Śniadanie (przed)wielkanocne

Czyli Targ Śniadaniowy na Mokotowie. Jest to ten sam targ, co na Żoliborzu, na którym byłam pięć lat temu. Tylko że tam odbywa się w soboty, a tu przenosi się w niedziele. Jest więc jednak coś, co łączy te dwie dzielnice. Znów ukłucie tęsknoty.

Targ jest na Ksawerowie. Chodziłam po nim zimą, ale z tą ostatnią częścią czekałam do wiosny ze względu na ten targ właśnie. Dzisiaj była inauguracja sezonu (potrwa do września albo października).

Okolica targu może nie tak ładna, jak na Starym Żoliborzu (poza pobliską Królikarnią oczywiście), ale parę ciekawych budynków tu jest.

Przedwojenna willa na Domaniewskiej.

Słabo widoczna i ukryta za wysokim murem.

ul. Wielicka.

Dwór Ksawerów.

Wybudowany w 1840 r. dla Ksawerego Pusłowskiego. Obecnie siedziba Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Willa Stephanów z 1936 r.

Zagrała w filmie „Nie ma róży bez ognia”. Teraz niszczeje, a Departament Ochrony Zabytków niedaleko…

Trochę wiosny…

…i dochodzimy do targu.

Nie dla wszystkich wystarczyło miejsca przy stołach, ale na zielonej trawce też można.

…do Wawra trochę za daleko na śniadanie.
Portugalskie ciasteczko.
No i moje zakupy.

Ser od Włocha, pesto, croissant cytrynowy tym razem, miód czereśniowy, ciasto z malinami, ciasteczko migdałowe, świeca sojowa, mydło „kraftowe” i pomidor. Zajączek od rodziny z Zielonej Góry, a fiołki ze ścieżki za szkołą (trochę przywiędłe, bo wczorajsze). Owoców brak, bo jeszcze nie sezon. Coś takiego jak „Gazeta Mokotowa” nie istnieje, może dlatego że dzielnica dużo, dużo większa.

***

I jeszcze wspomnienie z tygodnia. Nie spacerowałam ostatnio, bo chodziłam na rehabilitację, po której stopa wprawdzie nie przestała mnie boleć, za to zaczęło mnie boleć kolano. No nic, zobaczymy, jak to się dalej potoczy. Przyjechała też rodzinka z Zielonej, no ale nie pochodziliśmy, będą jednak znowu w maju i jak się dobrze ułoży, to może zaliczę niecodzienne wydarzenie sportowe.

No i właśnie a propos wydarzeń sportowych:

„Pięknie zmierzają” – jak to określił kuzyn.

Na mecz Legia – Chelsea oczywiście.

Marzec

No i cóż mam napisać? Wyszło jak wyszło. Supermassive Black Hole, inne priorytety itd.

Za to książkę świetną przeczytałam, czyli „Patopaństwo” Jana Śpiewaka, czyli czerwoną pigułkę wzięłam. Nie no, wcześniej już wzięłam, ale ta była o znacznie większej mocy. Można Śpiewaka „nie znosić”, można uważać, że jest „naiwny”, ale Uniwersytet Gdański odwołał spotkanie z nim promujące tę książkę. Hmm… ciekawe dlaczego?…

Madryt – Mercado de San Miguel

Czyli krótka przebieżka po madryckiej starówce przed popołudniowym odlotem do Warszawy. Oczywiście rozpogodziło się (im bliżej wyjazdu, tym robiło się ładniej).

Słońce może i świeci, ale jest za zimno, żeby siedzieć na zewnątrz.

Główny cel naszego spaceru, czyli targ św. Michała.

Obecnie raczej foodhouse, ale z pysznym jedzeniem.

Oliwki, sery, owoce morza, szynki, kiełbasy i słodycze.

Losowo wybrana przekąska – przepyszna.

A tu takie serniczki, nie wiem, czy lokalne, ale w życiu chyba nie jadłam lepszego serniczka, w środku jest taki serek o konsystencji rzadkiego budyniu, wyjada się go łyżeczką… Niestety ciężko go zabrać do samolotu, choć można poprosić o zapakowanie do plastikowego pojemniczka.

Miasto bardzo ładne i ciekawe. Wielkie, ale dobrze skomunikowane (dużo linii metra). Przypomina inne wielkie stolice, jak Paryż czy Rzym, i nie czuje się tu południowego luzu, na ulicach tłoczno, wszyscy się gdzieś śpieszą. Trudno sobie wyrobić zdanie po kilku dniach pobytu, ale ogólnie wrażenia mam dobre.

Madryt – Prado

W drodze do ministerstwa…

W ulicznym kwietniku zakwitł sobie aloes.
Drzwi autorstwa Cristiny Iglesias, prowadzące do nowego budynku w kompleksie muzealnym Prado, wykonane z brązu.

W samym muzeum zdjęć robić nie wolno, a oglądanie obrazów Boscha wygląda jak oglądanie Mony Lisy w reklamie jednego z banków, ale zdecydowanie warto je odwiedzić, bo oprócz „Ogrodu rozkoszy ziemskich” są tam inne, mniej znane i oblegane dzieła niderlandzkiego malarza (i nie tylko oczywiście). Do wyboru miałyśmy jeszcze Picassa w Centrum Sztuki Królowej Zofii, ale na coś się trzeba było zdecydować. Jako że będąc w Paryżu nie zwiedziłam Luwru, to stwierdziłam, że tym razem odwiedzę To Bardziej Znane Muzeum.

Znalazłam pamiątkę idealną, czyli połączenie botaniki ze sztuką.

Kościół św. Hieronima.

