Pani Zima

Wreszcie doszła do małego domku, z którego wyglądała stara kobieta o wielkich zębach. Dziewczynka przelękła się bardzo i chciała uciekać, ale staruszka rzekła:

– Czego się boisz, drogie dziecię? Zostań u mnie! Jeśli starannie wykonywać będziesz wszelką robotę, niczego ci nie zabraknie. Musisz tylko uważać ścieląc moje łóżko, abyś dobrze trzepała pościel, bo gdy pierze z niej leci, śnieg pada na ziemi. Jestem bowiem panią Zimą. Bracia Grimm, „Baśnie”.

Tydzień temu były choinki śródmiejskie, ale żoliborzanie też nie gęsi, i swoje choinki mają. Najbardziej reprezentacyjna jest oczywiście na Pl. Wilsona. Sfotografowałam, póki jeszcze stoi. Przy okazji, bo na „prawdziwe” spacery nadal nie chodzę. Ale dzisiaj przeszłam się w padającym śniegu. Wielkie, gęste, łagodnie opadające płaty – jak pierze z pościeli. Takie, jakie lubię.

Dotarłam na Pl. Wilsona, gdy dziewczynka wytrzepała już całą pościel.

Impresje zimowe

Dopiero będąc na wsi poczułam, jakim powietrzem oddycham w Warszawie. Dopiero dzisiaj dowiedziałam się też, że na początku tygodnia stołeczny ratusz wydał dla mieszkańców zalecenie nie wychodzenia z domu ze względu na smog (alert RCB nie zadziałał). Nie wychodź na zewnątrz bo wirus, bo mróz, bo zanieczyszczenie… Zaczynam się czuć jak kosmonauta w bazie marsjańskiej. Ciężkie czasy nadeszły dla Spacerniaka. Dzisiaj jednak spacer był, krótki bo krótki, ale zawsze.

Świąteczne Krakowskie

Jeszcze jeden wieczorny spacer „przy okazji” załatwiania kolejnego papierka (bo w moim miejscu pracy bez celulozy się nie obędzie).

Nowy Świat.

Ul. Stalowa to moje rodzinne strony, czyli stara Praga. Niedaleko Stalowej, na Równej, mieszkał mój rozrywkowy wujek, brat mamy. Gdyby żył, na pewno by się ucieszył na widok tego tramwaju i zrobił w nim zdjęcie.

Odźwierny przed hotelem Bristol.

Blue Monday

Najbardziej depresyjny dzień w roku. Poniedziałek, zimno, brak słońca, termin spłacenia karty kredytowej za prezenty gwiazdkowe, pierwsze porażki przy noworocznych postanowieniach… Tak wywnioskował (przy użyciu „matematycznego algorytmu”) psycholog Cliff Arnall, choć podobno na zlecenie biur podróży, żeby zwiększyć sprzedaż egzotycznych wycieczek.

Dzisiaj jednak, owszem, był poniedziałek i było zimno, ale pracuję z domu, na dworze świeciło słońce, na prezenty gwiazdkowe nie wydałam fortuny, bo część wykonałam własnoręcznie, noworocznych postanowień nie robiłam, więc nie było czego łamać, a depresję mam już (chyba) za sobą.

Postanowiłam jednak uczcić ten dzień na sposób włoskiego fotografa, Guido Cecere. Oto moja wizja Niebieskiego Poniedziałku: )

Dzień Śniegu

Tereny na wschód od Placu Trzech Krzyży to dawne ogrody „Na Górze”, obecnie Park Rydza-Śmigłego, malowniczo położone na skarpie warszawskiej. Jako dziecko chodziłam tędy z dziadkiem nad Wisłę, dzisiaj świętowałam Dzień Śniegu (po raz pierwszy od lat nadarzyła się taka okazja).

Teatr muzyczny Buffo.

