Rogatki

To przy nich kończy się (czy raczej zaczyna) Marszałkowska. Dzisiaj ostatni jej odcinek, między ul. Waryńskiego, Trasą Łazienkowską i Placem Unii Lubelskiej.

Tablica Mendelejewa na Domu Studenckim Politechniki Warszawskiej „Riviera”.

Powstały w latach 60. modernistyczny kompleks budynków Riviery został w latach 90. zmodernizowany (czytaj: paskudnie oszpecony), ale układ okresowy szczęśliwie powrócił na elewację od strony ul. Polnej, choć jest słabo widoczny zza drzew nawet wczesną wiosną.

ul. Oleandrów.

Na zacisznej uliczce nie rosną wprawdzie oleandry (w ogóle mało co tu rośnie, raptem kilka rachitycznych drzewek), ale pełno tu klubów, alternatywnych sklepów i modnych knajp.

W kwaterze przy rogu Oleandrów i Marszałkowskiej swoją ostatnią przedpowstańczą noc (z 31 lipca na 1 sierpnia) spędziła, wraz z dwiema innymi sanitariuszkami z plutonu 1108, Krystyna Krahelska. 2 sierpnia już nie żyła. Dom przetrwał powstanie i stoi do dziś, niższy o dwa piętra. [Za: Irena Pawluczuk, „Krystyna Krahelska – Warszawska Syrenka z Kresów”, „Echa Polesia”].

Cytat z Boya-Żeleńskiego w witrynie biblioteki na Marszałkowskiej.

Pochodzi ze zbioru esejów „Ludzie żywi”. Niedaleko biegnie uliczka nosząca imię autora, ale niezbyt ciekawa.

MDM-u ciąg dalszy.
Kamienica Kacperskich u zbiegu Polnej i Marszałkowskiej.

Tzw. „żelazko”, ze względu na swój trapezowy kształt. Powstały w latach 1911-1913 bardzo nowoczesny jak na owe czasy budynek porównywany był nawet do nowojorskiego Flatiron Building. Mieścił się tu m.in. Państwowy Zakład Emerytalny, Komórka Biura Studiów Oddziału II Informacyjno-Wywiadowczego AK, stołówka ZOMO oraz mieszkania socjalne – to ostatnie poskutkowało określeniem budynku mianem getta biedy przy Marszałkowskiej oraz kamienicy samobójców.

A to już tytułowe rogatki.

Tu, gdzie dziś kończy się Marszałkowska, czyli na Pl. Unii Lubelskiej, kiedyś kończyła się Warszawa. Klasycystyczne Rogatki Mokotowskie są jednymi z dwóch par rogatek, jakie zachowały się w Warszawie (drugie są na Grochowie). W jednym pawilonie urzędował dozorca policji, w drugim – poborca podatkowy, pobierający opłaty za wjazd do miasta.

Plac Unii był ważnym węzłem komunikacyjnym – w 1881 r. poprowadzono stąd pierwsżą linię tramwaju konnego, a w 1908 – elektrycznego. Od końca XIX w. odjeżdżały stąd też pociągi wąskotorowej kolejki dojazdowej – wilanowskiej oraz kolejki grójeckiej.

Dzisiaj nie tylko Warszawa się tu nie kończy, ale zaczyna tu swój bieg jej druga (po Wale Miedzeszyńskim) najdłuższa ulica – 12-kilometrowa Puławska. Ale ten „spacerek” zostawię sobie na kiedy indziej.

Tymczasem na Wschodzie…

Be inspired to experience some sights and sounds from Rhoda Bulter’s poem „Fladdabister”.

Whin da sun clims higher idda sky,
An da hidmist fans trow da ditches lie...

Słówko fans w dialekcie szetlandzkim oznacza snowdrifts, czyli zaspy śnieżne.

Zaspa – wzniesienie powstałe przez nawianie śniegu.

Poszukałam zatem zasp. Może nie są to klasyczne, „wysokogatunkowe” zaspy, ale też i nie jest to prawdziwa zima, i nie szukałam też daleko. Są to zwykłe zaspy osiedlowe, raczej napadane, niż nawiane, z porannego spaceru. Tam spaceru – do sklepu wyszłam.

