

Godz. 19:30, dziki idą w stronę przystanku tramwajowego… :-). Zachowuję spokój i nie wykonuję gwałtownych ruchów.
To już wiem, skąd ten zryty trawnik pod moim blokiem.


Godz. 19:30, dziki idą w stronę przystanku tramwajowego… :-). Zachowuję spokój i nie wykonuję gwałtownych ruchów.
To już wiem, skąd ten zryty trawnik pod moim blokiem.
Najładniejszy i najbardziej zielony fragment Wyględowa (chociaż z podtekstem), w tej i tak bardzo zielonej części Górnego Mokotowa. Sporo wiewiórek, chociaż nie dałam rady żadnej uchwycić. Cicho i spokojnie, bo to trochę park, a trochę cmentarz.




Cmentarz Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich, na którym pochowani są żołnierze polegli w walkach o Warszawę w latach 1944-1945. Wielokrotnie dewastowany, teraz już mniej, bo zamontowano kamery.





Żeby przejść się tą aleją, trzeba wejść na teren ogródków działkowych, na szczęście furtka na ogół otwarta.

Nie widać na zdjęciu, ale pieczone było.





Pojechałoby się gdzieś na majówkę… Tą trasą można do Kielc. Albo do Radomia na szkolenie. No ale teraz na szkolenia jeżdżę już gdzie indziej, więc zostają kieleckie kamieniołomy ;-).

Bardzo przyjemnie się tędy wracało z pracy, zwłaszcza w lipcu, gdy lipy kwitły. 1052 drzewa, w większości zasadzone jeszcze przed wojną, w trzech lub czterech rzędach, na odcinku ponad 4 km. Jedna z najpiękniejszych ulic w Warszawie, moim zdaniem. I zarazem wspaniała wizytówka miasta, bo ciągnie się prawie od lotniska.

Ul. Racławicka była węższa, nie było chodnika i ścieżki rowerowej, jedynie wydeptana ścieżka pośrodku, w cieniu rozłożystych klonów. Stare klony wycięto lub same w trakcie tej przebudowy uschły, w ich miejsce posadzono nowe drzewa, ale dopiero rosną. Są na szczęście drzewa po prawej – bronią dostępu do twier… tfu – osiedla Marina Mokotów, największego zamkniętego osiedla w Warszawie, miasta w mieście prawie – ale kiedyś cienia było jeszcze więcej.


Za to dla samochodów cztery pasy.
***
Aha, i doczytałam się, że ten skwerek z poprzedniego wyględowskiego wpisu to jest „park kieszonkowy”…






Nie było jeszcze tego skwerku, ale można było spotkać wiewiórkę.

Kościółek mały, małe osiedle, mało parafian, za to samochody…


Z tej pętli startowały pierwsze, testowe jeszcze, autobusy elektryczne w Warszawie. Ponieważ linia 222 (już nieistniejąca) miała przystanek koło mojego domu, byłam jedną z pierwszych testujących. Można się było przejechać w okolice Starego Miasta i była to wtedy, tj. w 2012 r., spora atrakcja.
Autobusy przyjeżdżają do Instytutu Geriatrii i Reumatologii. Ale nie sami staruszkowie się tam leczą (młodzi, a w każdym razie młodsi ode mnie mężczyźni również…).

Jest tu jeszcze fort Mokotów, w którym przed wojną były stacje nadawcze Polskiego Radia, ale nie zajrzałam, bo zamieniony został na skupisko snobistycznych i drogich knajp, a nie czuję się najlepiej w takich miejscach.
Po raz ostatni. Na początek appendix do spaceru z przedwczoraj, bo zapomniałam o gruszy.

Ma ok. 130 lat i jest pozostałością czasów, gdy w tym miejscu rosły sady owocowe.

Fragment, bo socrealistyczny budynek, chociaż zaprojektowany przez Bohdana Pniewskiego, nie grzeszy niestety urodą.


