Tereny ruderalne

Chaszcze, zarośla, chwasty i krzaczory. Nieuprawiane, nieokiełznane. Wolne. Roślinni hipisi. Na pozór „nic tu nie ma”, ale wystarczy kucnąć, żeby zobaczyć, że życie tu aż kipi. Wszystko rośnie, kiełkuje, płoży się i rozgałęzia, wspina, czepia, zdobywa nowe terytoria. Kwitnie, przekwita, owocuje i rozsiewa nasiona. I znowu kiełkuje. Walczy o światło, o wodę, o miejsce. Kusi i wabi, odstrasza i atakuje, kłuje, parzy. A w tym gąszczu one – stwory przedziwne, latające, pełzające, skaczące i biegające. Żerują, walczą, kopulują, budują domy, składają jaja, polują i pożerają się nawzajem. Pracują w pocie czoła lub leniwie się przepoczwarzają.

Lśniak szmaragdek.
Owadzie osiedle mieszkaniowe.
Tropy sarny.
Wytęż wzrok…
Rusałka pawik.
To już oczywiście ogródek, nie rudery.

Na straganie w dzień targowy

Mam blisko domu dwa dobrze zaopatrzone bazarki, ale postanowiłam dzisiaj odwiedzić z siatką sobotni Targ Śniadaniowy niedaleko Pl. Inwalidów. Jedzenia dużo, ale przyznam, że byłam z lekka rozczarowana ofertą. Nie jest to miejsce na codzienne zakupy, raczej na posmakowanie tego czy owego, a niektórych wystawców kojarzę z bożonarodzeniowych jarmarków i innych tego typu imprez.

Zanim tam dotarłam, trochę pobłądziłam. Skręciłam nie w tę stronę, co trzeba, i niechcący zwiedziłam kawałek Żoliborza Oficerskiego.

Wreszcie jest. Stragany, foodtrucki, dzieciaki i dużo młodych facetów z brodą – to na pewno tutaj : ).

Coś dla żoliborskich elegantek.
Oprócz jedzenia można też kupić roślinkę domową. Niestety nie było sukulentów.
Moje zakupy.

Z pustymi rękami jednak nie wróciłam. Na zdjęciu m.in. placek z wiśniami, konfitury z truskawek i malin, quiche z kurczakiem i warzywami, croissant z marcepanem, pesto i parmezan od sympatycznego Włocha. Oraz „Gazeta Żoliborza” (darmowa) z wywiadem ze Stuhrem Młodszym, też od niedawna żoliborzaninem. Nie byłam głodna, więc na miejscu wypiłam tylko dwa kubki lemoniady rabarbarowo-cytrynowej, ale może kiedyś się wybiorę coś zjeść przy tych stołach, bo oferta gastronomiczna prezentowała się chyba ciekawiej, niż handlowa.

Oleju rydzowego nie było.

Park Żołnierzy „Żywiciela”

Miałam być dzisiaj zupełnie gdzie indziej, dalej, ale zapomniałam maseczki (do autobusu) i trzeba było naprędce zmienić plany. I wyszło całkiem nieźle, bo ta część Starego Żoliborza, tzw. Żoliborz Spółdzielczy, jest bardzo przyjemna, choć też niestety pogrodzona płotami. Ale na szczęście nie cała.

Teatr Komedia

Repertuar zgodny z nazwą, architektura socrealistyczna. Ale co, nieładna?

Zegar chodzi według czasu zimowego : )

Między niektóre bloki można się zapuścić…

…i niespodziewanie znaleźć w wiejskim ogrodzie.

Domku to ja tu nie widzę; może pojawi się jesienią.

