Zachęta

Zaplecza Marszałkowskiej pomiędzy Królewską a Świętokrzyską od strony wschodniej nie są zbyt atrakcyjne z zewnątrz, żeby zobaczyć coś ciekawego, trzeba wejść do środka. Na przykład do środka Narodowej Galerii Sztuki, przejętej ostatnio przez PiS. Dyrektorka już zdjęta, wystawy jeszcze nie, ale trzeba się śpieszyć, bo do gustu artystycznego dyrektora z pisowskiego nadania jakoś nie mam zaufania.

Ale najpierw spacer.

Brama kamienicy na ul. Jasnej.
Rzeźby na fasadzie dawnego Gmachu Towarzystwa Ubezpieczeń „Polonia” przy pl. Dąbrowskiego.
Chciałabym móc ze swojego balkonu pogadać sobie z taką głową. Ul. Kredytowa.
Fontanna na skwerze na pl. Dąbrowskiego.
Jeden z warszawskich „ostańców”, czyli resztki kamienicy na ul. Królewskiej, przed wojną gęsto zabudowanej.
Kościół Ewangelicko-Augsburski na pl. Małachowskiego.
Ostatnie zapewne chwile kwadratowej tęczy przed gmachem Zachęty.
Wejście główne do Zachęty (którym jednak się nie wchodzi).
Awangarda japońska lat 50. i 60.
Bombowiec amerykański i zegarek znaleziony po wybuchu bomby w Hiroszimie, wyeksponowany jak w witrynie u jubilera.
Tytuł obrazu – „Stan wojenny”.
Coś dla miłośników pewnej roślinki (wraz z ciekawą instrukcją użycia).

Za Żelazną Bramą

Modernistyczne osiedle Za Żelazną Bramą wybudowano na przełomie lat 60. i 70, na terenach wyburzonego getta. Jak na owe czasy było bardzo nowoczesne i kopiowało wiele zachodnich wzorców, choć – jak to zwykle w PRL-u bywało – z pewnym opóźnieniem i różnego rodzaju „kompromisami”. Były tam okna francuskie, luksfery, olbrzymie przeszklone hole, okna na parterze miały ramy w eleganckiej czerni, kontrastujące z bielą elewacji, co podkreślały latarnie świecące białym światłem. Bywałam w tych blokach jako dziecko, bo mieszkała tam koleżanka mamy z rodziną i pamiętam mikroskopijne, dwupokojowe mieszkanko z ciemną kuchnią z okienkiem na „salon” z „udawanym” balkonem. Ale te olbrzymie hole na parterze zawsze robiły na mnie wrażenie. W latach 90. bloki zmodernizowano, co nie zawsze wyszło im na dobre, a osiedle zagęszczono (co też mu moim zdaniem na dobre nie wyszło). Ale nadal coś w sobie ma (no i znajduje się w samym centrum Warszawy). Upodobali je sobie Wietnamczycy.

Osiedlowa Syrenka.
Hala Mirowska.

Halę Mirowską i bliźniaczą Halę Gwardii wybudowano na przełomie wieków XIX i XX i był to pierwszy kompleks hal targowych w Warszawie. Do dzisiaj pełnią tę funkcję, choć w czasie II wojny światowej zostały spalone i zburzone (a potem, rzecz jasna, odbudowane). W jednej z hal przez lata działał klub sportowy „Gwardia”, w latach 50. odbyły się tam m.in. Mistrzostwa Europy w Boksie, a w 1988… moja inicjacja artystyczna, czyli pierwsza – i od razu historyczna – wystawa sztuki, Arsenał 88, na którą wybrałam się z koleżanką z liceum, jako jedna ze 100 tys. osób, które ją w ciągu sześciu tygodni odwiedziły. Na wystawie zaprezentowano prace 389 młodych artystów, różnej jakości, ale była to ostatnia tak duża pokoleniowa prezentacja sztuki.

