










Sie ma, styczniu!
PS. Pod Pałac Kultury nie chciało mi się jechać, więc wysyłam światełko do nieba hand-made, bursztynowe:












Sie ma, styczniu!
PS. Pod Pałac Kultury nie chciało mi się jechać, więc wysyłam światełko do nieba hand-made, bursztynowe:

Kolejny przystanek na Trakcie Królewskim. Przeskoczyłam wcześniejszy zabudowany odcinek, bo zima dzisiaj pokazała, na co ją stać i ten piękny, zabytkowy śródmiejski park wyglądał naprawdę bajkowo.
Jest to też kolejna z moich dziecięcych „destynacji” podczas codziennych spacerów z dziadkiem. Park – raczej nieduży i płaski, jest położony na skraju skarpy warszawskiej i ma na swoim terenie sporo atrakcji. Jest swego rodzaju preludium przed znajdującymi się kilkaset metrów dalej Łazienkami.



W momencie odsłonięcia wywołała spore zgorszenie, zwłaszcza że park był (i jest) odwiedzany przez rodziny z dziećmi. Dzisiaj też stało przed nią dwoje małolatów, na oko 8-10 letnich i w skupieniu fotografowało ją smartfonem. Na szczęście dzisiaj była trochę przykryta.




Do tego stawu wpadł – jako dziecko, podczas spaceru z, a jakże, dziadkiem – mój brat. Dziadek miał pecha do stawów w parkach, ja mu się nad jednym zgubiłam, a mój brat postanowił popływać. Nic mu się nie stało, żyje i ma się dobrze. (Brat, nie dziadek).

Na słupach wyryte serca przebite strzałą i inicjały kochanków.

W środku siadało się na wagowym krzesełku, a starszy pan, wagowy, ważył delikwenta. Kosztowało to parę złotych zdaje się. Nie wiem, czy latem nadal jest czynna, w zimie nie działa, i dobrze, bo po co miałabym sobie psuć humor. Od tego siedzenia w domu tu i tam znów mi przybyło.


Czuł się bardzo pewnie na tym drzewie i nic sobie ze mnie nie robił, ze smakiem wcinając nasiona lipy.

Dopiero będąc na wsi poczułam, jakim powietrzem oddycham w Warszawie. Dopiero dzisiaj dowiedziałam się też, że na początku tygodnia stołeczny ratusz wydał dla mieszkańców zalecenie nie wychodzenia z domu ze względu na smog (alert RCB nie zadziałał). Nie wychodź na zewnątrz bo wirus, bo mróz, bo zanieczyszczenie… Zaczynam się czuć jak kosmonauta w bazie marsjańskiej. Ciężkie czasy nadeszły dla Spacerniaka. Dzisiaj jednak spacer był, krótki bo krótki, ale zawsze.




Tereny na wschód od Placu Trzech Krzyży to dawne ogrody „Na Górze”, obecnie Park Rydza-Śmigłego, malowniczo położone na skarpie warszawskiej. Jako dziecko chodziłam tędy z dziadkiem nad Wisłę, dzisiaj świętowałam Dzień Śniegu (po raz pierwszy od lat nadarzyła się taka okazja).






W wolnym tłumaczeniu: Pnący się przebudował świątynię i zamieszkał w niej. W budynku podobno spotykała się kiedyś loża masońska, a Pniewski w ten sposób żartobliwie do tego nawiązał.







Ciąg dalszy wędrówki Traktem Królewskim – ostatni, najkrótszy odcinek Nowego Światu i okolic, od Alej Jerozolimskich do Placu Trzech Krzyży (strona wschodnia, na skarpie). Odcinek krótki, ale atrakcji sporo.

















