Dworzec Gdański

Kolejny zaległy wpis, z 1 listopada (poprzedni spacer był z 30 października). Postanowiłam wesprzeć handlarzy kwiatów i zniczy i w ramach akcji „Kup Pani chryzantemę” udałam się pod Arkadię, gdzie zorganizowano jeden z punktów sprzedaży świątecznych gadżetów. Jako że była niedziela i Arkadia była zamknięta, ludzi było niewiele (handlarzy też). Z wyborem kwiatów też miałam problem, bo chryzantem ciętych (do wazonu) nie było w ogóle, a chryzantemy w doniczkach w większości były większe od mojego balkonu. Udało mi się jednak znaleźć dwie mniejszych rozmiarów, które miały szansę się na nim zmieścić i – zadowolona z dobrego uczynku – pomaszerowałam w stronę Dworca Gdańskiego.

Miłość i nienawiść.

Tak wita Żoliborz. Serduszka są na tym znaku od lat, napis pojawił się parę dni temu.

Dworzec Gdański powstał w XIX w. (jako Dworzec Nadwiślański, a potem Kowelski), w czasie II wojny światowej najpierw z terenu stacji towarowej wywożono Żydów na wschód, do obozów zagłady, potem w czasie Powstania Warszawskiego toczyły się tu ciężkie walki, po wojnie, w latach 50., powstał tu pierwszy – jak na owe czasy bardzo nowoczesny – stały budynek dworcowy w Warszawie, a potem, w 1968 r., znów wyjeżdżali stąd Żydzi, tyle że na Zachód (co upamiętnia tablica z powyższego zdjęcia). (Info za Wikipedią). Dzisiaj jest to dworzec aglomeracyjny, perony są odnowione i nowoczesne, ale sam budynek – mocno zapyziały. Pod pobliskim wiaduktem można za to znaleźć podobizny tych, którzy „więcej tu zostawili po sobie niż mieli”.

Marian Eile.

W ostatnim, jesiennym „Przekroju” można m.in. przeczytać o tym, jakie biologiczne różnice występują między mózgami osób dojrzałych i niedojrzałych, i przy okazji zwrócić uwagę na coś ważnego w kontekście ostatnich protestów bardzo młodych w większości ludzi. Nadmieńmy na wstępie, że mózg ludzki dojrzewa do mniej więcej 25. roku życia.

„- Czyli nastolatki się nie buntują, tylko ich mózgi nie potrafią „słuchać starszych”?

I płyną z tego ogromne korzyści. To, co nazywamy konfliktem pokoleń, bywa dla nas problemem, ale z drugiej strony stanowi o sile naszego gatunku. Gdyby dzieci były tak grzeczne, jak chcemy, nie posunęlibyśmy się w rozwoju. Korzystalibyśmy wyłącznie z tego, co sami potrafimy, co potrafili i wymyślili nasi rodzice, ich rodzice, tamtych rodzice – i tak właściwie do początku historii gatunku. Bylibyśmy więc teraz być może na tym samym etapie co nasi najbliżsi krewni, czyli szympansy.

Co nas wyciągnęło z tego przyjaznego stada?

W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że niedojrzałość rozwojowa naszego mózgu. Czyli to, co nam dziś przeszkadza u nastolatków. Szympansy stosują strategie życiowe bardzo podobne do ludzkich. Wytwarzają też kulturę, jeżeli za kulturę uznamy możliwość przekazywania informacji skutecznej przystosowawczo przez naśladownictwo, a nie geny. Szympansy, podobnie jak ludzie, uczą się więc z pokolenia na pokolenie wielu rzeczy […]. Jest tylko jedna, za to zasadnicza różnica między tym, jak uczą się kolejne szympansie pokolenia, a jak to robią ludzie. Otóż szympansy w prosty sposób naśladują obserwowane u starszych osobników działania i ich efekty, ale przeważnie nie zmieniają metod postępowania przez pokolenia. Młode ludzkie osobniki przeciwnie – szukają nowych rozwiązań, nawet jeśli dorośli pokażą im swoje wypróbowane metody.”

Wywiad Aleksandry Pezdy z Markiem Kaczmarczykiem, doktorem nauk biologicznych, profesorem Uniwersytetu Śląskiego – „Jak dojrzewa mózg”.

Można z niego w skrócie wyciągnąć wniosek – idzie nowe…

Plac Wilsona.
Zygmunt Bauman, ukochany przez polską prawicę.