Z kolei pod halami działał (i działa nadal) bazar, na który chodziłam z babcią. Były to jedyne „spacery”, na jakie z nią chodziłam. Pamiętam uśmiechniętą babę sprzedającą kapustę kiszoną prosto z beczki – zawsze dawała mi jej popróbować, co uwielbiałam, bo jestem wielką miłośniczką rzeczonej.

Dzisiaj rzadko już do Hal Mirowskich zaglądam, nie bardzo mi do nich po drodze (znacznie częściej odwiedzam Halę Marymoncką, ale ta nie ma już tak bujnej historii).

Stoiska z kwiatami pod Halą – dzisiaj było otwartych tylko kilka, zazwyczaj czynnych jest kilkanaście.
Feliks „Papa” Stamm, przypominający o bójkach na pięści w Hali Gwardii. Stoi u wejścia do Parku Mirowskiego.
Główna aleja parku.
Jest i pałac (Lubomirskich).
Jeszcze jeden pomnik.

To nie Napoleon, to Kościuszko, widok od strony upamiętniającej jego wycieczkę do USA. Dopiero niedawno, z „Przekrojowego” cyklu o nim, dowiedziałam się, jak ciekawy i postępowy był to człowiek.

…i na koniec trochę wielkomiejskiego city, bo w mojej wędrówce wzdłuż ul. Marszałkowskiej ewidentnie się do niego zbliżam.

I tylko tytułowej żelaznej bramy nigdzie tu nie ma, zaginęła w czasie II wojny światowej.

Natura na receptę – podsumowanie

Look back on your year and recognise how far you have come.

Rok się jeszcze nie skończył, ale podsumowanie mojej terapii od Natury mogę zrobić. Przypomnę, zaczęło się od artykułu w moim ukochanym „Przekroju” z zeszłej zimy, z którego dowiedziałam się, że szkoccy lekarze zupełnie oficjalnie przepisują swoim pacjentom tęże (Naturę) na receptę. Odnalazłam stronę z kalendarzem z „receptami” na każdy miesiąc i próbowałam przez cały rok te recepty realizować. Utrudnieniem był fakt, że kalendarz dotyczył Szetlandów, ale okazało się, że Warszawa i Mazowsze aż tak bardzo się od tego szkockiego archipelagu nie różnią. Wszystkich recept nie udało się zrealizować, z różnych względów – obiektywnych (look out for humpback whales on their autumn migrations…) lub subiektywnych, ale to nic, nawet lepiej, bo mogę „kurować się” dalej, a te recepty nie mają terminu ważności.

A co się udało?

  • przyjrzałam się porostowi
  • odwiedziłam kilka „brochów”, czyli twierdz
  • policzyłam ptaki w moim „ogrodzie” (i zrobiłam dla nich wanienkę)
  • narysowałam przebiśnieg
  • podążyłam śladem strumieni (podziemnych)
  • poszukałam śladów pozostawionych przez zwierzęta
  • zaczęłam zdobywać warszawskie „szczyty”
  • posadziłam cebulki
  • zainspirowałam się poematem szetlandzkiej poetki i poszukałam pierwiosnków
  • pobawiłam się jak ośmiolatka
  • poszłam nad staw pooglądać kaczki
  • dotknęłam rzeki (w zastępstwie morza)
  • pomacałam pąk na drzewie
  • posadziłam kwitnące roślinki
  • poszukałam ptaków wodnych – nie brodzących wprawdzie, ale nurkujących
  • pospacerowałam brzegiem rzeki
  • znalazłam purpurową skalnicę
  • przyjrzałam się chmurom
  • ukryłam twarz w trawie
  • znalazłam miejsce, w którym mogłam przez chwilę „po prostu być”
  • zrobiłam mapę dźwięków
  • poszukałam skarbu
  • zajrzałam pod kamień
  • poszukałam bestii w nieskoszonym trawniku
  • odwiedziłam miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłam
  • spróbowałam szczawiku
  • posłuchałam ptaków
  • posłuchałam ulubionych dźwięków w naturze
  • poczułam wiatr we włosach
  • odwiedziłam nadwiślańskie „rockpool”
  • popodglądałam zapylacze przy pracy
  • pobiegałam za trzmielem
  • złapałam ćmę i rozpoznałam ją
  • odwiedziłam GeoPark
  • upichciłam „tatties”
  • wrzuciłam zmartwienie do rzeki
  • znalazłam zwitek brzozowej kory
  • policzyłam łabędzie
  • odwiedziłam warszawskie „drzewo z historią”
  • …i posadziłam drzewo – zdjęcia nie mam, ale „posadzony” przeze mnie kawałek lasu można zobaczyć tutaj (lokalizacja nr 36), bo niedawno dostałam maila z informacją o tym od fundacji „Las Na Zawsze” (może w przyszłym roku pojadę je odwiedzić).