Stare socrealistyczne drzwi zostawili, co im się chwali.
Uwieczniłam widok o poranku, bo rzadki:

Za oknem Ponur. Słupki w raporcie tygodniowym z krokomierza na poziomach ledwo odstających od zera. Jedynie w poniedziałek i wtorek wyskoczyły powyżej 5000. Tylko ten wtorkowy „spacer” wart jest upamiętnienia, choć zdjęć z niego nie posiadam żadnych. Zielone Zacisze…
Na osiedlu Zielone Zacisze na warszawskim Targówku znalazłam się z powodu pewnego papierka. Dość ważnego. Nie żeby sprawa życia i śmierci, ale na tyle ważnego, że musiałam się tam niespodziewanie udać akurat we wtorkowy, deszczowy wieczór. Namiary zapisane miałam na odwrocie paragonu, który akurat miałam pod ręką, gdy zadzwonił telefon. Umówiona na godzinę „między 17-tą a 18-tą” spokojnie zajmowałam się swoimi sprawami, gdy tuż po 16-ej telefon znowu zadzwonił. Mogę już przyjechać. Super. No to jadę. I pojechałam. Paragon został w domu. Miałam w głowie tylko przybliżony adres i mgliste wspomnienie mapki Google, na której go namierzałam. Komórki oczywiście zapomniałam naładować. Gdy wylądowałam na tym Zadup… przepraszam, Zaciszu, było tam, owszem, zacisznie, a nawet wręcz głucho, natomiast czy było zielono nie wiem, bo było ciemno i lał deszcz. W okolicy budowane jest metro, jezdnie i chodniki pozastawiane są płotami. Postanowiłam na wszelki wypadek najpierw zahaczyć o bankomat, i w tym celu, wysiadłszy z autobusu, ruszyłam za miejscowymi, którzy pewnym krokiem ruszyli po prowizorycznie wytyczonych chodnikach i wydeptanych ścieżkach (teraz błotnistych i zalanych wodą) w stronę znajdującego się nieopodal małego centrum handlowego. Idąc tak, skulona, za jakimś tubylcem, w pewnej chwili zorientowałam się, że nie idę już po chodniku ani po ścieżce, ale po trawie, a po twarzy smagają mnie gałęzie. Tubylec rozpłynął się w mroku, a ja wylądowałam w jakichś krzakach. Jakoś się z nich wydostałam, znalazłam bankomat i wróciłam do punktu wyjścia, czyli na przystanek, gotowa rozpocząć poszukiwania wejścia do twierdzy. Osiedle Zielone Zacisze jest bowiem olbrzymim terenem ogrodzonym ze wszech stron płotem, z kilkoma zaledwie wjazdami dla samochodów i kilkunastoma furtkami dla pieszych. Wyciągnęłam jadący na oparach telefon i drżącymi ze zdenerwowania rękoma uruchomiłam mapkę, próbując umiejscowić się w terenie względem szukanego punktu. Uznawszy, że znalazłam najdogodniejszą trasę, ruszyłam wokół osiedla ruchem odwrotnym do wskazówek zegara. Po to tylko, aby po kilkuset metrach przekonać się, że dogodne przejście jest ciemną, wąską, nieoświetloną dróżką nad brzegiem Kanałku Bródnowskiego. Pewnie latem jest tam ładnie, ja jednak nie miałam ochoty ześlizgnąć się do lodowatego kanałku w styczniową