Zygmunt Bauman o kłamstwie i zaufaniu w polityce:

„Widmo kłamstwa unosi się nad każdą informacją przekazywaną online lub offline; nad każdą rekomendacją wisi groźba oszustwa. Z wolna, ale konsekwentnie godzimy się z tym stanem rzeczy i przyzwyczajamy do braku szczerości i wszechobecności kłamstwa. Kłamstw i oszustw nie odczuwamy już jako oburzającego skandalu. Kłamców i oszustów nie skazuje się dziś przy powszechnej aprobacie na banicję i nie zakazuje im się udziału w życiu publicznym wyłącznie za to, że nadużyli naszego zaufania. „Ekonomiczne podejście do prawdy” i „selektywne podawanie faktów”, podkręcanie i „naciąganie” informacji albo produkowanie fałszywych sprawozdań stało się chlebem powszednim obecnej polityki. Tylko nieliczne brwi – jeśli jakiekolwiek – uniosą się dziś w zdumieniu na wieść o tym, że kolejny „mąż stanu” został przyłapany na kłamstwie. Możemy wyśmiewać i wykpiwać spin doctorów, „speców od przekrętów”, ale polityka bez ich udziału stała się dla nas równie niewyobrażalna, jak cyrk bez klaunów dla wcześniejszych pokoleń. […] Oto, jak wygląda obecna sytuacja: apele polityków i prośby o większe zaufanie wydają się równie podejrzane i podstępne, co śpiew syren. Dlaczego mielibyśmy ufać syrenom? Czy nie rozsądniej – a w ostatecznym rachunku także uczciwiej – byłoby pójść za przykładem Odyseusza (robi to zresztą coraz więcej ludzi, którzy wolą zatykać uszy, żeby nie słyszeć głosów dochodzących z góry)? A może jeszcze lepiej podjąć poważną próbę przekształcenia przestrzeni publicznej w taki sposób, aby pozostawała poza zasięgiem syreniego śpiewu? Przyznaję: łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Wierzę jednak, że warto próbować. Nawet t r z e b a zacząć próbować. I to jak najszybciej. Choćby po to, żebyśmy odzyskali ufność w możliwość istnienia prawdy…”

Zygmunt Bauman, „To nie jest dziennik”, Wydawnictwo Literackie, 2012

Stare Bielany raz jeszcze

Stare Bielany – im dalej na północ, tym są ładniejsze (chociaż coraz trudniej mi do nich dodreptać). Drepczę jednak, i to nie bez widocznych rezultatów (4 kilo mniej w październiku). Dobra nasza.

Fragment Bielan między ul. Kasprowicza, Marymoncką i Podczaszyńskiego pocięty jest wąskimi, krótkimi uliczkami z zabudową głównie willową, w większości przedwojenną. Przypomina Stary Żoliborz. Niestety tu także ciężko się przecisnąć między samochodami (choć prawie każda willa ma garaż). Stąd zdjęcia takie, a nie inne. Króluje dzikie wino.

Ślady po kulach?
Syrenka na budynku L.O. im. Lotnictwa Polskiego.

Stare Bielany

Trochę impresji z przedwczorajszego spaceru.

Widziałam już reklamy maseczek pewnej firmy z tym znakiem z kolorowych kryształków, cena 30 zł… Z niecierpliwością czekam, kiedy Swarovski wypuści swoje, z napisem WYPIERDALAĆ (cena 300 zł).

A tak na poważnie – zbijanie kasy na tym proteście i jego symbolu świadczy o całkowitej degrengoladzie tego systemu.

Zakazane warzywo.

Dzisiaj Halloween, a także Noc Dziadów… Performersi wystawiają Dziady Mickiewicza na Mickiewicza… Radiowozy wyją… Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?