Marzec

Koniec miesiąca i koniec kwartału, koniec realizacji mojego Jaśnie Planu. Cele na te trzy miesiące były trzy, udało się zrealizować jeden, za to najważniejszy i najtrudniejszy – ZMIANĘ PRACY. Nie było łatwo, było nerwowo, dużo komplikacji, czekania w niepewności, wątpliwości i obaw, ale dzisiaj złożyłam prośbę o rozwiązanie umowy i została ona przyjęta. Uwalniam się od miejsca i ludzi, które – zwłaszcza w ostatnich latach – doprowadzały mnie do poważnych problemów ze zdrowiem, głównie psychicznym. Nie pomagali specjaliści, rodzina, znajomi, Przyjaciel, zwolnienia, leki, spacery czy różne inne sposoby zagłuszenia tego nieustannego uczucia życia w potrzasku, życia, które mnie męczyło. Uznałam w końcu, że trzeba usunąć przyczynę tego stanu, a nie walczyć ze skutkami.

Oczywiście nie mam pewności, że nowa „terapia” będzie skuteczna. Ale jak nie spróbuję, to się nie dowiem. Nie jest to też zmiana radykalna, praca jest w zasadzie w tej samej instytucji, tylko szczebel wyżej, w „centrali”. Ludzi, z którymi będę pracować, dobrze znam, z niektórymi bardzo się lubię, robota też znajoma. Wyzwolę się jednak od tłumu ludzi, od których pracy jestem zależna i z którymi bezustannie muszę toczyć boje. Ale wyzwań trochę jest – głównie językowych, muszę podszlifować swój English.

Jeszcze tylko muszę zagryźć zęby i ogarnąć parę spraw w starej robocie, na urlopie oczywiście. Ale nic to! Alleluja i do przodu!

Kopa Cwila

Start bagging Shetland’s 19 Marilyns…

Dawno na blogu nie było „recepty od natury”. Wybrałam się więc dzisiaj zdobyć kolejną górę z Korony Warszawy (po Gnojnej Górze, Kopcu Czerniakowskim i Górce Moczydłowskiej). Dzisiaj była Kopa Cwila, jedna z dwóch „gór” ursynowskich, na Ursynowie Północnym. Według słownika słowo „kopa” oznacza „zaokrąglony wierzchołek górski” i wszystko się zgadza, wierzchołki ursynowskiej górki (bo jest ich kilka) są łagodnie zaokrąglone. Natomiast Cwil to nazwisko inspektora Stołecznej Dyrekcji Inwestycji Spółdzielczych, który wpadł na pomysł, by z ziemi pozostałej po budowie ursynowskiego osiedla usypać górę. W ten sposób skromny urzędnik przeszedł do historii (a w każdym razie do historii Warszawy). Jako że bloki Ursynowa zaczęto stawiać w latach 70., jest to też jedna z najmłodszych warszawskich gór. W skali geologicznej powstała pewnie jakiś ułamek nanosekundy temu. Oczywiście o geologii nie ma co tu mówić, bo góra jest tworem człowieka, nie natury (jak wszystkie zresztą warszawskie wzniesienia).

Są tu jednak twory geologiczne znacznie starsze i całkowicie naturalne. Osiedla Koński Jar i Nutki, na terenie których leży Park Romana Kozłowskiego (wraz z Kopą) usiane są dosłownie głazami narzutowymi większej i mniejszej wielkości, a wśród nich wyróżnia się…

Głaz Ursynowski.

Największy głaz narzutowy w Warszawie – o wysokości 262 cm i obwodzie 1110. Zbudowany z głębinowej skały magmowej, powstałej prawdopodobnie ok. 1600-1700 mln lat temu. Prawdopodobnie, bo – jak to w przypadku głazów przywleczonych przez lodowiec bywa – nie wiadomo skąd dokładnie na Mazowsze przypełzł, przypuszcza się, że ze Smalandii w południowej Szwecji, bo wykazuje podobieństwo do tamtejszego granitu Tranas. Rysy na powierzchni to pozostałości tego mozolnego „pełznięcia” z ziemi szwedzkiej do Polski.