Myślę, że zaszłam dosyć daleko.

Wigilia

Chciałabym nieśmiało przypomnieć, o co chodzi w jutrzejszym święcie. Otóż dwa tysiące lat temu urodził się facet, który mówił ludziom, żeby kochali swoich bliźnich.

Żebyśmy tych, którzy są spragnieni – napoili. Tych, którzy są głodni – nakarmili. Tym, którzy szukają schronienia – dali je. Tych, którzy są przemarznięci i przemoczeni – ogrzali i wysuszyli. Do tych, którzy są chorzy – wezwali lekarza. Tym, którzy uciekają przed wojną lub beznadzieją – pozwolili szukać miejsca spokojnego i dającego nadzieję na normalne życie.

I to nie znaczy, że mamy rezygnować z choinki, prezentów, barszczyku, kolęd, wypatrywania pierwszej gwiazdki i nasłuchiwania o północy, czy nasz pies/kot/żółw przemówi do nas ludzkim głosem (notabene warto byłoby ich także posłuchać). Po prostu pamiętajmy, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.

…ale i cieszmy się, że mamy Białe Święta 🙂

Wigilia Wigilii

W tym roku na bogato.

Udało mi się znaleźć czas, by kupić, przytaszczyć, obsadzić i ubrać. Na oknie nowy członek mojej parapetowej czeredki – „babciny” kaktus-znajda (przygarnięty w zeszły weekend przeze mnie i Przyjaciela).

Spacerów w grudniu nie było zbyt wiele, za to na święta jadę na wieś – najpierw jedną, potem drugą. Ma padać śnieg, może uda się znaleźć trochę prawdziwej, wiejskiej zimy.

Spokojnych.

Przesilenie zimowe

Moje przesilenie zimowe w tym roku przypadło kilka dni przed czasem. Harówko-nerwówka zimowa w pracy sięgnęła swojego zenitu dzisiaj, poprzedzona spektakularnym preludium w postaci zaprezentowania swojej zaspanej, rozczochranej gęby prosto z łóżka na wczorajszej konferencji on-line. Prezentacja trwała kilka sekund, ale widownia liczyła ponad setkę luda, więc na pewno parę osób zauważyło. Jedna zresztą życzliwie zadzwoniła („Typikal, masz włączoną kamerkę…”). „Wiem, właśnie próbuję ją wyłączyć…” – zasyczałam, nie będąc pewna, czy mikrofon też nie jest włączony (był), kierując rozpaczliwie ekran laptopa na ścianę nad łóżkiem i w popłochu szukając przycisku wyłączającego Podglądacza. Przez jakieś pół minuty uczestnicy konferencji podziwiali więc z kolei plakat z efektownym Archeopteryxem z Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie, zastygłym w równie rozpaczliwej pozie w jurajskiej skale sprzed 150 mln lat (do obejrzenia tutaj). No a dzisiaj wylądowałam najpierw u kierownika („zwalniam się!”), a później na kozetce (a kozetka na to: „wyluzuj” i „j….ać to”).

W ramach wyluzowania więc – dwie foty z wtorkowego „spaceru”:

Spacer do pracy…

…czyli uroki zimy zza płotu…

…i spacer z pracy…

…czyli uroki świątecznego miasta z przystanku.