Chmury

Clouds are often described as wispy (cirrus), heaped (cumulus) and layered (stratus). What clouds are in the sky today?

Cicha eksplozja.
Ciemne chmury zbierają się nad Bankiem Polskim.

Moim zdaniem cumulusy, czyli chmury kłębiaste. Złożone z kropel wody, powstające na wysokości 600-2500 m.

Zdjęcia zrobione na Starych Bielanach, w okolicach osiedla Bielany IV. Osiedle niezbyt ciekawe, więc skierowałam wzrok ku górze.

Ogród Botaniczny PAN

Be inspired to experience some sights and sounds from Rhoda Bulter’s poem „Fladdabister”.

„Hit’s dan you can fin da mayflooers’ smell laet efternun”.

Ponieważ pani Rhoda Bulter pisze dialektem szetlandzkim, nawet dla samych Brytyjczyków trzeba tłumaczyć niektóre słówka z jej wierszy – np. mayflooer to po angielsku primrose (czyli po polsku pierwiosnek). Sprawdziłam, w polskich gwarach pierwiosnki też mają wiele określeń, np. „kluczyki” (lub też „kluczyki św. Piotra”, „kluczyki niebieskie”, „klucze Matki Boskiej”). Istnieją też nazwy mniej dostojne, jak „kurze łapki”, „kurze pazurki”, „kurza stopa”, „kacze nóżki” lub „kaczynóżki”, jak również „rękawice”, „kukawcze rękawice” lub „Panajezuskowe paluszki”. Jak zwał, tak zwał, zakwitły dopiero w kwietniu, a nie w marcu, kiedy to miałam się poezją pani Bulter inspirować.

Żeby zobaczyć kwitnące pierwiosnki, pofatygowałam się do Ogrodu Botanicznego PAN na Skarpie Powsińskiej na Ursynowie. Właściwie to chodziło mi o inne kwiatki, ale te też jeszcze nie zakwitły (pewnie zrobią to w maju). Kwitnących roślin jednak nie brakowało (w końcu mamy kwiecień). Podobnie zresztą jak zwiedzających – do wejścia stała długa kolejka. Teren ogrodu jest jednak na tyle duży, że udało mi się znaleźć trochę spokojnych miejsc.

Sasanka zwyczajna.
Zawilec żółty.
Przylaszczka pospolita.
Knieć błotna (kaczeniec).
Sosna gęstokwiatowa.

W poszukiwaniu spokoju udałam się do części japońskiej ogrodu.

Różanecznik dahurski.
Magnolia gwiaździsta.

To one, pradawne rośliny okrytonasienne, przyciągnęły dzisiaj te rzesze ludzi.

A także one – wiśnie. Całe rodziny tłoczyły się pod nimi, niczym Japończycy podczas święta Hanami, by zrobić sobie zdjęcie.

Amonit – jeszcze jedno echo czasów bardzo dawnych.
To dla nich, roślin górskich, tu przyjechałam.

Jednak tego, czego szukałam, nie znalazłam.

Skalnica gronkowa.

A właściwie znalazłam, ale jeszcze nie kwitnie.

Dziki Żoliborz

Zachęcona ubiegłotygodniowym spacerem postanowiłam wyciągnąć przyjaciela na dłuższą wycieczkę nad Wisłę. Początkowo mieliśmy zamiar przemaszerować praskim, bardziej – w naszym mniemaniu – dzikim brzegiem, ale po przybyciu na miejsce, w okolice Mostu Gdańskiego, szybko przekonaliśmy się, że dziko to tu może było, ale -naście lub -dziesiąt lat temu. Wróciliśmy więc na lewy brzeg i ruszyliśmy w trasę ścieżką rekreacyjną na żoliborskim odcinku Wisły od plaży Żoliborz do mostu Grota-Roweckiego. Tu było znacznie ciekawiej.

Kaczor, który towarzyszył nam na pierwszym przystanku na trasie.
Dzięcioł-stachanowiec? 🙂
Wydrza stołówka?
Rysunki nadrzewne kornika.
Psia mogiła?
W krajobrazie dominują ślady działalności żoliborskich bobrów.
A tu przyjaciel wszedł mi w kadr i niespodziewanie został brazylijską tancerką samby :).
Pod Mostem Grota-Roweckiego też jest ciekawie.
Na trzecim planie Elektrociepłownia Żerań.

