykami, kamienicami z lat 30. i szklanym pudłem Ambasady Amerykańskiej, które pasuje tam jak pięść do nosa. Ambasad jest tu zresztą dużo, bo okolica jedna z najbardziej ekskluzywnych w Warszawie. Ale amerykańska swoją brzydotą przebija wszystkie (w środku też jest brzydka). Bardzo tu miejsko, mało zieleni. Dużo drogich sklepów. I trochę nudno.

Tu jest miejsce na Twoją reklamę.
ul. Wilcza w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Al. Ujazdowskie.

W stojących tu kamienicach raczej się pracuje, a nie mieszka.

Antykwariat.

Mnie zainteresował „Dykcyonarz roślinny”.

Płaskorzeźba na pałacyku Ambasady Szwajcarskiej.

Nie wiem, co zainteresowało tę panią, ale czytać tu chyba trudno, bo skrzyżowanie Alej i Pięknej jest dosyć ruchliwe.

Jedna z kamienic na Mokotowskiej, obwieszona symbolami Strajku Kobiet.

Wczoraj na spacer nie wychodziłam, bo na ulice wyszły kobiety i nie chciałam w swoje święto zarobić mandatu za szwendanie się po mieście.

Stare kamienice wymieszane z nowszymi (ale też już starymi).

Wiejska

Krótki odcinek Traktu Królewskiego od pl. Trzech Krzyży do ul. Pięknej, wchodnia strona Al. Ujazdowskich i mała, ale dobrze znana ulica za nimi. Spacer trochę polityczny, chociaż od polityki staram się ostatnio trzymać z daleka. Ale w tej okolicy się nie da.

Na początek Aleje.

Każda epoka ma swoje „pomniki wdzięczności”.

Trochę jakby nam Amerykanie przed ambasadą w Waszyngtonie postawili Lecha Kaczyńskiego. Ambasador obecnej ekipy byłby pewnie uradowany, ale jakiś inny już niekoniecznie. A amerykański ambasador, republikanin czy nie, musi z okna gabinetu patrzeć na Reagana (wiem, że patrzy, bo byłam:)).

Przed Sejmem.

Sejm i okolice to temat na osobny spacer, więc dzisiaj tylko mała plenerowa galeria mistrzów:

I na koniec, dla ochłonięcia od politycznego zgiełku, kamienica Karskich na Wiejskiej.

Łazienki Królewskie – ogród romantyczny

Przeskakując znowu kawałek Traktu Królewskiego – z okazji Światowego Dnia Dzikiej Przyrody – trafiam do Łazienek, które znajdują się po jego wschodniej stronie w Al. Ujazdowskich. Park-muzeum oczywiście trudno nazwać dzikim, ale ma on parę zakątków, które przynajmniej takie mają udawać. Wśród dziewięciu królewskich ogrodów takie cechy mają ogród naturalistyczny, który odwiedziłam w październiku, oraz dzisiejszy (czy raczej wczorajszy) – ogród romantyczny. Tutejsza „dzikość” została starannie zaprojektowana i zaaranżowana, ale nie odejmuje to jej uroku.

Na początek tutejsze budowle („starożytne” i tajemnicze).

Świątynia Sybilli.
Świątynia Egipska.
Jest i obelisk, są i hieroglify.
Belweder. Nie jest obiektem Łazienkowym, ale świetnie go z nich widać.

Są i bardziej tajemnicze obiekty.

…i jeszcze bardziej…
Marmurowy, mitologiczny kamień Omfalos – pępek świata – dłuta greckiej artystki Christiny Papageorgiou (trochę podrasowany).
Jedno z parkowych źródełek.
Najbardziej tajemniczy (bo dla większości niezrozumiały) z polskich romantycznych wieszczów.
Parkowe „graffiti”.

W parku o tej porze roku i przy tej pogodzie rzeczywiście jest dość szaro, co nie znaczy, że brzydko. Życia i kolorów dodają ptaki.

Zwłaszcza ten elegant.
Samica mandarynki nosi się mniej krzykliwie.
Sikory (bogatka i modraszka).
I inne ptaszyska.
Niektóre przylatują już być może z dalekich krajów. Na pierwszym planie cadillac Piłsudskiego (z czasów, gdy już przestał być socjalistą).
Jeszcze rzut oka na – wciąż zamarznięty – staw. Wiosny jeszcze nie widać.
…ale jak się przyjrzeć z bliska…

…to alergicy mogą już szykować chusteczki.

***

Stand looking over the Loch of Belmont in Unst and listen to the pre-migratory courtship of calloos (long-tailed ducks) before they move north to their tundra breeding grounds.

Szetlandzkie jezioro zamieniłam na Łazienkowy staw, lodówki (ptaki, nie te w kuchni) na mandarynki (które co prawda nie zamierzają nigdzie migrować, bo gdzie im będzie lepiej) – i kolejne „lekarstwo” z recepty zaliczone :).

