Pierwszy dzień jesieni

Był wczoraj, wiem, ale uczciliśmy go dzisiaj. Na przekór przeziębieniom i dołującym prognozom, nie tylko pogodowym.

Najpierw był krótki spacerek po lesie, w poszukiwaniu padalców.

Padalec, czyli beznoga jaszczurka.

Młodziutka, ale już z odrzuconym ogonkiem. Obfotografowaliśmy ją, a potem delikatnie włożyliśmy z powrotem pod mech.

Potem polataliśmy sobie po łące.

Startujemy.

Potem były grzybki, grzyby i grzybiska.

Ostatni krzyk mody – szyszka na kapeluszu.

Nikt nie wie, jak się uchował, bo teren jest regularnie przeczesywany. Zdrowiutki.

A potem był pierwszy tej jesieni (i zapewne ostatni, chociaż kto wie) ogródkowy grill.

Stoliczku, nakryj się!
Chrust na zimę przygotowany.

Kiełbaska, bułeczka, pomidorek, musztarda – tfu! rosyjska ;-), drożdżóweczki i winogronka na deser, doborowe towarzystwo – do miłego spędzenia jesiennego popołudnia nie trzeba wiele.

Reduta Wolska

Dwa parki, jeden cmentarz i ciekawostka geograficzna na wolskim Ulrychowie, czyli powoli wracam do codzienności po krótkim niestety urlopie (nie dopracowałam się jeszcze dłuższego). Może jeszcze w weekend coś z niego wycisnę, ale to będzie zależało od pogody i od sił (bo chęci są).

Park im. Edwarda Szymańskiego to typowy park rekreacyjny, założony w latach 70., największą jego atrakcją jest multimedialny park fontann oraz kaskada wodna. Sąsiaduje z kompleksem odkrytych basenów.

Z kaskadą to był może i dobry pomysł, jednak wykonanie fatalne. Wyszło brzydko i tandetnie, widać że oszczędzano na materiałach i co gorsza na architekcie. Brzydkie, jaskrawe płoty, płotki, beton i kostka brukowa. Broni się jedynie zieleń, choć też nie za bardzo.

Fontanny multimedialne wyszły trochę lepiej. W weekendowe wieczory są tu pokazy „światło i dźwięk”, w powszednie popołudnia można popatrzeć tylko na wodny taniec.

…i na tęcze.
Park Józefa Sowińskiego.

Pobliski park Józefa Sowińskiego jest znacznie starszy i skromniejszy. Założono go przed wojną i był to pierwszy park publiczny na robotniczej Woli. Pusto tu i cicho, park ożywa jedynie na czas koncertów i spektakli w amfiteatrze. U jego zachodnich granic znajduje się reduta wolska, której w czasie powstania listopadowego bronił „generał z drewnianą nogą”. Wiersz Słowackiego „Sowiński w okopach Woli”, który wszyscy mordowali na lekcjach polskiego, jest właśnie o nim i o tym miejscu.

Pozostałości reduty.

Po stłumieniu powstania carskie władze na terenie reduty urządziły prawosławny cmentarz, przy którym pod koniec XIX w. utworzono malutki cmentarzyk – jedyny w Polsce – dla warszawskich Karaimów, przybyszy z Krymu. Karaimizm to wyznanie wywodzące się z judaizmu, odrzucające Talmud i autorytet tradycji rabinów.

Cmentarz był zamknięty, większość nagrobków wygląda dość zwyczajnie i współcześnie, na zdjęciu powyżej udało mi się jednak uchwycić jeden z najstarszych grobów – Saduka Osipowicza Kefelego, kupca tabacznego (jak większość dawnych karaimskich przybyszów z Krymu) – fundatora cmentarza.

I na koniec ciekawostka geograficzna. W okolicach ul. Nakielskiej, na terenie nieczynnej już zajezdni autobusowej „Redutowa” znajduje się najwyższy – geodezyjnie – punkt Warszawy. Nie żadne więc góry, górki, kopy i kopce – nie żadne sztuczne twory człowieka – natura wyznaczyła najwyższy „szczyt” Warszawy właśnie tutaj. Przyznać trzeba, że uczyniła to w sposób niezwykle subtelny – punkt ten jest całkowicie niezauważalny, jest tu dokładnie tak samo płasko, jak wszędzie wokół. Do tego okolica niezbyt wyględna. Fakt jednak pozostaje faktem – 115,7 m n.p.m!

Szczyt Warszawy ;-). (Najładniejsze zdjęcie tego miejsca, jakie udało mi się zrobić…).

