Spacer po zaświatach

Pora roku, aura i okoliczności epidemiczne nadal nie sprzyjają dalszym spacerom, toteż ograniczam się na razie do spacerów literacko-filmowych. Jednym z tematów przewodnich ostatniego zimowego „Przekroju” są zaświaty. Tak się złożyło, że akurat niedawno skończyłam czytać książkę Fannie Flagg (tę od „Smażonych zielonych pomidorów”) „Nie mogę się doczekać… kiedy wreszcie pójdę do nieba”, traktującą o tym właśnie, czyli o „życiu po życiu”. Na wesoło, oczami pogodnej cioci Elner, która pewnego razu, zbierając figi na drzewie, potrąca gniazdo szerszeni i spada z drabiny na ziemię. Trafia do szpitala i odbywa najbardziej fascynującą podróż swojego życia, podczas gdy rodzina i przyjaciele przeżywają jej śmierć, która jednak w tajemniczy sposób się wycofuje.

Na początek zatem wyobrażenie nieba okiem amerykańskiej pisarki książek obyczajowych.

„Elner zastanawiała się, kiedy ta winda wreszcie stanie i pozwoli jej wysiąść. W życiu nie korzystała z bardziej zwariowanej windy! Jechała nie tylko w górę, ale zygzakowała, obracała się i kołysała. Gdy wreszcie kabina znieruchomiała, Elner nie miała pojęcia, gdzie jest. Nic nie wyglądało znajomo. Boże, pomyślała, ta obłąkana winda musiała mnie wywieźć do jakiegoś innego budynku. To zdecydowanie nie był szpital, wnętrze wyglądało dość przyjemnie, ale nie miała pojęcia, dokąd trafiła. O ile się orientowała, mogła być po drugiej stronie miasta, w gmachu sądu. […]

To, co ukazało się za otwartymi przez Idę drzwiami na końcu korytarza, było takie oszałamiające, takie olśniewające, że Elner zaparło dech w piersi. Ujrzała przed sobą lśniące, kryształowe schody, które wiodły prosto do nieba, do wielkiego okrągłego księżyca na szczycie. […]

Gdy szły coraz wyżej po schodach, wielki księżyc na szczycie rósł, kremowo-żółty i złoty, i jarzył się w ciemności niczym miliard żarówek. Wspinaczka trwała długo, ale ku zaskoczeniu Elner nie wymagała wysiłku. […]

Księżyc zaczął zmieniać kolor ze złotego w roziskrzoną biel, a potem, gdy zbliżyły się do szczytu schodów, na ich oczach przeobraził się w wielki okrągły, lśniący guzik z macicy perłowej.

– A to ciekawe – powiedziała Elner.

W chwili, gdy stanęły na ostatnim stopniu, w środku guzika otworzyło się sklepione przejście. Po drugiej stronie świeciło jasne słońce i znów panował dzień. Elner stała przez chwilę i patrzyła na to, co musiało być niebem. Wbrew oczekiwaniom nie zobaczyła ani białych obłoków, ani fruwających aniołów, ale mimo to było tu pięknie. Szczerze mówiąc, pomyślała, niebo trochę przypomina wielki ogród botaniczny w Kansas City, dokąd wiele razy zabierała ją Ida. W soczyście zielonej, bujnej trawie kwitły kolorowe kwiaty. […]

Uniosła głowę i zauważyła, że niebo nie ma jednolitej barwy, jak w domu. Tutaj się mieniło. Wyciągnęła rękę, a wtedy na skórze zamigotały róże, błękity i delikatne zielenie. […]

Elner rozejrzała się i ujrzała dwie zebry w czerwone paski – wyglądały jak bożonarodzeniowe cukierkowe laski ze srebrnymi grzywami i ogonami z lamety. Przed nimi przemaszerowało stado maleńkich jasnożółtych hipopotamów, które miały nie więcej niż trzydzieści centymetrów wzrostu.

– Jest inaczej – zauważyła Elner. – Nie widuje się tego na co dzień.”