Park jest mały i bardzo popularny, razem ze mną spacerowało dużo ludzi, więc nie udało mi się tym razem zrobić więcej zdjęć. Przede wszystkim musiałam pominąć dwa platany klonolistne, pomnik przyrody, ponieważ akurat kręcono przy nich jakiś film czy program. Jakaś panna rozsiadła się w ich pniach (aż się proszą do rozsiadania) i czytała coś na głos z książki. Nie udało mi się też sfotografować sentencji, widniejącej na jednym z murów (zebrało się przy nim jakieś towarzystwo psiarzy), ale ją przytoczę: „Gdyby inni mieli mniej, to ja byłbym bardziej”. Hmmm…

Klimat dawnego Żoliborza

Taki zachęcający podpis ma mural na jednym z budynków przy Urzędzie Dzielnicy Żoliborz, ale szczerze mówiąc dzisiejszy spacer w okolicach tegoż urzędu nie był zbyt ciekawy. Głównie chyba dlatego, że osiedla, czy jak to tutaj zwą „kolonie” Starego Żoliborza są starannie zabezpieczone płotami przed takimi jak ja łazęgami. Na wychuchane podwórka można sobie tylko popatrzeć przez kraty. Z kolei domu Prezesa Polski pilnuje policja (nawet nie odważyłam się zerknąć w jego stronę, co dopiero mówić o robieniu zdjęć). Na dodatek świeciło ostre słońce. Zatem dzisiaj tylko kilka fotek. Wycisnęłam z nich tyle „klimatu”, ile się dało.

…Główna Służby Pożarniczej.

Budynek tak brzydki i nieciekawy, jakby cały był tylko wielką makietą do ćwiczeń dla przyszłych strażaków.

Ten już dużo lepszy i z ciekawym detalem na dachu. Też lata 30-te, jeśli się nie mylę. Bardzo podobne kamienice można spotkać na Starym Mokotowie, przy Puławskiej.

Na koniec trochę klasyki.

Żoliborz Dziennikarski

Kurz bitewny opadł, wyborcza noc odespana, można wybrać się na dalsze odkrywanie Historycznego Żoliborza. Dziennikarze przed wojną nie mieszkali może tak luksusowo jak urzędnicy (odwrotnie niż dzisiaj), ale za to ciekawiej. Do tego niespodziewany dla mnie akcencik z lat 60-tych.

Haloo? Tu Honorata.
Jest i sielsko…
…i dystyngowanie
…i modernistycznie.
Wszędzie oczywiście bardzo zielono.
Jest i skarpa warszawska.
Topola czarna, pomnik przyrody, 33 m wysokości.

Nie wiem, co się stało temu drzewu, ale ja bym się tu doszukiwała jakiegoś objawienia.

Tutaj też ktoś miał jakąś wizję.

***

Update: zmarł wczoraj Grant Imahara, jeden z członków ekipy „Pogromców mitów”. Swego czasu namiętnie oglądałam ten program. Lubiłam mrukliwego Jamiego, nadpobudliwego Adama, ale najbardziej właśnie Granta, bo był z nich najsympatyczniejszy. Na każdy problem miał jedno rozwiązanie – zbudować robota : ). Miał też swój udział w efektach specjalnych do „Gwiezdnych Wojen” – tych późniejszych offcors, bo miał tylko 49 lat…

Na starych śmieciach

Ja też!

Lokal wyborczy widzę wprawdzie z okna (kolejek nie było, ale frekwencja „robiła się” już od siódmej rano), ale żeby zagłosować musiałam pofatygować się na stare śmieci, czyli na Czerniaków. Dzielnicę mojego dzieciństwa i młodości (choć nie urodzenia). Wędruję sobie bowiem po Warszawie i okolicach całe życie, obecne miejsce zamieszkania jest moim szóstym. Tam, na Czerniakowie, mieszkałam jednak najdłużej i tam co kilka lat odwiedzam moją podstawówkę.

Stara buda powitała mnie słowami otuchy, ale wcale nie jestem pewna, czy „będzie dobrze”. Znowu musiałam głosować na mniejsze zło, zaczynam wątpić, czy kiedyś będzie mi dane zagłosować na „większe dobro” i nie być 2-procentową mniejszością. Ciekawe, na kogo głosowałby dziś Grzesiuk.