Łąki nad Jeziorką

Czyli spacer „a – ę” – do Konstancina-Jeziorny. Był zalew, był kamieniołom, stary cmentarz był – dzisiaj przyszła pora na uzdrowisko. Głównie duszy, bo ciało mam raczej obolałe po tym spacerze :).

Drzewa tu się ściskają, całują…
Jeziorka.
Dorastająca młodzież – szczęściarze, nie musieli dzisiaj do szkoły.
Trochę darmowej inhalacji solankowej.
Tak najzdrowiej, ale ja tradycyjnie w trampkach.
Jeden z dawnych mieszkańców Konstancina.
Park Zdrojowy.
Podejrzane zza płota… przepraszam – ogrodzenia.
Willa Pod Dębem.
Stara Papiernia (a w niej m.in. Biedronka, jedna z najbardziej elegancko umiejscowionych).

Jeden z najstarszych zakładów papierniczych w Polsce, założony ok. 1775 r. (na papierze tu czerpanym spisana została Konstytucja 3 Maja), obecnie pełni funkcję dość ekskluzywnego centrum handlowego.

Pan (lub Pani) z Bentleya – do winiarni po wino czy też do Biedry?
Nieee… pewnie skończyły mu się ośmiorniczki.

Wracam nad rzeczkę.

Jaz Imberfal.

Cmentarz ewangelicko-augsburski

Jeden z dwóch zabytkowych cmentarzy ewangelickich na Woli, na Powązkach – większy, założony w 1792 r., wg projektu Szymona Bogumiła Zuga (na którym został po śmierci pochowany). Sąsiaduje ze Starymi Powązkami, cmentarzem żydowskim, muzułmańskim i ewangelicko-reformowanym. Bardzo klimatyczny, z wieloma ciekawymi nagrobkami, rzeźbami i piękną zielenią. Wykorzystywany do walk obronnych od powstania kościuszkowskiego do warszawskiego w czasie II wojny światowej, ulegał wielu zniszczeniom, z których jednak został starannie odrestaurowany. Najpiękniej zapewne wygląda w mglisty, październikowy dzień, ale i w słoneczne letnie południe też prezentuje się znakomicie.

Grób Samuela Lindego, autora pierwszego słownika języka polskiego.
Piękne, choć wyglądające na nieco przyciężkie, anielskie skrzydła.

Bardzo architektoniczny grób Oskara Hansena, architekta fińskiego pochodzenia.
Grób rodziny Wedlów. Czy tylko mnie kojarzy się z tabliczkami czekolady? 😉
Lapidarium.
Chowani tu byli także prawosławni…
…masoni…
…buddystki…
…zdeklarowani komuniści…
…i zupełnie nie wiadomo kto…

Grób Ulrichów (ogrodników).

Zdecydowanie najbardziej wyróżniający się grób na cmentarzu – ks. Adama Pilcha, ofiary katastrofy smoleńskiej.

Jednego z Gebethnerów znałam osobiście – prof. Stanisław Gebethner uczył mnie prawa administracyjnego. Miły, ale choleryk :).

Chrystus w koronie… chmielowej ;-).
Żeliwna kaplica rodziny Brauenigów.
Ciekawe, kogo teraz uczy sztuki kochania…
Grób pod śliwą.

…i wiele, wiele grobów innych znanych osób, świadczących o tym, że Polak to niekoniecznie katolik.

Zalew Zegrzyński

W gorące, letnie weekendy dość straszne miejsce, w ciągu tygodnia – całkiem, całkiem. W starej pracy jeździłam tu często służbowo na szkolenia i „integracje”, wozili nas autokarem. Już sobie nie pojeżdżę (za to może pojadę, czy wręcz polecę, znacznie dalej), więc dzisiaj zawiozłam się sama, autobusem podmiejskim, który odjeżdża z przystanku tuż pod moim domem. No grzech nie skorzystać. Od pięciu lat sobie obiecywałam, że kiedyś się nim przejadę i w końcu nadszedł ten dzień.

Na promenadzie żywego ducha, tylko dwaj panowie z pieskiem.
Budynek poczty w Zegrzu, w dawnych koszarach carskiej Twierdzy Zegrze.