Wiosna to chyba najlepsza pora do odwiedzenia tego miejsca. Jest już zielono, przyroda obudziła się do życia, ale nie zdążyła jeszcze zamienić okolicy w nieprzebytą dżunglę, zarośniętą krzaczorami, trawami, nawłocią, pokrzywami i innym roślinnym plebsem (co też ma swój urok, ale mocno ogranicza widoczność i wielu rzeczy można po prostu nie zauważyć lub trudniej do nich dotrzeć). Nie obudziły się też jeszcze komary. Na dodatek wszystko kwitnie. Ptaki śpiewają. Słońce grzeje, ale nie pali. Żyć, nie umierać.

Ogród Krasińskich

Okolice zabytkowego, założonego w XVII w. Ogrodu Krasińskich odwiedzam co tydzień od trzech lat, ale – jak to często bywa w przypadku miejsc często odwiedzanych – rzadko do niego zaglądam. Dzisiaj postanowiłam to nadrobić.

Pałac Krasińskich (własność Biblioteki Narodowej).
Koń „wyskakujący” z płaskorzeźby.
Kaskada, niestety nieczynna.
Barokowa brama główna.
Pomnik Bitwy pod Monte Cassino przed Ogrodem.
Tory donikąd na ul. Stare Nalewki.

Zachowane pozostałości ul. Nalewki, przed wojną jednej z najważniejszych ulic Muranowa. W czasie wojny znajdowała się przy niej jedna z głównych bram warszawskiego getta, tu też miały miejsce pierwsze walki w czasie powstania w getcie. Obecnie istnieje tylko niewielki fragment oryginalnej ulicy.

Arsenał (obecnie Muzeum Archeologiczne).

Tu z kolei, miesiąc przed wybuchem powstania w getcie, w marcu 1943, miała miejsce Akcja pod Arsenałem.

Dawno na Spacerniaku nie było muralu.
I jeszcze trochę błękitnego nieba na Błękitnym Wieżowcu.

Coastal route

Take the coastal route to the Broch of Burraland – watch for the „wheel” of a neesik (harbour porpoise) in Mousa Sound.

Take a wader minute – step outside and hear the call of a whaap (curlew), lapwing or redshank.

Touch the sea.

Pogoda w tym tygodniu nie sprzyjała spacerom, ale dzisiaj postanowiłam wyjść trochę z domu, bo zaczęłam w nim poważnie świrować. Nie służy mi to samotne siedzenie w czterech ścianach, po prostu. Pomimo pochmurnego nieba i mżawki zrobiłam więc sobie dzisiaj „coastal route” do pobliskiego fortu i bardzo mi to pomogło. (Bardziej niż trening relaksacyjny Jacobsona). Zresztą podczas spaceru trochę się rozpogodziło.

Najbliższym i najlepiej zachowanym fortem warszawskim, do którego mogę dotrzeć via „coastal route” jest Fort Legionów w Parku Traugutta, tam zatem się udałam. Jednak Droga była ciekawsza od Celu.

Jak się okazuje, nie trzeba jechać pod Warszawę, żeby spotkać świeże ślady bobrzej roboty. Bobry urzędują w najlepsze na Żoliborzu, w okolicach ścieżki rekreacyjnej nad Wisłą, kilkadziesiąt metrów od Bulwaru Zbigniewa Religi.

Oczywiście nie mam teraz możliwości dotknięcia morza, ale myślę, że dotknięcie sporej europejskiej rzeki też się liczy.

Nie spotkałam też oczywiście morświnów ani żadnych wymienionych we wstępie ptaków (kulików, czajek i krwawodziobów), ale uważne patrzenie wynagrodziło mnie parą nurogęsi. Z początku myślałam, że to zwykłe krzyżówki (pływały dość daleko od brzegu), ale zwróciłam na nie uwagę, gdy zanurkowały. Krzyżówki nurkują płytko, wystawiając ponad wodę swój kaczy kuper, te natomiast kaczki zniknęły pod wodą całkowicie i to na dobrych kilkanaście sekund, a wypłynęły ładnych parę metrów dalej. Oho! – pomyślałam i przyszykowałam telefon. Zrobiłam fotki i w domu w necie rozpoznałam je jako nurogęsi. Dość rzadkie w tej części Polski, a nurkują nawet do czterech metrów głębokości i mogą być pod wodą około minuty. Żywią się głównie rybami, co jest dość nietypowe u kaczek, a żerują przy pomocy wzroku, co oznacza – po pierwsze, że w Wiśle warszawskiej jest dużo ryb i – po drugie – woda w rzece jest czysta. (Co zresztą wcześniej stwierdziłam sama organoleptycznie).