Żeby Głazowi nie było smutno, położono koło niego jeszcze dwóch mniejszych kolegów…
…jednych z wielu. Tutaj inny pomnikowy kamyk.

Pieski ursynowskie nie mogą więc narzekać na brak kamieni do obsikiwania. Myślę wręcz, że od przybytku boli je czasem głowa.

Wracając jeszcze do działalności człowieka – jest tu parę interesujących tzw. „wytworów kultury” – w większości poświęconych jednak naturze.

Mural „Jaskółki” (połączony z miejscami do gniazdowania dla tych sympatycznych ptaków).
Mural „Rezerwat” w Końskim Jarze.
Rzeźba ptaszka.
„Jeździec na koniu” vel „Pegaz”.

Moim zdaniem raczej lama, niż koń (pomijając ogon), ale…

Muzykanci.

Skąd się tu wzięli i dlaczego, nie wiem. Może po prostu wpadli do Żabki.

Szum i Wrzawa, czyli Warszawa.

Dobra, pora wspiąć się na górę.

O żesz… Gdzie mój czekan?
Panorama ze szczytu (108 m n.p.m.). (Górale, nie śmiać się!)

Góra i większość parku są dosyć łyse, ale w jego północnej części, utworzonej na pozostałościach ogródków działkowych, jest parę zacisznych zakątków.

A tak poza tym to wszędzie widać już wiosnę… (Jaka szkoda, że zapowiadany jest powrót zimy).

Na żółto…

…i na niebiesko.

Al. Szucha

Czyli przedostatni odcinek okolic Marszałkowskiej – po stronie wschodniej. Aleja pojawiała się na blogu już dwukrotnie – przy okazji spacerów Traktem Królewskim, który na tym odcinku bardzo zbliża się do Marszałkowskiej oraz przy okazji marszu protestacyjnego przeciw ustawie antyaborcyjnej, mieści się tu bowiem Trybunał Konstytucyjny, kierowany przez Panią Magister. Będzie trochę politycznie, chociaż staram się od polityki stronić na blogu, ale nie da się tu od niej uciec.

Miejsce zbiórek narodowców, czyli pomnik Dmowskiego.

Są tu w okolicy jeszcze pomniki Daszyńskiego i Korfantego, ale wszystkie jednakowo nudne i podobne do siebie, więc pomijam.

Płot siedziby CBA. „Monitorujemy” – o, tak – skrzydlate konie śmigają, aż miło.
A propos koni – tego przedstawiciela nieparzystokopytnych napotkałam na kamienicy przy Litewskiej.
W kamienicy mieści się Teatr Syrena.

Tam, gdzie dziś jest scena teatru, znajdowała się kiedyś kryta ujeżdżalnia (stąd koń).

Tu z kolei parzystokopytny. Kamienica Panczakiewicza na Marszałkowskiej.
Dawny gmach Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Na portyku ładny orzeł w stylu art deco.

Jak podaje Wikipedia – „wybitny przykład prestiżowej architektury, bliskiej realizacjom z faszystowskich Włoch i Niemiec lat 30”. Hitlerowcy w czasie wojny musieli czuć się tu jak u siebie – umieścili tu siedzibę i katownie Gestapo. Dzisiaj czuje się tu jak u siebie Przemysław Czarnek, minister edukacji.

Podobny w stylu gmach MSZ-u.
Idę ścieżką rowerową, bo chodnik przed Trybunałem zabezpieczony jest barierkami. Ale aleja drzew piękna, nawet o tej porze roku.

Barierki stoją raczej na stałe, bo instytucja ta co i raz wypluwa z siebie akty prawne, które ściągają pod jej siedzibę jakichś protestujących.

Pseudowieża na jednej z kamienic.
Secesyjne dekoracje na kolejnej kamienicy, obok pałacyk Milicera.
Neogotycka kamienica przy Al. Szucha 9.
Bar Mleczny „Prasowy” przy Marszałkowskiej, działający od 1954 r. Zachował klimat PRL-u.
Ambasada Ukrainy w luksusowej, funkcjonalistycznej kamienicy z lat 30.