No a potem zaczęło lać.

Madryt – Santiago Bernabeu

Jak wspomniałam wcześniej, trafiłyśmy akurat na derby Madrytu. Już dzień przed na ulicach można było spotkać sporo policji, ale po meczu było raczej spokojnie, przynajmniej w „naszej” części miasta. Mecz Atletico z Realem oglądany był w każdej niemal knajpie (dla porządku: Real wygrał).

Santiago Bernabeu.

Stadion akurat jest w przebudowie i wygląda zupełnie inaczej niż na magnesie, który kupiłam kuzynowi (kibicowi zarówno „królewskich”, jak i Barcy). Ale myślę, że się ucieszy, zwłaszcza że kupiłam jeszcze parę innych drobiazgów :-).

Późno nas puścili, więc biegiem do Parque de el Retiro, zanim do reszty się ściemni. Niestety jego największa atrakcja, czyli Pałac Kryształowy, oczywiście był… w remoncie (i nie oświetlony).

Prado też już zamknięte…
To nie nasz hotel niestety.

Głodne byłyśmy tak, że zjadłybyśmy świnię z racicami…

…ale skończyło się na fast-foodzie.

Puerta del Sol.

Symbol miasta – niedźwiedź pod drzewem truskawkowym (nie mającym oczywiście nic wspólnego z truskawkami). Chruścina jagodna (arbutus unedo) należy do rodziny wrzosowatych. Niedźwiedź pojawił się w herbie Madrytu w XIII w., a pomnik na placu – w 1967 r.

Metro.
Można nim dojechać do samego Buenos Aires (ale my wysiadamy w Cuzco).

Madryt – Don Kichot

W Madrycie już wiosna (aczkolwiek zimna i deszczowa niestety).

Na początek – przywitanie z tymi dwoma panami.
Rzut oka na pałac królewski…
…i ogólnie na miasto.

Zaraz zakwitnie.

Dużo tu tego typu budowli.

Gran Via – najbardziej chyba znana i reprezentacyjna ulica Madrytu. Dużo biurowców i drogich sklepów. Czuć atmosferę wielkiego miasta.

Biurowiec „Metropolis” niestety częściowo w remoncie, więc nie oświetlony.

Jak zresztą większość tutejszych atrakcji, ale cóż – sezon turystyczny jeszcze się nie zaczął.

Może kaczuszkę?

Zimno i pada, więc na rozgrzewkę ciepłe i tłuste churrosy z gorącą czekoladą.

Plaza de Cibeles.

W fontannie Fuente de Cibeles przed budynkiem poczty głównej (między innymi) kibice piłkarscy świętują zwycięstwa swoich drużyn. Następnego dnia były derby Madrytu, ale było zdecydowanie za zimno na tego rodzaju fiestę.

Wierzbno – stare śmieci

Czyli okolica, w której kiedyś mieszkałam. Było to moje pierwsze samodzielne mieszkanie i lubiłam je bardzo, choć był to tylko pokój z dużą kuchnią. Ale wszystko było inne niż to, gdzie dotąd mieszkałam – i okolica, i dom, i mieszkanie. Najbardziej podobało mi się, że okna wychodziły na wschód, po raz pierwszy poznałam, co znaczy słoneczny poranek i chłodne popołudnie. I zaciszne podwórko. Nie była to Aleja Tornad, w której wiatr co roku wyrywa z korzeniami kolejne drzewa, nawet w czasie burzy mogłam mieć otwarte okno. I można było biegać dookoła, bo właścicielka przebiła szerokie przejście między kuchnią i pokojem. No i biegaliśmy… (resztę przemilczę ;-)).

Okolica jest „eklektyczna” – bloki i kamienice z lat 50. i 60., eleganckie domki i wille (w jednej swoją rezydencję ma ambasador Wielkiej Brytanii).

Ja jednak najbardziej lubiłam galerię starych domów stojących przy ul. Odyńca:

Stare i zniszczone, ale mają charakter. A na malutkiej uliczce Czeczota mieszkał kiedyś Mirosław Hermaszewski. Uliczka jest tak wąska i tak zastawiona samochodami, że miejscami iść da się właściwie tylko jej środkiem.

Uliczka jest zakrzywiona w kształt półkola, bo znajdował się tu kiedyś fort (M-Tsche).

Zajrzałam oczywiście na moje stare podwórko i już od wejścia poczułam niepokój. Czegoś brakowało… Trzy Siostry. Nie ma ich. Wielkie drzewa, nie wierzby wprawdzie, chyba topole, ale lubiłam na nie patrzeć zza biurka w kuchni (bo kuchnia była tak wielka, że służyła także za gabinet). Czyżby jednak wichura? Czy może przeszkadzało, że „śmiecą”? Nie dowiem się, na ich miejscu rosną trzy inne, młode drzewka. Dziwnie się poczułam, jakby razem z tymi drzewami ktoś odpiłował jakąś część mojej przeszłości.

Pouczająca gra dla jednego gracza

Czas Zmarłych więził w sobie tych, którzy naiwnie sądzili, że śmierci nie trzeba się uczyć, tych, którzy oblewali śmierć jak egzamin. A im bardziej świat posuwał się do przodu, im bardziej wychwalał życie, im mocniej przywiązywał się do życia, tym większy tłok panował w Czasie Zmarłych i tym gwarniejsze stawały się cmentarze. Dopiero tutaj bowiem zmarli powoli przytomnieli po życiu i okazywało się, że stracili dany im czas. Po śmierci odkrywali tajemnicę życia, i było to odkrycie daremne.

Olga Tokarczuk, „Prawiek i inne czasy”.