Kopiec Czerniakowski

Czyli po mojemu „zwałka”. Miejsce, w które po wojnie wywożono warszawskie gruzy z czasem zarosło i stało się najlepszym miejscem zabaw osiedlowych dzieciaków. Do zakazanej dziczy można się było dostać m.in. bezpośrednio ze szkolnego boiska, przez dziurę w siatce. Czego się tam nie wyprawiało – jeździło się na sankach (jeden chłopak się niestety zabił, bo zjeżdżało się prosto na mur garaży), przesiadywało w krzaczorach (o ile nie były zajęte przez pijaczków), chodziło z psem, robiło „sekrety”, wypalało trawy… Raz przy tej okazji moja przyjaciółka spaliła sobie zimowe sztuczne futerko (bardzo ładne, niebieskie) – wróciła do domu z wielką czarną dziurą na plecach. Inna moja koleżanka utknęła w grząskim błocie, i to tak skutecznie, że musiałam wołać na pomoc spacerującego nieopodal (na szczęście, bo już się robiło ciemno) pana z psem, który zdołał ją jakoś wyciągnąć. Można tam było spotkać bażanta, a wydaje mi się, że widziałam także zająca. Natomiast na pewno nie wydaje mi się, że widziałam tam ekshibicjonistę, i to niejeden raz. Miałyśmy z nim (z nimi?) kilka razy z kumpelą bliskie spotkanie trzeciego stopnia, raz nawet złapał mnie za nogę i próbował ściągnąć rajstopy. Wyrwałam się i zwiałyśmy, z wypiekami na twarzach opowiadając potem koleżankom naszą przygodę. (Rodzicom oczywiście nic nie powiedziałyśmy). „Zboczeńcy” (bo tak się ich wtedy nazywało) grasowali zresztą nie tylko na zwałce, ale i na klatkach schodowych na osiedlu. Najsłynniejszy miał nawet swoją ksywkę – „Ptyś”. Na marginesie – gołego faceta biegającego po parku spotkaliśmy też na szkolnej wycieczce do Łazienek (i była to najbardziej ekscytująca część tej wycieczki).

To tyle wspomnień. Dzisiaj „zwałka” jest już bardziej ucywilizowana, nosi szacowne miano Kopca Powstania Warszawskiego, na którym można spotkać Prezydenta Warszawy składającego wieńce pod pomnikiem, mieści się na niej park oraz Aleja Godziny „W”. Dużą część terenu zabudowano. Ale staruszka nie straciła całkowicie swojego dzikiego charakteru, co stwierdziłam, odwiedzając ją tydzień temu, 24 października.

Wejście na szczyt.

Kiedyś nie było tu schodów ani latarni, był za to świetny tor saneczkowy (dziki oczywiście).

Już prawie…
Oto i on – pomnik.

Za pomnikiem mieści się palenisko, na którym 1 sierpnia rozpalany jest przez harcerzy ogień.

Widok ze szczytu jest rozległy, ale niezbyt ciekawy. Jeszcze niedawno można było z niego podziwiać panoramę centrum z wieżowcami, ale dzisiaj zasłaniają ją drzewa.

Dużo ciekawiej jest na bocznym zejściu ze szczytu.

Pozostałości powojennych gruzów.

U podnóża Kopca stoi zapomniany kamień z pierwotnie nadaną oficjalną nazwą tego miejsca. Konstytucja jednak przegrała z Powstaniem.

Stara siekierkowska chałupa.

Siekierki przez długi czas były właściwie wsią, jeszcze za moich czasów gdakały tu kury, piały koguty. Dzisiaj rosną nowoczesne osiedla.

***

Piszę ten wspis spoglądając w telewizor na gigantyczną demonstrację w centrum Warszawy. Właśnie ruszyli na północ. Czyżby wybierali się tu, na Żoliborz?

Stare Bielany witają (zdjęcie z wczoraj, 29.10).

Łazienki Królewskie – ogród naturalistyczny

„Może październik będzie lepszy…” – pisałam niemal miesiąc temu. Chciałabyś, Typical – ale w Polsce niestety żyjesz. Jedyne, choć moralnie wątpliwe, pocieszenie, to że inni mają gorzej. U nas jeszcze głów nikomu nikt nie ucina, ani na ulicach, ani w kościołach. Mówienie o „dziczy” w odniesieniu do paru napisów i „wtargnięć” do kościołów z kartonowym transparentem wydaje się być w obliczu tego, co dzieje się we Francji, ciut nieuprawnione… Tak czy owak, pisanie o spacerkach wydawało mi się trochę nie na miejscu w czasie, gdy ludzie „spacerują” w znacznie ważniejszym celu, niż poprawa nastroju, kondycji czy poznawanie różnych zakątków swojego miasta. Chętnie bym zresztą pospacerowała z nimi, ale nie mogę się pakować w wielotysięczne tłumy ze względu na mamę. Spędzałam więc ostatnie dni na oglądaniu tychże w wiadomościach. Ale nie tylko. Spacerki też były.