Przed ambasadą działa punkt informacyjny z garkuchnią oraz coś w rodzaju plenerowej wystawy.

W ramach performance’u można sobie „podeptać Putina”.
Wschodniego przywódcy nie oszczędzają też właściciele bistro na Marszałkowskiej…
…oraz tej restauracji na Andersa.

To co prawda zupełnie inny fragment stolicy, ale było mi po drodze do domu, więc cyknęłam.

Plac Zbawiciela i okolice

Plac został wytyczony jako jeden z placów gwiaździstych Osi Stanisławowskiej, a swoją nazwę wziął od stojącego przy nim kościoła Najświętszego Zbawiciela. Znany z płonącej tęczy i knajp obleganych przez warszawskich hipsterów. Zahaczyłam już o niego przy okazji jednego ze spacerów wzdłuż Traktu Królewskiego, więc dzisiaj tylko jego część zachodnia.

Kościół jest obecnie remontowany, więc od frontu nie prezentuje się najlepiej. Tu ujęcie od południowo-wschodniej strony, spod kina „Luna”.

Kino „Luna” przetrwało transformację ustrojową i dalej gra, jako kino studyjne. Można w nim obejrzeć europejskie i światowe filmy artystyczne.

XIX-wieczna Kamienica Domańskich w oczekiwaniu na nowego najemcę.
Jeszcze jeden przedwojenny budynek po zachodniej stronie Marszałkowskiej.

Poza nimi na tym odcinku Marszałkowskiej króluje socrealizm.

Kolejarz.
Nauczycielka z uczniem solidaryzuje się z Ukrainą.
Ukraińców i Ukrainki w Warszawie spotyka się dosłownie na każdym kroku. Na zdjęciu Zebra Tower przy Mokotowskiej.
Budynek zarządu związku zawodowego budowlańców na Mokotowskiej.

Przed wojną mieściła się tu Szkoła Inżynierska Wawelberga i Rotwanda. W czasie wojny budynek szkoły uległ zniszczeniu i odbudowany został w latach 40-tych w zmienionej formie. Wtedy też chyba pojawili się ci robotnicy – jeden jeszcze zgłębia teorię, drugi już z cegłą i kielnią w ręku gotowy do budowy socjalizmu.

Kamienica „Pod Niedźwiedziem”.

Jak podają biura nieruchomości, „jedna z najbardziej ekskluzywnych kamienic w centrum”. Zanim to nastąpiło, spadkobierca przedwojennego właściciela odsprzedał ją fundacji zajmującej się „ochroną obiektów historycznych”, która doprowadziła ją do ostatecznej ruiny, odcięła lokatorom prąd i gaz, a następnie kazała im się wynosić ze względu na zły stan techniczny budynku. Potem kamienicę sprzedała. (Za Warszawikią). Tak to się robi w Warszawie.

…ale odremontowano ją owszem, bardzo ładnie. Ma nawet lustro.
Naprzeciwko kamienicy mieści się teatr „Współczesny”.
Kamienice z lat 30. w zaułku ul. Jaworzyńskiej.

Jutro przerwa w wielkomiejskich spacerach, bo do Warszawy przyjeżdża prezydent zaprzyjaźnionego mocarstwa i będzie się po niej kręcił, powodując ogólne zamieszanie i podniecenie. Lepiej zostać w domu, zresztą pogoda ma się zepsuć.

Więcej kamienic

Czyli okolice Politechniki – Koszykowa, Lwowska, Noakowskiego, Śniadeckich. Kamienice tutejsze wchodzą na wyższy poziom – w sensie dosłownym, bo większość z nich to potężne, wysokie gmaszyska. Jedynym niższym budynkiem jest wciśnięta między nie kolejna z warszawskich hal targowych – Koszyki.

Zamek?

Architekt Artur Gurney, pochodzenia szkockiego, zaszalał projektując tę kamienicę na Lwowskiej. Jest to chyba moja ulubiona kamienica warszawska, nie da się obok niej przejść obojętnie.