Mama powiedziała, że dzwonił do niej brat kuzyna (tego spod Poznania). Brat kuzyna jest schizofrenikiem, zachorował w młodości, teraz ma lat 58. Dostaje jakąś żałośnie niską rencinę. Właśnie został sam. To znaczy ma jeszcze na szczęście brata. Na szczęście, bo gdyby nie miał, chyba zacząłby przymierać głodem. Nie sądzę, żeby specjalnie interesowały go wolne sądy, konstytucja, LGBT, relacje państwo-kościół czy katastrofa klimatyczna. Interesuje go, co ma jutro włożyć do garnka. Nie wiem, na kogo dziś głosował i czy w ogóle. Być może ma na to wywalone i żadne „Twój głos się liczy” go nie przekona, bo niezależnie od tego, kto wygra, jego sytuacja nie zmieni się ani trochę. I dopóki nasi politycy, dziennikarze i publicyści tego nie zrozumieją, będziemy mieli to, co mamy.

Starówka

A na niej jazz, czyli Krzysztof Herdzin Quartet. Na zdjęciu Marek Podkowa. Większe brawa zbierał chyba jednak bębniarz, Cezary Konrad. Jego zdjęcia nie udało mi się zrobić, bo perkusista, jak to perkusista, schowany za garami.

Muzycy są wyposzczeni brakiem koncertów tak samo jak widownia. Kwartet miał co prawda jakieś koncerty on-line-nie on-line, ale lider podkreślał, że to nie to samo i że bardzo brakowało mu bezpośredniego kontaktu z publicznością, a jest to jego pierwszy publiczny koncert od marca. I widzowie nie zawiedli.

Nie za bardzo mogę długo stać w miejscu, więc słuchając krążyłam sobie po okolicy.

On też słuchał.
Koty raczej miały wszystko gdzieś.

Pogoda była taka sobie, więc poza publicznością festiwalu i gośćmi kawiarni było jednak raczej dość pusto, prawie jak za lockdown’u, co mnie akurat bardzo odpowiadało, bo rzadko można sobie tam pochodzić po pustych uliczkach.

Śmietnik

Felieton Andrzeja Szahaja w ostatnim „Przeglądzie” o mediach śmietniskowych dobrze oddaje to, co sama od dłuższego czasu też obserwuję, choć nie umiem tego tak dobrze ująć w słowa.

„Dziś mi się wydaje, że za narodziny czasów postprawdy w równej mierze odpowiada inne zjawisko. Idzie mi o wymieszanie wiadomości ważnych i nieważnych, o swoisty miszmasz, z jakim mamy do czynienia w dzisiejszych mediach.”

Co za to odpowiada?

„Zmiana sposobu kwalifikowania informacji jako godnych upowszechnienia. Kiedyś decydowali o tym ci, którzy się na czymś znali (fachowcy, eksperci), dziś decyduje rynek. […] W każdym przypadku coraz bardziej chodzi o sprzedaż i zysk, a nie o jakość w jakimkolwiek sensie. Rynek stopniowo staje się ostatecznym arbitrem tego, co dobre w sensie artystycznym, jak i tego, co ważne i nieważne w sensie informacyjnym. W ten sposób to, co dobre, jest nieuchronnie wypierane przez to, co marne, a to, co ważne, przez to, co nieistotne. Następuje powolny, ale stały proces spadku poziomu mediów, a zatem także spadku poziomu intelektualnego odbiorców, którzy są przez owe media kształtowani. Coraz głupsze treści medialne tworzą coraz głupszą publiczność, a ta domaga się coraz głupszych informacji. Nie fałszywych, ale właśnie głupszych. To zatem nie tyle fałsz wypiera prawdę, ile trywialność wypiera istotność. […] Realizuje się miszmaszowy charakter sporej części dzisiejszych mediów spowodowany ich motywowanym chęcią zysku przejściem od bycia filtrem do bycia zaledwie kanałem przekazu. Wszystko to przyczynia się do ogólnego upadku ludzkości, która staje się coraz lepiej wyposażona w techniczne sposoby komunikowania i coraz głupsza. Ma coraz więcej narzędzi rozmowy i coraz mniej sobie do powiedzenia. Na zgliszczach prawdy, powagi i mądrości powiewa już jedynie sztandar kapitalistycznej chwały: tabelki z klikalnością, słuchalnością, cytowalnością i zestawieniem miesięcznych zysków.”