Doszłam do wniosku, że należy mi się jednak chwila wytchnienia od tego szaleństwa, zwłaszcza że nie wiadomo, jak się sprawy dalej potoczą. Dlatego dzisiaj pierwszy z zaległych spacerów, z 23 października. Ogród naturalistyczny w Łazienkach Królewskich – jeden z dziewięciu tutejszych ogrodów.

Jedno z wejść do ogrodu.

Jest to jeden z najskromniejszych i najmniej uczęszczanych zakątków Łazienek. Zgodnie z założeniem króluje tu bowiem natura, i to raczej bez zbędnych upiększeń. Nic nie zakłóca panującego tu spokoju. Jeśli ktoś chce go w Łazienkach doświadczyć, to powinien się skierować właśnie tutaj – nigdy nie ma tu zbyt wielu ludzi.

Przy Łazienkach nawet kapliczka jest prawdziwie „królewska”.

***

Budynki szkół sióstr nazaretanek przy kościele św. Stefana w szacie jesiennej.

I jeszcze na koniec trochę aktualności – zdjęcie z dzisiaj, ze Starych Bielan.

Ogród Saski

Kontynuując moje królewskie spacery – dzisiaj Ogród Saski, najstarszy polski park publiczny. Kolejny z parków mojego dzieciństwa, który często odwiedzałam z dziadkiem i w którym się kiedyś zgubiłam przez Jana Kobuszewskiego. Na spacerze urwałam się dziadkowi i okrążyłam parkowy staw, nad którym siedzieliśmy. Po drugiej stronie stała ławeczka, usiadłam sobie na niej, a po chwili na ławeczce naprzeciwko usiadł… narrator z „Bajek dla dorosłych”, które namiętnie oglądałam, nic z nich nie rozumiejąc, bo miałam jakieś pięć lat. Rozdziawiłam gębę, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Oczywiście nie miałam pojęcia, że siedzi przede mną aktor, byłam przekonana, że siedzi przede mną „pan z telewizji”, czyli osoba z innego świata. Pan Jan zaś, widząc moje rozdziawienie, zaczął do mnie robić miny (a potrafił „grać twarzą”). Tego już było dla mnie za wiele, poderwałam się i pobiegłam z powrotem na drugi brzeg stawu opowiedzieć dziadkowi o tym, co właśnie widziałam. Ale dziadka już tam nie było (poszedł mnie szukać). Rozdziawiłam gębę po raz drugi, tym razem z rozpaczy, i taką rozryczaną i zasmarkaną znalazła mnie grupka młodych ludzi. Powiedziałam, że zgubiłam dziadka, miła dziewczyna zapytała, gdzie mieszkam, nie umiałam na to pytanie odpowiedzieć, ale wzięta za rękę bezbłędnie zaprowadziłam ją ulicami Śródmieścia, przez dziadkowe skróty, przez podwórka, prosto do domu. Dalszej części tej historii nie pamiętam, ale z tego co wiem, najbardziej dostało się dziadkowi.

Ale to stare dzieje, dzisiaj ogród bardzo się skurczył (dla mnie), ale nie stracił swojej urody, zwłaszcza o tej porze roku.

Fontanna.
Geografia.
Historia.
Malarstwo.
Astronomia.

Takich barokowych rzeźb jest w ogrodzie 21, ale dosyć już tego planu lekcji. No może jeszcze jedna – oto naga prawda:

Staw, nad którym miała miejsce moja przygoda.
Wodozbiór.
Jeden z parkowych pomników przyrody.
A tak mieszka się przy Ogrodzie.

Łazienki Królewskie – obrzeża wschodnie

Mamę wypuścili wreszcie ze szpitala, w lepszym stanie, niż do niego trafiła, ale nadal bez jednoznacznej diagnozy, co jej właściwie jest, za to z kilogramem dokumentacji, zaleceń, skierowań i recept. Tylko jak to wszystko załatwić – teraz, gdy epidemia szaleje. Chodzi więc teraz głównie o to, żeby się nią zaopiekować, ale jej przy tym nie zarazić. Zamówiłam lepsze maseczki, myję i dezynfekuję ręce tak często, jak tylko mogę, poruszam się tylko pieszo, co mocno ogranicza moje spacerowe przedsięwzięcia, ponieważ w najbliższym otoczeniu naszego domu na Czerniakowie nie ma zbytu wielu atrakcji. Jest jedna – i to nie byle jaka (patrz tytuł) – ale trzeba do niej kawałek podmaszerować, na Ujazdów. Cóż było robić – podmaszerowałam. Kiedyś, w latach mojego dzieciństwa, Łazienki były obowiązkowym punktem programu każdej niedzieli (po kościele, a przed niedzielnym obiadem). Ostatnimi czasy odwiedzam je znacznie rzadziej. No to teraz poodwiedzam częściej. Dzisiaj – obrzeża wschodnie XVIII-wiecznego Ogrodu Królewskiego.