Tutaj w całej okazałości.

Każda z tutejszych kamienic ma jakąś historię, kto ciekaw, może z łatwością znaleźć informacje o nich w sieci, ja ograniczę się do tego, co przykuło moją uwagę podczas spaceru (z wysoko zadartą głową). Nadmienię tylko, że jest to jeden z niewielu w Warszawie zachowanych dużych fragmentów przedwojennej mieszczańskiej zabudowy (choć i tutaj gdzieniegdzie powtykane są budynki powojenne).

Ciąg kamienicznych olbrzymów na Lwowskiej.
ul. Noakowskiego.
Jeszcze raz Lwowska.
Balkonik jak dla Julii. Tylko stanąć pod nim i śpiewać serenady.
To nie orzeł, tylko… gołąb.
Kamienica Kontkiewicza na Śniadeckich z „Topielicą z Sekwany”.

Swojej twarzy do maski pośmiertnej (na podstawie której wykonano ozdobę nad bramą) „użyczyła” nieznajoma paryżanka, wyłowiona w XIX w. z francuskiej rzeki na wysokości Luwru.

Moja słabostka, czyli zapomniane tory tramwajowe na Śniadeckich.
Secesyjne detale na Hali Koszyki.

Pod warszawską Syrenką architekt umieścił łeb wołu, co zapewne nawiązywać miało do targowej funkcji miejsca (w hali mieściło się kiedyś 60 jatek mięsnych).

Stare szyldy odrestaurowane podczas renowacji hali w latach 2000-ych.

Jeszcze jeden stary szyld i jeszcze jeden secesyjny detal.

Halę odnowiono porządnie, ale to, jak ją zagospodarowano, średnio mi się podoba. Z miejsca dla ludzi zrobiono miejsce dla snobów z grubym portfelem. Właściciele nieco chudszych mogą zjechać do podziemi i zaopatrzyć się w Eurosparze i Rossmannie.

Z pustym koszykiem wróciłam na pl. Konstytucji.

Kolejna socrealistyczna mozaika w podcieniach – chyba dożynki.

*

Byłam też dziś we Włochach (załatwić Sprawę) i w Parku Marka Kotańskiego zauważyłam to:

Na taki widok gęba sama się uśmiecha.

Zahaczyłam też o Ochotę…

Mascarpone z malinami.

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego Europejski Dzień Lodów Rzemieślniczych ustanowiony został przez Parlament Europejski (!) (nie macie się tam czym zajmować w tym parlamencie?) w takiej porze roku, kiedy zazwyczaj jest jeszcze zimno i gdzieniegdzie poleguje śnieg, więc normalny człowiek, a przynajmniej normalny wschodnioeuropejczyk myśli raczej o gorącej czekoladzie, a nie o lodach. Może tam u was, w Strasburgu, jest już wiosna, ale u nas, na Wschodzie? No i w końcu doczekałam się takiego początku wiosny, że bez obciachu mogłam sobie kupić loda (rzemieślniczego) w wafelku i zjeść na ulicy. A przedtem sfotografować go niczym jakaś instagramerka. Był przepyszny. A i świętować (oprócz Dnia Lodów) było co (Sprawa…). Ale czapki i szalika jeszcze nie chowam.

Marszałkowska, część zachodnia – part II

Między Hożą a Koszykową. Zabudowa podobna jak w części północnej – od Marszałkowskiej socrealizm, w głębi mieszanina różnych stylów. Poniżej kilka z nich:

Funkcjonalistyczna kamienica na Wilczej z 1938 r.

Luksusowy budynek przetrwał wojnę, zachowały się na nim ślady po kulach. Wykończony został szlachetnymi materiałami – piaskowcem na elewacji, marmurami na klatce schodowej, wapieniem w bramie, chromoniklowanymi ramami drzwi w hallu.

Kamienica Jana Mejera na Wilczej z końca XIX w.
ul. Wilcza 73 – eklektyzm/art deco.