Jak by ktoś nie zauważył, mamy kampanię wyborczą. A właściwie mecz – My kontra Oni. Włączam telewizor. Ten powiedział to, na co Tamten mu odpowiedział tamto. A Pan jak skomentuje to, co Tamten powiedział? A Pani, jak Pani to skomentuje? A jak Pan profesor skomentuje idiotyzm, który powiedziała Ta Pani dwa dni temu? A jak Pani doktor skomentuje kretynizm wypowiedziany wczoraj przez posła X? A, no i najważniejsze – sondaże! Sondaże, sondaże, sondaże. 0,5 pp w górę, 0,2 w dół. Jak Pan to skomentuje? A Pani? Czy to dużo, czy mało? I tak to jest międlone przez 24 godziny na dobę (w nocy trochę oddechu daje Maja w ogrodzie).

To ma być informacja?

Jeszcze a propos kampanii wyborczej i mediów. Redakcja OKO.press przysłała mi propozycje powodów, dla których warto w niedzielę iść zagłosować (wiadomo na kogo). Pierwszy (i mój ulubiony) to: „żeby zobaczyć minę Danuty Holeckiej”.

Zaiste, warto.

Podróże małe i duże

Książka o podróży (czy może o psychologii podróży) – jak najbardziej pasuje do początkowych, „wprowadzających” wpisów na Spacerniaku. W końcu spacer to też podróż, tyle że bardzo, bardzo krótka :). Co nie znaczy, że nie można na nim doznać jakiegoś olśnienia, zobaczyć czegoś, czego zupełnie nie spodziewaliśmy się zobaczyć.

„Biegunów” przeczytałam dopiero teraz, choć kupiłam tę książkę w zeszłym roku, jeszcze przed ogłoszeniem Nobla dla Olgi Tokarczuk, w ramach kompletowania lektur z Listy Müldnera, mojego profesora ze studiów. („Książki, które każdy inteligent powinien przeczytać”). Nie wiem, czy jestem po jej przeczytaniu bardziej inteligentna, ale wiem już, dlaczego swój wykład noblowski autorka poświęciła czułości. To, co uderza w jej pisarstwie, to wrażliwość, delikatność, empatia, zrozumienie i właśnie czułość dla drugiego człowieka. Czytając, czułam, jak bardzo bliska jest mi ta kobieta, jej sposób patrzenia na świat i ludzi. Jej ciekawość, spostrzegawczość, umiejętność dojrzenia tego, co na pierwszy (a czasem i na drugi) rzut oka niedostrzegalne. Skupienie na szczegółach. Do tego język, który wprost urzeka swoją malowniczością.

„Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. To, co miało się rozwinąć, ale z jakichś względów pozostało niedorozwinięte; albo wręcz przeciwnie – przerosło plan. Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające. Formy, które nie pilnują symetrii, które się multiplikują, przyrastają po bokach, pączkują, lub przeciwnie, redukują wielość do jedności. […] Mam nieustanne i męczące przekonanie, że właśnie tutaj prawdziwy byt przebija się na powierzchnię i ujawnia swoją naturę. Nagłe, przypadkowe odsłonięcie. Wstydliwe „ups”, rąbek bielizny spod starannie uplisowanej spódnicy. Metalowy, ohydny szkielet wyłazi nagle spod aksamitnego obicia; erupcja sprężyny z pluszowego fotela, która bezwstydnie demaskuje iluzję wszelkiej miękkości.”

„Nigdy nie byłam zbyt ochoczą bywalczynią muzeów sztuki, i jeżeli to miałoby zależeć ode mnie, zamieniłabym je z chęcią na gabinety osobliwości, gdzie zbiera się i eksponuje to, co rzadkie i niepowtarzalne, dziwaczne i monstrowate. […] Nie pociągają mnie kolekcje w centrum miast, lecz te małe, przyszpitalne, często zniesione do piwnic jako niegodne cenionych miejsc wystawienniczych i wskazujące na podejrzany gust dawnych kolekcjonerów. Salamandra z dwoma ogonami w owalnym słoju, pyszczkiem ułożona ku górze, czekająca dnia sądnego, gdy wszystkie preparaty świata w końcu zmartwychwstaną.”