Żurawka

Spacer zainspirowany artykułem z ostatniego „Przekroju” – „Receptury od natury” autorstwa Evana Fleischera, będący przedrukiem ze strony bigthink.com. Dowiedzieć się z niego można, że szkoccy lekarze z Szetlandów mogą od października 2018 r. oficjalnie wypisywać na receptę… naturę. Programowi towarzyszy ulotka w formie kalendarza, w którym znaleźć można propozycje aktywności fizycznych na łonie natury na każdy miesiąc. W artykule nie było linku do powyższej, ale nietrudno było ją znaleźć:

730-1309-17-18_nature_prescriptions_calendar_4sep.pdf

Proponowane aktywności odnoszą się co prawda do Szetlandów, a nie wschodnioeuropejskiej stolicy, ale uparty warszawiak znajdzie tam także coś dla siebie. I tak, na luty Szkoci sugerują na przykład: „follow the course of a burn”. Ilustruje to zdjęcie rwącego strumienia wpadającego do Oceanu Atlantyckiego. No raczej trudno byłoby zrobić sobie taką wycieczkę w Warszawie, ale postanowiłam trochę pocwaniakować i znaleźć warszawski odpowiednik. I znalazłam, na dodatek nawiązujący trochę do moich spacerów Traktem Królewskim, które ostatnio uskuteczniam. W czasach bowiem, kiedy traktem tym przemieszczali się jeszcze polscy królowie, przecinało go kilka rzeczek czy strumieni, dzisiaj już nieistniejących lub biegnących w podziemnych kanałach. Jedną z takich rzeczek była Żurawka. Według różnych źródeł swoje początki miała na bagnach w okolicach dzisiejszego Pl. Starynkiewicza, według innych nieco dalej, w okolicach ul. św. Barbary. W XVIII w. została skanalizowana, a pozostałością po niej jest ul. Żurawia w Śródmieściu Południowym oraz wąwóz ul. Książęcej, który odwiedziłam już w styczniu. Dalej rzeczka biegła w okolicach dzisiejszych ulic Czerniakowskiej, Okrąg i Wilanowskiej na Powiślu, by w końcu wpaść do Wisły. (Za Wikipedią).

I właśnie tym szlakiem postanowiłam dzisiaj się przejść. Zatem: follow the course of a burn!

Kościół świętych Apostołów Piotra i Pawła.

Spacer zaczęłam od św. Barbary, bo z Pl. Starynkiewicza mogłoby być trochę za daleko dla moich odzwyczajonych od długich wędrówek dolnych odnóży.

Przykościelna kaplica św. Barbary.

Na przełomie XVIII i XIX w. mieścił się przy niej Cmentarz Świętokrzyski.

Centrum konferencyjne Uffizio Primo.

Najciekawszy budynek na trasie. Jak można przeczytać w Spacerowniku Gazety Wyborczej (też moja inspiracja) „Warszawa śladami PRL-u” (Agora S.A., Warszawa 2010):

„Aby ocenić niezwykłość tej budowli, trzeba wejść do środka. Wnętrze zaskakuje zarówno skalą, jak i rozwiązaniami, których w żaden sposób nie możemy domyślić się, stojąc przed fasadą. Wypełnia ją nieprawdopodobnych rozmiarów kolisty dziedziniec nakryty żelbetową kopułą, przeprutą niby plaster sera okrągłymi okienkami. Wokół kilka kondygnacji otwartych krużganków o stiukowych, romańskich kolumnach połączonych spiralnymi schodami z windami. I tu łatwo dostrzec erudycję projektanta, swoistą grę w architekturę. Kolumienki galerii nie wyrastają ponad kolumnami parteru. Zawieszone są pośrodku arkad – tak jakby cała budowla od pierwszego piętra w górę została lekko przekręcona w stosunku do parteru. Gdy patrzymy na pięć rzędów kolumn zawieszonych w powietrzu, możemy odnieść wrażenie, że [Marek] Leykam zakpił też sobie z zasad grawitacji.”

Budynek mieści się na ul. Wspólnej, ale tył można obejrzeć z ul. św. Barbary. Powstał ok. 1952 r., jako siedziba Prezydium Rządu. Obecnie mieści się w nim centrum konferencyjne Uffizio Primo.

Kamienice na Żurawiej.
ul. Książęca.

Że płynęła tędy kiedyś jakaś rzeczka, najłatwiej wyobrazić sobie w okolicy Parku Na Książęcem.

Szpital Orłowskiego na Czerniakowskiej (dawny ZUS) projektu Romualda Gutta i Józefa Jankowskiego. Lata 30.
Mural powstańczy na jednej z kamienic na ul. Wilanowskiej.

Głowy nie dam, gdyż miejsce to nie jest oznaczone na żadnej mapie, ale to prawdopodobnie tu, u wylotu ul. Wilanowskiej, znajduje się ujście skanalizowanej Żurawki do Wisły.