A najlepsze było to, że spotkałam je przy bulwarach, po których spacerowało sporo ludzi i oprócz mnie chyba nikt nie zwrócił na nie uwagi.

Po dawce przeżyć przyrodniczych dotarłam w końcu do Parku Traugutta, w którym umiejscowiony jest Fort Legionów.

Od frontu właściciele fortu zrobili parking, więc nie publikuję zdjęcia, bo można na nim podziwiać głównie dostawczaki państwa Kręglickich.

Zdrój Królewski (Zdrój Stanisława Augusta) ze studnią w Parku im. R. Traugutta.
Rzeźba „Macierzyństwo” Wacława Szymanowskiego z 1903 r.
I na koniec kwiatki pod murkiem.

Bobrza robota

Look for tracks and signs of animals.

Wsiedliśmy na rowery, zapuściliśmy się w niespenetrowane jeszcze przez nas rejony i niespodziewanie zostaliśmy tropicielami zwierząt. Niestety tylko co do niektórych śladów jesteśmy pewni ich pochodzenia.

Ale za to JAKIE to ślady…

Widywałam już ślady działalności bobrów, ale nigdy tak ambitnej.

Tego drzewa nie udało im się powalić.
Ale to już tak. Przyjaciel w charakterze punktu odniesienia.
Zejście do wodopoju.
Tropy dzików (i chyba bażanta).
Jajo. Ja obstawiam, że bażancie.
Jeszcze jeden ślad.
I jeszcze.
A to największa zagadka. Jaki zwierz mógł tak okorować to drzewo?

Ksawerów

Zaniosło mnie dzisiaj, po wczorajszym niespodziewanym telefonie, do Telewizji Polskiej. Nie dzwonił wprawdzie Jacek Kurski, i nie do samej Telewizji byłam zaproszona, tylko na jej parking, ale była okazja odwiedzić stare śmieci, bo mieszkałam przez osiem lat na pobliskim Wierzbnie i okolicę znam dość dobrze. Spacer nie bardzo się jednak udał, bo pogoda była kwietniowa, czyli zaczynałam go w słońcu, a kończyłam w śnieżycy.

Budynek główny TVP na Woronicza.

Studentów dziennikarstwa i architektury powinno się tu przyprowadzać, żeby pokazać, jak nie wolno uprawiać tych dwóch zawodów. Przed budynkiem, podobnie jak przed budynkami rządowymi – barierki (ustawione na stałe). Poprzedniej ekipie daleko było do obiektywizmu, ale nie przypominam sobie, żeby musiała się w ten sposób zabezpieczać przed widzami.

ul. Domaniewska.

Przedsionek służewieckiego Mordoru. Pomyśleć, że wszystkie te błyszczące biurowce stoją teraz puste, podobnie jak kilkanaście-kilkadziesiąt lat temu tutejsze zakłady przemysłowe…

Studio Koncertowe Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego.
Ktoś pracuje, by słuchać mógł ktoś.

Front budynku zaprojektowanego przez prof. Bieńkuńskiego przypomina głośnik starego radia. Budynek mieści w sobie jedną z najlepszych akustycznie sal koncertowych w Polsce (2 sekundy naturalnego pogłosu) oraz najlepsze studio nagraniowe w tej części Europy (wg strony studianagran.com). Specjalizuje się w muzyce poważnej, ale grali tu też jazzmani i wykonawcy muzyki pop.

Hey Bud

Find a bud on a tree… feel the texture.

Ten pąk znalazłam na drzewku owocowym w ogrodzie mojego brata. Chyba grusza. W dotyku gładki, twardawy, chłodny i lekko wilgotny. Na jesieni będzie z niego smaczna Klapsa (albo Konferencja).

Tegoroczne święta przemknęły mi niczym wielkanocny zając w polu – gdzieś w oddali mignął mi tylko jego białawy omyk. Nawet jajek nie pomalowałam, bo zapomniałam w porę kupić farbek. Pogoda dopisała średnio, na wielkanocny rodzinny spacer wyszliśmy tylko do ogrodu, poznałam nowego (być może) członka rodziny, rzeźbiarkę, a Lany Poniedziałek właściwie… przespałam. I ot, po świętach.

(Ale i tak były lepsze niż ubiegłoroczne, spędzone w domu sam na sam ze sobą).