W budynku mieści się 5-gwiazdkowy hotel, wnętrza umeblowane są autentycznymi meblami w stylu art deco oraz udekorowane witrażami wykonanymi przez witrażystów Andrzeja i Jerzego Owsiaków (tak, tego Owsiaka).

Napotkałam też dwa takie maleństwa:

Oficynka przy kamienicy Rotha na Wilczej 58.
Oficyna neobarokowej willi Okoniewskiego na ul. E. Plater (obecnie ambasada Maroka), z Matką Boską w niszy.
Tu inna Matka Boska – w podwórzowej kapliczce.
Neorenesansowa willa Struvego na Pięknej.

Dobrze ukryta na tyłach socrealistycznych kamienic na rogu Marszałkowskiej i Koszykowej. Na skutek wojny siatka ulic uległa tu małemu pomieszaniu – Koszykowa kończy się u jednego końca pl. Konstytucji i pojawia znienacka na jego przeciwległym krańcu z zupełnie innej strony. Ulica Piękna grzęźnie zaś w zaułku za Marszałkowską, by następnie pojawić się dalej – tam, gdzie spodziewalibyśmy się Koszykowej. Ot, takie warszawskie uliczne łamigłówki.

Hala Koszyki.

Czyli secesja pełną gębą. Jeszcze tu zajrzę, bo nie leżała na mojej dzisiejszej trasie, ale spodobał mi się ten kadr.

ul. Poznańska 15.

Najpierw secesja, potem trochę neoklasycyzm, trochę art deco i trochę socrealizm, ale… przedwojenny. Na zdjęciu portal drzwi balkonowych z herbem ZSRR (mieściła się tu przed wojną radziecka ambasada). Obecnie hotel.

A skoro o socrealizmie mowa, to wróciwszy na Marszałkowską…

Socrealistyczna syrenka na MDM-ie (specjalnie dla Tropicieli ;-)).
Zegar z kurantem na jednej z kamienic.
ul. Marszałkowska 53.

Z tego budynku z lat 50. mam dobre (w sensie smakowite) wspomnienia, bo w jego wnętrzu mieściła się kawiarnia, gdzie na antresoli, z widokiem na fantazyjne żyrandole, jadało się melbę. Kawiarni już nie ma, ale żyrandole zostały :).

Przed deserem warto jednak zjeść jakiś obiad – tani, a pożywny, na przykład tutaj:

Marszałkowski Bar Mleczny.

W lokalu nieprzerwanie od 1952 r. działał bar „Złota Kurka”. Niestety, kurka nie przeżyła Covid-u, ale niedawno zabytkowy przybytek przejął nowy najemca.

Marszałkowska – część zachodnia

Ale tylko do Hożej. Niedzielny spacer po wschodniej części dał mi się we znaki.

Odcinek Marszałkowskiej między Alejami Jerozolimskimi, Hożą i Chałubińskiego jest również bardzo wielkomiejski, ale widać i tu, że wojna zrobiła swoje. Stare kamienice wymieszane są z nowszymi, a gdzieniegdzie zieją dziury, zapełnione skwerami lub parkingami. Przy samej Marszałkowskiej nie ma właściwie niczego ciekawego, powiedziałabym, że jest wręcz nudno, interesujące miejsca można napotkać zapuszczając się w Nowogrodzką, Wspólną i Hożą. Zaczęłam spacer od południowego odcinka Alej Jerozolimskich, gdzie zachował się ciąg przedwojennych kamienic (duża część Alej została podczas wojny całkowicie zburzona).

Daszek nad oknem hotelu „Polonia”.

Secesyjny hotel jest drugim – po „Bristolu” – najstarszym hotelem w Warszawie (zainaugurował działalność w 1913 r.).

Tuż obok – również secesyjna kamienica Rackmana.
Neobarokowa kamienica Hoserów.

Na parterze kamienicy działa najstarszy w Europie działający in situ, czyli na miejscu, fotoplastykon.

Za opasłymi, żeby nie powiedzieć wypasionymi, kamienicami, przywołującymi na myśl la belle epoque, następuje radykalna zmiana klimatu, czyli na scenę wkraczają Amerykanie:

Hotel „Marriott”.