Jak ktoś lubi kocią sierść na ubraniu, to może się tutaj swobodnie w niej wytarzać. Można też adoptować sierściucha, występują tu w dużej liczbie i w pełnej gamie kolorów.









Czyli kolejny spacer sentymentalny po moich starych śmieciach.

Jajka dziś pomalowałam tylko dwa, bo zapomniałam kupić farbki, reszta w owijkach, które znalazłam w jakiejś szufladzie. Kwiatków też nie zdążyłam kupić, ale wzięłam sekator i na ścieżce za szkołą nacięłam jakichś kwitnących gałązek. I teraz po mieszkaniu rozlazły mi się mrówki. Ale nastrój świąteczny jest.
To nie jedyny mural w okolicy:




Kiedyś widziałam tu niedaleko zaparkowanego garbusa czarnego. Mam gdzieś nawet zdjęcie, ale nie chce mi się szukać. Może to ten sam, tylko przemalowany?


Gdy tu mieszkałam, jakoś nigdy nie zajrzałam. Bliżej miałam bazarek na Racławickiej – tam było mniej snobistycznie.




Wesołych Świąt!
Czyli Targ Śniadaniowy na Mokotowie. Jest to ten sam targ, co na Żoliborzu, na którym byłam pięć lat temu. Tylko że tam odbywa się w soboty, a tu przenosi się w niedziele. Jest więc jednak coś, co łączy te dwie dzielnice. Znów ukłucie tęsknoty.
Targ jest na Ksawerowie. Chodziłam po nim zimą, ale z tą ostatnią częścią czekałam do wiosny ze względu na ten targ właśnie. Dzisiaj była inauguracja sezonu (potrwa do września albo października).
Okolica targu może nie tak ładna, jak na Starym Żoliborzu (poza pobliską Królikarnią oczywiście), ale parę ciekawych budynków tu jest.

Słabo widoczna i ukryta za wysokim murem.



Wybudowany w 1840 r. dla Ksawerego Pusłowskiego. Obecnie siedziba Departamentu Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zagrała w filmie „Nie ma róży bez ognia”. Teraz niszczeje, a Departament Ochrony Zabytków niedaleko…


…i dochodzimy do targu.

Nie dla wszystkich wystarczyło miejsca przy stołach, ale na zielonej trawce też można.





Ser od Włocha, pesto, croissant cytrynowy tym razem, miód czereśniowy, ciasto z malinami, ciasteczko migdałowe, świeca sojowa, mydło „kraftowe” i pomidor. Zajączek od rodziny z Zielonej Góry, a fiołki ze ścieżki za szkołą (trochę przywiędłe, bo wczorajsze). Owoców brak, bo jeszcze nie sezon. Coś takiego jak „Gazeta Mokotowa” nie istnieje, może dlatego że dzielnica dużo, dużo większa.
***
I jeszcze wspomnienie z tygodnia. Nie spacerowałam ostatnio, bo chodziłam na rehabilitację, po której stopa wprawdzie nie przestała mnie boleć, za to zaczęło mnie boleć kolano. No nic, zobaczymy, jak to się dalej potoczy. Przyjechała też rodzinka z Zielonej, no ale nie pochodziliśmy, będą jednak znowu w maju i jak się dobrze ułoży, to może zaliczę niecodzienne wydarzenie sportowe.
No i właśnie a propos wydarzeń sportowych:

Na mecz Legia – Chelsea oczywiście.





No i cóż mam napisać? Wyszło jak wyszło. Supermassive Black Hole, inne priorytety itd.
Za to książkę świetną przeczytałam, czyli „Patopaństwo” Jana Śpiewaka, czyli czerwoną pigułkę wzięłam. Nie no, wcześniej już wzięłam, ale ta była o znacznie większej mocy. Można Śpiewaka „nie znosić”, można uważać, że jest „naiwny”, ale Uniwersytet Gdański odwołał spotkanie z nim promujące tę książkę. Hmm… ciekawe dlaczego?…