Pomnikowe głazy narzutowe przed budynkami Muzeum Ziemi PAN.
Muzeum Ziemi w funkcjonalistycznej willi Bohdana Pniewskiego, przebudowanej z klasycystycznego pałacu.
SCANDIVS/DDAR/FX/T.AMRC+

W wolnym tłumaczeniu: Pnący się przebudował świątynię i zamieszkał w niej. W budynku podobno spotykała się kiedyś loża masońska, a Pniewski w ten sposób żartobliwie do tego nawiązał.

Instytut Głuchoniemych – w szczycie zegar z kurantem.
Jeden z budynków ekskluzywnego osiedla Holland Park.
Bałwan (raczej mało ekskluzywny).

Park Na Książęcem

Ciąg dalszy wędrówki Traktem Królewskim – ostatni, najkrótszy odcinek Nowego Światu i okolic, od Alej Jerozolimskich do Placu Trzech Krzyży (strona wschodnia, na skarpie). Odcinek krótki, ale atrakcji sporo.

Palma na rondzie De Gaulle’a.
I generał.
Muzeum Narodowe zamknięte na głucho.
Jedna z wieżyc na wjeździe na most Poniatowskiego.
Schody na dół skarpy.
Wieżyca z dołu.
Samolot przed Muzeum Wojska Polskiego.
Ujęcie wody w parku Na Książęcem.

ul. Książęca – kolejna droga biegnąca w dół skarpy.
Giełda Papierów Wartościowych.
Azoty spadają.
Wewnętrzny dziedziniec dawnego Domu Partii.
Widok z dziedzińca na activity bar „Zagrywki”.
Na parterze dawnego domu ludu pracującego – ekskluzywne knajpy i sklepy.

Stare socrealistyczne drzwi zostawili, co im się chwali.

Zielone Zacisze

Za oknem Ponur. Słupki w raporcie tygodniowym z krokomierza na poziomach ledwo odstających od zera. Jedynie w poniedziałek i wtorek wyskoczyły powyżej 5000. Tylko ten wtorkowy „spacer” wart jest upamiętnienia, choć zdjęć z niego nie posiadam żadnych. Zielone Zacisze…