noc, zawróciłam więc – ponownie, do punktu wyjścia. Zadzwoniłam, by dopytać o adres i jak do niego dotrzeć. Przypomniano mi więc, że do „mojego” adresu idzie się od ulicy o innej nazwie. Zupełnie z drugiej strony. Tak, teraz przypomniałam sobie dopisek na paragonie… Przemoknięta, spocona, z potem kapiącym z nosa pod przegrzaną maseczką typu KN95 ruszyłam zdobywać twierdzę od innej flanki. Muszę tu dodać, że jestem lekkim krótkowidzem, ale nie noszę okularów, bo w maseczce bardziej mi przeszkadzają, niż pomagają. Aby więc po ciemku i w deszczu, w nieznanym terenie znaleźć właściwą ulicę i numer domu, musiałam do każdego znaku, do każdej tabliczki podchodzić pod sam nos. Po jakichś piętnastu minutach znalazłam bramę do mojego Sezamu, chronioną domofonem i budką z portierem. Ponieważ nie byłam pewna, czy dobrze zapamiętałam trzycyfrowy numer mieszkania, wemknęłam się za jakimś lokatorem. Na olbrzymie patio, otoczone ze wszystkich stron niskimi budynkami. Teraz już było z górki, trzeba było tylko znaleźć właściwą klatkę (było ich kilkanaście, „moja” była jedną z ostatnich), zatelefonować jeszcze raz po numer mieszkania, zadzwonić kolejnym domofonem, znaleźć mieszkanie i odebrać papierek. Wróciłam do domu wykończona, ale w stanie „STABILNYM”. Wszystko razem trwało około półtorej godziny, 6520 kroków. Paragon ze wszystkimi informacjami leżał sobie spokojnie na łóżku, na mój widok przeciągnął się tylko i spytał: „Już wróciłaś?”
Strzeżone Osiedla – przeklinam was. Po ponownym zbadaniu terenu na mapce Google’a stwierdziłam, że gdyby nie płot, dojście do budynku najkrótszą trasą od przystanku zajęłoby mi może pięć minut.
Nie był to koniec moich przygód tego wieczora, dodatkowych atrakcji postanowiła dostarczyć mi choinka. Gdy umordowana wreszcie zasiadłam w moim ulubionym fotelu z gorącą, imbirową herbatką, postanowiła bowiem pochylić się nade mną, biedaczką. W sensie jak najbardziej dosłownym. Czyli z wysokości stolika przechyliła się w moją stronę o jakieś 30 stopni (i powoluteńku, ale złowieszczo, przechylała dalej). Nie szło jej wyprostować. Rada nie rada, zaczęłam ją rozbierać. Choinka nieduża, ale jednak dosyć ciężka, stojak dopiero co napełniony wodą. Rozbierałam więc drzewsko jedną ręką, a trzymałam drugą, żeby nie spadło. Imbirowa herbatka stygła, igły sypały się na wykładzinę, a ja klęłam, na czym świat stoi.
Dzisiaj nie ma po niej śladu, a na stole stoi… ha! druga choinka. Bo miałam drugą, w sypialni. Malutką, przywiezioną z biura, sztuczną, ale też ładną. Lampki z pierwszej powiesiłam na sztalugach. Jeszcze sobie poświętuję.
Ha! Dopiero dzisiaj się zorientowałam, że nie zrobiłam podsumowania ostatniego miesiąca w roku. Skromne, ale musi być:






Pora roku, aura i okoliczności epidemiczne nadal nie sprzyjają dalszym spacerom, toteż ograniczam się na razie do spacerów literacko-filmowych. Jednym z tematów przewodnich ostatniego zimowego „Przekroju” są zaświaty. Tak się złożyło, że akurat niedawno skończyłam czytać książkę Fannie Flagg (tę od „Smażonych zielonych pomidorów”) „Nie mogę się doczekać… kiedy wreszcie pójdę do nieba”, traktującą o tym właśnie, czyli o „życiu po życiu”. Na wesoło, oczami pogodnej cioci Elner, która pewnego razu, zbierając figi na drzewie, potrąca gniazdo szerszeni i spada z drabiny na ziemię. Trafia do szpitala i odbywa najbardziej fascynującą podróż swojego życia, podczas gdy rodzina i przyjaciele przeżywają jej śmierć, która jednak w tajemniczy sposób się wycofuje.
Na początek zatem wyobrażenie nieba okiem amerykańskiej pisarki książek obyczajowych.
„Elner zastanawiała się, kiedy ta winda wreszcie stanie i pozwoli jej wysiąść. W życiu nie korzystała z bardziej zwariowanej windy! Jechała nie tylko w górę, ale zygzakowała, obracała się i kołysała. Gdy wreszcie kabina znieruchomiała, Elner nie miała pojęcia, gdzie jest. Nic nie wyglądało znajomo. Boże, pomyślała, ta obłąkana winda musiała mnie wywieźć do jakiegoś innego budynku. To zdecydowanie nie był szpital, wnętrze wyglądało dość przyjemnie, ale nie miała pojęcia, dokąd trafiła. O ile się orientowała, mogła być po drugiej stronie miasta, w gmachu sądu. […]
To, co ukazało się za otwartymi przez Idę drzwiami na końcu korytarza, było takie oszałamiające, takie olśniewające, że Elner zaparło dech w piersi. Ujrzała przed sobą lśniące, kryształowe schody, które wiodły prosto do nieba, do wielkiego okrągłego księżyca na szczycie. […]
Gdy szły coraz wyżej po schodach, wielki księżyc na szczycie rósł, kremowo-żółty i złoty, i jarzył się w ciemności niczym miliard żarówek. Wspinaczka trwała długo, ale ku zaskoczeniu Elner nie wymagała wysiłku. […]
Księżyc zaczął zmieniać kolor ze złotego w roziskrzoną biel, a potem, gdy zbliżyły się do szczytu schodów, na ich oczach przeobraził się w wielki okrągły, lśniący guzik z macicy perłowej.
– A to ciekawe – powiedziała Elner.
W chwili, gdy stanęły na ostatnim stopniu, w środku guzika otworzyło się sklepione przejście. Po drugiej stronie świeciło jasne słońce i znów panował dzień. Elner stała przez chwilę i patrzyła na to, co musiało być niebem. Wbrew oczekiwaniom nie zobaczyła ani białych obłoków, ani fruwających aniołów, ale mimo to było tu pięknie. Szczerze mówiąc, pomyślała, niebo trochę przypomina wielki ogród botaniczny w Kansas City, dokąd wiele razy zabierała ją Ida. W soczyście zielonej, bujnej trawie kwitły kolorowe kwiaty. […]
Uniosła głowę i zauważyła, że niebo nie ma jednolitej barwy, jak w domu. Tutaj się mieniło. Wyciągnęła rękę, a wtedy na skórze zamigotały róże, błękity i delikatne zielenie. […]
Elner rozejrzała się i ujrzała dwie zebry w czerwone paski – wyglądały jak bożonarodzeniowe cukierkowe laski ze srebrnymi grzywami i ogonami z lamety. Przed nimi przemaszerowało stado maleńkich jasnożółtych hipopotamów, które miały nie więcej niż trzydzieści centymetrów wzrostu.
– Jest inaczej – zauważyła Elner. – Nie widuje się tego na co dzień.”
Potem jest trochę mniej psychodelicznie i bardziej tradycyjnie, jest też spotkanie z Panem Bogiem (i jego pomocnicą…) oraz powrót na ziemię i tajemnicza historia ze skarpetką na dachu. Książka jest afirmacją radości życia i miłości – do świata i do drugiego człowieka. Oswaja nasz ziemski koniec humorem i pogodą ducha. Nie jest to literatura wybitna, ale pomaga z większym optymizmem spojrzeć na życie i czyta się ją bardzo przyjemnie.
Nie robię żadnych planów, żadnych postanowień. Ostatni rok pokazał, jaki ma to sens. Wydaje nam się, że mamy nad wszystkim – światem, własnym życiem – kontrolę, a okazuje się, że nie mamy jej wcale. Postanowiłam być płatkiem śniegu, pyłkiem, płatkiem jabłoni, dmuchawcem, ptasim piórkiem, babim latem, wyschniętym liściem – dryfować i dać się unosić powietrznym prądom i zawirowaniom – w rytmie pór roku. Zobaczymy, gdzie wiatr mnie poniesie.
***
Nie żeby nie było jakichś sugestii… Mój niezawodny Best Friend znów zadbał o mój rozwój, tym razem „artystyczny”… : ) Oto mój spóźniony (z powodu smutnych okoliczności) prezent urodzinowo-gwiazdkowy – ta-daam…!

Sztaluga, farby akrylowe, pastele, węgiel, 15 pędzli, paleta, blok rysunkowy, klipsy do papieru, 3 panele malarskie i jeszcze takie coś do przycinania, np. roślinek (inna historia). Oraz mydło w żelu z 37 traw syberyjskich (pięknie pachnie). Plus krem na noc i miseczka z kotem, ale to już od kogoś innego. Jestem z lekka oszołomiona.