Przyszłam tym mosteczkiem. Nie jest to zdaje się zwyczajny sposób poruszania się tutaj, bo jakiś zatroskany pan zatrzymał na rozstaju dróg swój samochód i zaproponował podwózkę :). A szłam normalnie, chodnikiem, bo był tam chodnik. (Podobną przygodę miał mój brat dawno temu w Ameryce, gdy wędrował sobie skrajem tamtejszej drogi do tamtejszego pobliskiego sklepu. Jakiś życzliwy Jankes zatrzymał się, żeby spytać, czy brat na pewno dobrze się czuje i nie potrzebuje pomocy :)). Nie skorzystałam z propozycji, a potem spotkałam miłego pana jeszcze raz na promenadzie (z kolegą i z pieskiem).

Watch a maalie (fulmar) for 10 full minutes. Daawno nie było recepty od natury (ale też i „naturalne” leki nie są mi już tak bardzo potrzebne). Co nie znaczy, że „profilaktycznie” nie mogę sobie ich czasem zażyć :).

Nie jest to fulmar oczywiście, w ogóle nie wiem, co to za ptaszysko, ale z całą pewnością wodne i poruszało się bardzo majestatycznie.

Świerszczyk

Świerszcz polny.

W taki upał nawet na wsi nie chce się iść na spacer. Ale dopiero wieczorem, gdy wysiada się z wukadki na Dworcu Centralnym, odczuwa się, jaką wyspą gorąca jest Warszawa przy takiej pogodzie. Różnica temperatury to co najmniej kilka stopni, o różnicy w jakości powietrza nie wspominając. Na szczęście to już chyba ostatni dzień żaru i spacery powrócą na Spacerniak, bo się za nimi stęskniłam. Dzisiaj tylko wypatrzony na wybiegu świerszczyk polny.

Służewski Dom Kultury

Miejsce pięknie położone nad Potokiem Służewieckim i pięknie zaprojektowane, niestety wymarłe. W piątkowy, wakacyjny wieczór powinno tętnić życiem, ale życiem tętniło jedynie służewskie metro, którym ursynowiacy i służewiacy masowo jechali do miasta, celem – jak się domyślam – kulturalnego spędzenia czasu. Szkoda.

O wojnie i bohaterach

Spacery krajo- a raczej miastoznawcze chwilowo zawieszone z powodu upału i duchoty, zatem dzisiaj tylko kolejne cytaty z wiedźminowskiej sagi, którą pożyczył mi stary kolega z nowej pracy i którą pochłaniam z apetytem od kilku tygodni. Wielka literatura to nie jest, ale czyta się to z dużą przyjemnością, a i parę niegłupich zdań też się zawsze znajdzie.

***

– Elirena… – mruknął nagle. – Jeśli Elirena była bohaterką, jeśli to, co zrobiła, nazywa się bohaterstwem, to trudno, niech mnie nazywają zdrajcą i tchórzem. Bo ja, Yarpen Zigrin, tchórz, zdrajca i renegat, twierdzę, że nie powinniśmy się nawzajem zabijać. Twierdzę, że musimy żyć. Żyć tak, by później nie musieć nikogo prosić o wybaczenie. Bohaterska Elirena… Ona musiała. Wybaczcie mi, błagała, wybaczcie. Do stu diabłów! Lepiej zginąć niż żyć ze świadomością, że zrobiło się coś, co wymaga wybaczenia.

[…]

– Niestety – powiedziała cicho. – Niestety, masz rację, brzydulko. Gdyby umiejętność korzystania z doświadczeń i wyciągania wniosków decydowały, dawno już zapomnielibyśmy, czym jest wojna. Ale tych, którzy do wojny dążą, nigdy nie powstrzymywały i nie powstrzymają doświadczenia ani analogie.

– A więc jednak…. Jednak to prawda. Będzie wojna. Czy to dlatego musimy wyjechać?

– Nie mówmy o tym. Nie martwmy się na zapas.

Ciri pociągnęła nosem.

– Ja już widziałam wojnę – szepnęła. – Nie chcę jej już oglądać. Nigdy. Nie chcę znowu być sama. Nie chcę się bać. Nie chcę znowu stracić wszystkiego, jak wtedy. Nie chcę stracić Geralta… i ciebie, pani Yennefer. Nie chcę cię stracić. Chcę być z tobą. I z nim. Zawsze.

Andrzej Sapkowski, „Krew elfów”, Supernowa, Warszawa 2004.

Problem chyba polega właśnie na tym, że zapomnieliśmy, czym jest wojna. Bo wojny, owszem, są, ale gdzieś daleko; albo nawet i blisko, ale jednak TAM, nie u nas. To nie my jesteśmy sami, nie my się boimy, nie my tracimy wszystko. Ale to się zawsze może zmienić, i o tym zapominać nam nie wolno.