Za kilka dni będzie to najlepiej strzeżony hotel na świecie, bo zapewne zanocuje tam president of the United States. Ciekawe, czy odwiedzi Ukraińców koczujących na Dworcu Centralnym naprzeciwko.

Intraco II vel Oxford Tower, czyli jeszcze trochę „Hameryki” z lat 70.
Modernistyczny gmach Urzędu Telekomunikacyjnego i Telegraficznego z lat 30.
Pamięta ktoś jeszcze, co to takiego telegraf, radiotelegraf i telefon międzymiastowy? (Piękny orzeł).

Moja mama pamięta, telefon międzymiastowy (i międzynarodowy) nawet bardzo dobrze, bo jako młoda dziewczyna pracowała jako telefonistka na centrali. Geografię ma do dzisiaj nieźle opanowaną. Całymi dniami przełączała te kabelki i wtykała wtyczki… Nie zraziło jej to do telefonów – może gadać godzinami… 🙂

O gmachu Ufficio Primo pisałam w ubiegłym roku we wpisie o rzeczce Żurawce. Na tym zdjęciu widać to, czego nie udało mi się wtedy uchwycić, czyli kopułę w dachu z charakterystycznymi bąblami.

Budynek Komuny Warszawa.
Ul. Hoża 51 – budynki dawnej fabryki serków topionych.

Ta fotka pokazuje najlepiej, jak ciężko się tu chodzi i jak trudno zrobić tu dobre zdjęcie.

Ul. Hoża 41.
Ul. Poznańska 37.
ul. Emilii Plater 25.

Na parterach tych pięknie odrestaurowanych kamienic można jeszcze czasem spotkać małe prywatne zakładziki usług wszelakich (ich jeszcze nie eksmitowano).

Pracownia szczotek i pędzli.

U przemiłego pana szczotkarza można się zaopatrzyć we wszystko, co zamiata, czyści, szoruje, czesze, szczotkuje… Albo namydla – ja kupiłam tu kilka lat temu pędzel do golenia dla brata na Gwiazdkę. Pracownia pana Barylińskiego działa od 1952 r. i pisały o nim nawet gazety – i nic dziwnego, bo ilu mamy w Warszawie szczotkarzy?

Wiosna w gaciach

No, właściwie to w Gaci. Z okazji Dnia Wagarowicza i Światowego Dnia Lasu zrobiłam sobie dzisiaj wagary i ruszyłam do Parku Leśnego Bemowo na bielańskim Radiowie. Radiowo zaś leży na terenach dawnej wsi „ulicówki” o nazwie Gać. Gać od gacenia, czyli okładania ścian domu mchem, słomą i liśćmi. Ja zaś się dziś odgaciłam, czyli po raz pierwszy wyszłam z domu w wiosennej kurtce, adidasach, bez szalika, a na głowę zamiast czapki założyłam okulary przeciwsłoneczne. Przedtem jeszcze zrobiłam pranie i pierwsze suszenie na balkonie. I ruszyłam na poszukiwanie wiosny.

ul. Księżycowa.

Wiosny jednak jak na lekarstwo (pomijając oczywiście piękną, wiosenną pogodę).

Więc jej sobie trochę nabyłam drogą kupna:

A ponieważ oprócz Dnia Wagarowicza i Dnia Lasu mamy dzisiaj także Dzień Poezji i Dzień Wierzby, więc na koniec dwa w jednym – fragment wiersza „Wierzba” Marii Czerkawskiej:

[wiersz taki sobie, ale lepszego o wierzbie nie znalazłam ;-)]

Jakimż ją władczym słowem wyrwano z niebytu,
Jakaż ją przywabiła wszechmocna tęsknota,
Że wyrosła nad krzywym, wyszczerbionym płotem,
Nad rowem pełnym rzęsy, stęchlizny i błota?

Lipkowska Woda – płynie (okresowo) do Kampinosu.

Żadna wierzba nad nią co prawda nie wyrosła, ale łatwo można sobie to wyobrazić.