Na osiedlu Zielone Zacisze na warszawskim Targówku znalazłam się z powodu pewnego papierka. Dość ważnego. Nie żeby sprawa życia i śmierci, ale na tyle ważnego, że musiałam się tam niespodziewanie udać akurat we wtorkowy, deszczowy wieczór. Namiary zapisane miałam na odwrocie paragonu, który akurat miałam pod ręką, gdy zadzwonił telefon. Umówiona na godzinę „między 17-tą a 18-tą” spokojnie zajmowałam się swoimi sprawami, gdy tuż po 16-ej telefon znowu zadzwonił. Mogę już przyjechać. Super. No to jadę. I pojechałam. Paragon został w domu. Miałam w głowie tylko przybliżony adres i mgliste wspomnienie mapki Google, na której go namierzałam. Komórki oczywiście zapomniałam naładować. Gdy wylądowałam na tym Zadup… przepraszam, Zaciszu, było tam, owszem, zacisznie, a nawet wręcz głucho, natomiast czy było zielono nie wiem, bo było ciemno i lał deszcz. W okolicy budowane jest metro, jezdnie i chodniki pozastawiane są płotami. Postanowiłam na wszelki wypadek najpierw zahaczyć o bankomat, i w tym celu, wysiadłszy z autobusu, ruszyłam za miejscowymi, którzy pewnym krokiem ruszyli po prowizorycznie wytyczonych chodnikach i wydeptanych ścieżkach (teraz błotnistych i zalanych wodą) w stronę znajdującego się nieopodal małego centrum handlowego. Idąc tak, skulona, za jakimś tubylcem, w pewnej chwili zorientowałam się, że nie idę już po chodniku ani po ścieżce, ale po trawie, a po twarzy smagają mnie gałęzie. Tubylec rozpłynął się w mroku, a ja wylądowałam w jakichś krzakach. Jakoś się z nich wydostałam, znalazłam bankomat i wróciłam do punktu wyjścia, czyli na przystanek, gotowa rozpocząć poszukiwania wejścia do twierdzy. Osiedle Zielone Zacisze jest bowiem olbrzymim terenem ogrodzonym ze wszech stron płotem, z kilkoma zaledwie wjazdami dla samochodów i kilkunastoma furtkami dla pieszych. Wyciągnęłam jadący na oparach telefon i drżącymi ze zdenerwowania rękoma uruchomiłam mapkę, próbując umiejscowić się w terenie względem szukanego punktu. Uznawszy, że znalazłam najdogodniejszą trasę, ruszyłam wokół osiedla ruchem odwrotnym do wskazówek zegara. Po to tylko, aby po kilkuset metrach przekonać się, że dogodne przejście jest ciemną, wąską, nieoświetloną dróżką nad brzegiem Kanałku Bródnowskiego. Pewnie latem jest tam ładnie, ja jednak nie miałam ochoty ześlizgnąć się do lodowatego kanałku w styczniową noc, zawróciłam więc – ponownie, do punktu wyjścia. Zadzwoniłam, by dopytać o adres i jak do niego dotrzeć. Przypomniano mi więc, że do „mojego” adresu idzie się od ulicy o innej nazwie. Zupełnie z drugiej strony. Tak, teraz przypomniałam sobie dopisek na paragonie… Przemoknięta, spocona, z potem kapiącym z nosa pod przegrzaną maseczką typu KN95 ruszyłam zdobywać twierdzę od innej flanki. Muszę tu dodać, że jestem lekkim krótkowidzem, ale nie noszę okularów, bo w maseczce bardziej mi przeszkadzają, niż pomagają. Aby więc po ciemku i w deszczu, w nieznanym terenie znaleźć właściwą ulicę i numer domu, musiałam do każdego znaku, do każdej tabliczki podchodzić pod sam nos. Po jakichś piętnastu minutach znalazłam bramę do mojego Sezamu, chronioną domofonem i budką z portierem. Ponieważ nie byłam pewna, czy dobrze zapamiętałam trzycyfrowy numer mieszkania, wemknęłam się za jakimś lokatorem. Na olbrzymie patio, otoczone ze wszystkich stron niskimi budynkami. Teraz już było z górki, trzeba było tylko znaleźć właściwą klatkę (było ich kilkanaście, „moja” była jedną z ostatnich), zatelefonować jeszcze raz po numer mieszkania, zadzwonić kolejnym domofonem, znaleźć mieszkanie i odebrać papierek. Wróciłam do domu wykończona, ale w stanie „STABILNYM”. Wszystko razem trwało około półtorej godziny, 6520 kroków. Paragon ze wszystkimi informacjami leżał sobie spokojnie na łóżku, na mój widok przeciągnął się tylko i spytał: „Już wróciłaś?”

Strzeżone Osiedla – przeklinam was. Po ponownym zbadaniu terenu na mapce Google’a stwierdziłam, że gdyby nie płot, dojście do budynku najkrótszą trasą od przystanku zajęłoby mi może pięć minut.

Nie był to koniec moich przygód tego wieczora, dodatkowych atrakcji postanowiła dostarczyć mi choinka. Gdy umordowana wreszcie zasiadłam w moim ulubionym fotelu z gorącą, imbirową herbatką, postanowiła bowiem pochylić się nade mną, biedaczką. W sensie jak najbardziej dosłownym. Czyli z wysokości stolika przechyliła się w moją stronę o jakieś 30 stopni (i powoluteńku, ale złowieszczo, przechylała dalej). Nie szło jej wyprostować. Rada nie rada, zaczęłam ją rozbierać. Choinka nieduża, ale jednak dosyć ciężka, stojak dopiero co napełniony wodą. Rozbierałam więc drzewsko jedną ręką, a trzymałam drugą, żeby nie spadło. Imbirowa herbatka stygła, igły sypały się na wykładzinę, a ja klęłam, na czym świat stoi.

Dzisiaj nie ma po niej śladu, a na stole stoi… ha! druga choinka. Bo miałam drugą, w sypialni. Malutką, przywiezioną z biura, sztuczną, ale też ładną. Lampki z pierwszej powiesiłam na sztalugach. Jeszcze sobie poświętuję.