Druga połowa października, ale jeszcze całkiem zielono.
Wiewiórki jednak uwijają się już jak szalone w poszukiwaniu zimowych zapasów.

Podbiegają do ludzi i patrzą wyczekująco. Następnym razem muszę wziąć jakąś szamę dla nich.

Strelicja królewska przed Nową Palmiarnią.
Rzeźby przed Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w dawnych Koszarach Kantonistów.

Łowiectwo, jeździectwo, koszary – wzdrygam się na dźwięk każdego z tych słów.

Wczesnoklasycystyczny Pałac Myślewicki.
Putto z latarnią.

Putto – „motyw dekoracyjny przedstawiający małego nagiego chłopca” (Wikipedia). Hmm… ja tu CHŁOPCA nie widzę…

Flora – bogini wiosny i kwiatów.
Zefir – bóg wiatru zachodniego.

Rzeźby dłuta Giacoma Monaldiego, architektem pałacu był Domenico Merlini. Mieszkańcami pałacu byli m.in. Stanisław August, Józef Poniatowski i Eugeniusz Kwiatkowski.

W alejkach wokół pałacu trochę bardziej jesiennie.

I na koniec ciekawostka:

O białych krukach każdy słyszał. Ale o białej wronie?? Albo może kawce? Trudno rozpoznać gatunek w tym nietypowym ubarwieniu, zwłaszcza że obok spacerowały i jedne, i drugie. (I żadna tej białej nie atakowała). Ludzie, uczcie się od ptaków.

Modi

On monday, December 3, 1917 a group of invited guests gathered in Berthe Weill’s gallery for the opening of Modigliani exhibition. It was the 33-year-old artist’s first one man show and would remain the only one in his lifetime. […] It was Modigliani’s bad luck that exactly opposite the gallery lay a police station, where the reason for the ever-increasing stream of visitors to the gallery was quickly noticed. Not only were a number of large-format nude paintings hung in the gallery rooms; for publicity purposes, one of Modigliani’s elegant nudes had also been placed in the window. […] This caused a small scandal which ended with the show being banned. Berthe Weill was called in to see the commissioner. […] „‚You wanted to see me?’ – ‚Yes; I order you to take down all that filth.’ […] ‚What is so bad about the nudes?’ – ‚Those naked women! (…) They have pubic hair.’ […] ‚If my orders are not carried out immediately, I will have everything seized by a squad of policemen.’ What an idyll (…) Each policeman in the squad with a naked Modigliani beauty in his arms (…) I closed the gallery and the invited guests helped me to take down the paintings.”

Doris Krystof, „Amedeo Modigliani 1884-1920; The Poetry of Seeing”: Taschen GmbH, 2017

Tak oto, z powodu włosów łonowych, zakończyła się jedyna indywidualna wystawa Modiglianiego (za jego życia). Dzisiaj jego akty są „najczęściej recenzowaną i obsypywaną pochwałami częścią jego dorobku” (Wikipedia), a jeden z nich został niedawno sprzedany za ponad 157 mln dolarów. Mnie bardziej podobają się jego portrety z ostatnich lat życia, te melancholijne, długoszyje, z tajemniczymi, pustymi, migdałowymi oczami. „Happiness is an angel with a serious face” – napisał artysta do Paula Alexandre’a. Zgadzam się, szczęście nie musi, a nawet nie powinno być głupkowato uśmiechnięte czy roześmiane.

Portret Luni Czechowskiej z 1919 r.

Lunia Czechowska była żoną Kazimierza Czechowskiego, polskigo socjalisty, anarchisty i w końcu bolszewika, który z kolei był przyjacielem Leopolda Zborowskiego, marszanda Modiglianiego. Filiżanka do espresso – prezent od Byłego – jest tylko stylizowana na twórczości słynnego Włocha.