Plac Trzech Krzyży

Ostatni, najkrótszy spacer w okolicach pl. Trzech Krzyży. Część zachodnia i ulice za nią zabudowane są socrealistycznymi gmaszyskami ministerstw i urzędów oraz hotelem Grand, również z tej epoki. Kiedyś w jednym z budynków mieściło się kino Iluzjon (obecnie przeniesione na Mokotów), w którym można było obejrzeć klasyki kina. Dzisiaj pusto tu i ponuro. Adekwatnie do mojego nastroju.

„Daszek” nad wejściem do hotelu Grand. Coś w rodzaju kamiennej wersji blachy falistej.
Kościół św. Aleksandra. Pasy na jezdni wydeptane butami licznych demonstrantów.

Mysia

Ciąg dalszy wędrówki Traktem Królewskim – powrót do ostatniego odcinka Nowego Światu (po stronie zachodniej), od Alej Jerozolimskich do placu Trzech Krzyży. Mieści się tu Bank Gospodarstwa Krajowego i Polska Agencja Prasowa, a kiedyś, na malutkiej uliczce o wdzięcznej nazwie – Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, czyli cenzura. Dzisiaj na Mysiej mieści się pomnik, chyba jedyny w Warszawie, po którym jeżdżą samochody. Ma bowiem postać czarnego pasa biegnącego wzdłuż całej uliczki (która zasadniczo jest deptakiem). Urzędu nie ma, cenzura oczywiście ma się dobrze.

Widok z ul. Brackiej na kościół św. Aleksandra na pl. Trzech Krzyży.
Kamienica Pod Gryfami.
Jedna z ostatnich (czy raczej pierwszych) kamienic Nowego Światu.
Modernistyczny, przedwojenny budynek BGK, z płaskorzeźbami Jana Szczepkowskiego.

Uniwersytet Warszawski

Kolejny spacer „przy okazji”. Załatwiałam bowiem dzisiaj Sprawę na terenie kampusu najważniejszej warszawskiej uczelni. Nic nie załatwiwszy (epidemia – żeby wejść do budynku, trzeba się najpierw umówić telefonicznie z lekarzem – jak rozumiem, tutejsi pracownicy należą do tych 5% jeszcze niezaszczepionych…), udałam się na obchód terenu. Nie znam go bowiem zbyt dobrze, gdyż UW nie jest moją Alma Mater.

Studenta przybywającego na Krakowskie Przedmieście wita zabytkowa tabliczka z adresem – uniwerek znajdował się kiedyś w Komisariacie I Warszawa.

Potem student idzie do rektoratu (w Pałacu Kazimierzowskim, w tle), a następnie rozpoczyna naukę w takich oto pięknych budynkach.

Niektóre miały sławnych lokatorów – w tym mieszkał Chopin.

W tym budynku mieściła się dawniej uniwersytecka biblioteka. Ale zrobił się dla niej za mały i obecnie student musi drałować Oboźną w dół na Powiśle do nowego BUW-u (tego z ogrodem na dachu).

Nie zawsze tam dociera, albowiem po drodze jest klub „Harenda”. Niestety teraz zamknięty.

Ale dla chcącego nic trudnego. W trunki i zagrychę można się zaopatrzyć w delikatesach i urządzić domówkę.

Posilony, student wraca do wytężonej pracy (prawie tak wytężonej, jak tych siłaczy podtrzymujących balkon przed wejściem do Muzeum UW).

A tutaj studenci mają zajęcia z przysposobienia obronnego ;-).

Na terenie kampusu jest sporo intymnych zakamarków.

Poznawszy atrakcyjnego studenta płci przeciwnej (albo i tej samej), nasz student może się z nim/nią udać np. tutaj, na szczyt skarpy nad Parkiem Kazimierzowskim.

Ewentualnie (jeśli na przykład pada) do okolicznej bramy.

Zmęczony nauką student może odpocząć na jednym ze skwerów.

O, tak właśnie.

I ani się obejrzy, a tu już zostaje tylko weekend do magisterium.

A trzeba przerobić całego Sofoklesa…

Może jakiś bryk będzie w księgarni?!

Albo się nawrócić i poprosić o wstawiennictwo u sił wyższych Prymasa Tysiąclecia?

Gdy już student szczęśliwie przebrnie przez końcowe egzaminy i obroni pracę dyplomową, może wreszcie opuścić mury tego szlachetnego przybytku i zastanowić się, co dalej.

Dalsza kariera naukowa w PAN-ie – jakiś nowy przewrót kopernikański?

Jakieś nowe odkrycie?

Czy może bardziej opłaci się dyplom oprawić w ramki…

…i zatrudnić na kasie w Biedronce na Nowym Świecie? (Wersja Biedry de luxe – dla kasjerów z wyższym wykształceniem).

Wiedza z filozofii (zwłaszcza na temat stoików) na pewno przyda się w kontakcie z tzw. trudnym klientem.