Museum für Naturkunde, Berlin. VIII 2018 r.

„Upał cyka jak zegarowa bomba.”

„Nocny mózg to Penelopa, która w nocy pruje starannie utkany za dnia dywan sensów. Czasem jest to jedna nitka, czasem więcej; skomplikowany wzór rozkłada się na czynniki pierwsze – wątek i osnowę; wątek odpada, zostają proste równoległe linie, kod kreskowy świata.

Wtedy staje się to oczywiste – noc przywraca światu jego naturalny, pierwotny wygląd, nic nie fantazjuje; dzień to ekstrawagancja, światło – to tylko drobny wyjątek, niedopatrzenie, zaburzenie porządku. Świat naprawdę jest ciemny, prawie czarny. Nieruchomy i zimny.”

„Jest ubrana inaczej niż wszyscy – ma na sobie mnóstwo rzeczy: spodnie, a na nich kilka spódnic, lecz skomponowanych tak, że jedna wystaje spod drugiej, warstwami; i tak samo góra – składa się z wielkiej liczby koszul, serdaków, kamizelek. A na samym wierzchu szara pikowana fufajka, szczyt wyrafinowanej prostoty, echo dalekiego wschodniego klasztoru czy obozu pracy. Wszystko to razem ma jakiś estetyczny sens, nawet podoba się Annuszce, wydaje się, że kolory są dobrane starannie, ale może nie jest to ludzki wybór, lecz haute couture entropii – blednących barw, strzępienia się i parcenia.”

Oj, mogłabym tak cytować bez końca. To tylko kilka próbek, które zakreśliłam sobie, gdy akurat miałam ołówek pod ręką. Warto, naprawdę warto przeczytać całość.

Do tego jest to książka z obrazkami : ). Mój ulubiony to ten, na którym jest porównanie długości rzek świata. Są ułożone w rządku, rozciągnięte na prosto, jak łańcuszki na szyję u jubilera. Przy tych największych – Mississipi, Amazonce, Nilu – nasza Wisełka wygląda jak ubogi krewny. (Na pocieszenie – Tamiza i Sekwana są jeszcze krótsze : )).

Żoliborz Urzędniczy

Wyszłam dzisiaj zobaczyć, jak przed wojną mieszkali urzędnicy. Noo, takie mieszkania to ja rozumiem. Ale nie narzekam, moje też jest fajne.

Dzieci Żołnierze

Wszyscy znają pomnik Małego Powstańca na Starym Mieście – ten jest znacznie mniej znany. Facet, który wysłał te dzieciaki na śmierć, też ma swoją ulicę w Warszawie.

Modernistyczny kościół św. Stanisława Kostki. Znany z wiadomo kogo.

Najsłynniejsza budowla Żoliborza Urzędniczego zaliczona. Zapuszczam się w uliczki.

pl. Henkla.

I place.

To miejsce już widziałam na jakimś blogu… Tylko rowery inne.
…no i nie było śmietników : ).

Prawda jest taka, że trudno zrobić takie zdjęcie, żeby w kadr nie wszedł jakiś samochód, śmietnik albo inne brzydactwo. Osiedle w rzeczywistości jest i ładniejsze, i brzydsze, niż na zdjęciach. Zależy jak spojrzeć.

Najładniejsza jak zwykle jest i tak przyroda. Wprowadza trochę dramatyzmu i chaosu do tego uładzonego ludzkiego świata.

Podobnie jak spontaniczna twórczość ludowa. Graffiti na murze ogródka jordanowskiego.

Spalone kalorie uzupełniłam musem czekoladowym z wiśnią z cukierni Smaki Warszawy. Diablo drogi, ale też i diablo dobry.