Potem jest trochę mniej psychodelicznie i bardziej tradycyjnie, jest też spotkanie z Panem Bogiem (i jego pomocnicą…) oraz powrót na ziemię i tajemnicza historia ze skarpetką na dachu. Książka jest afirmacją radości życia i miłości – do świata i do drugiego człowieka. Oswaja nasz ziemski koniec humorem i pogodą ducha. Nie jest to literatura wybitna, ale pomaga z większym optymizmem spojrzeć na życie i czyta się ją bardzo przyjemnie.

2021

Nie robię żadnych planów, żadnych postanowień. Ostatni rok pokazał, jaki ma to sens. Wydaje nam się, że mamy nad wszystkim – światem, własnym życiem – kontrolę, a okazuje się, że nie mamy jej wcale. Postanowiłam być płatkiem śniegu, pyłkiem, płatkiem jabłoni, dmuchawcem, ptasim piórkiem, babim latem, wyschniętym liściem – dryfować i dać się unosić powietrznym prądom i zawirowaniom – w rytmie pór roku. Zobaczymy, gdzie wiatr mnie poniesie.

***

Nie żeby nie było jakichś sugestii… Mój niezawodny Best Friend znów zadbał o mój rozwój, tym razem „artystyczny”… : ) Oto mój spóźniony (z powodu smutnych okoliczności) prezent urodzinowo-gwiazdkowy – ta-daam…!

Sztaluga, farby akrylowe, pastele, węgiel, 15 pędzli, paleta, blok rysunkowy, klipsy do papieru, 3 panele malarskie i jeszcze takie coś do przycinania, np. roślinek (inna historia). Oraz mydło w żelu z 37 traw syberyjskich (pięknie pachnie). Plus krem na noc i miseczka z kotem, ale to już od kogoś innego. Jestem z lekka oszołomiona.

2020

Przegląd roku 2020 (bez stycznia i marca, kiedy nie robiłam żadnych zdjęć) – dobrany trochę na chybił trafił, bo trudno przeprowadzić selekcję: pierwsze lutowe kwitnienie na wsi u przyjaciela, kwietniowy lockdown, kwitnące jabłonie na wsi u brata, czerwcowe wybory, lipcowa wyprawa do Wielkopolski, warszawskie zoo, Wisła na Saskiej Kępie, październikowe protesty na ulicach, ul. Dewajtis w Lasku Bielańskim i kamienica na Foksal.

Skończył się rok, który na pewno zapisze się w historii, i to całego globu. Będą o nim pisać w podręcznikach wszystkich krajów na świecie. Rok, którego dalekosiężnych skutków jeszcze nie znamy, a na pewno będą. W którym życie milionów ludzi uległo całkowitej przemianie. Moje również. Gdy dzisiaj rano wyjrzałam przez okno, przypomniałam sobie ciszę, jaka uderzyła mnie w pierwszych dniach wiosennego lockdownu. Było tak samo, z ruchliwej trasy przebiegającej nieopodal nie słychać było żadnego szumu, na chodnikach żadnych ludzi, jedynie z krzaków pod blokiem dobiegał wrzask wróbli.

Przypomniałam też sobie poprzedni wieczór, kiedy staliśmy z przyjacielem na balkonie objęci, tuląc się do siebie z kieliszkami szampana w dłoniach i wpatrując w fajerwerki puszczane z bielańskich osiedli. Jak dobrze, że się mamy. Razem przetrwamy każdą epidemię.

Wigilia

A tak poza tym to mamy święta. Udało nam się dotrwać do nich w zdrowiu i spędzić Wigilię w (prawie) tradycyjnym, bo tylko pięcioosobowym składzie, na wsi, przy mikroskopijnej choince last minute (ubieranej na pięć minut przed godziną „0” przeze mnie i bratanka), nowopomalowanych ścianach, kolędach i Beatlesach. Był karp po żydowsku w galarecie, zupa grzybowa, pierogi i „euforia”. Były długie rodaków rozmowy do prawie pierwszej w nocy, wszystko w miłej atmosferze. Prezenty się podobały. Czyli jak trza. Choć o mały włos, a byłoby nie jak trza, bo w drodze na wieś bratu zepsuł się samochód. Na szczęście nic poważnego, postaliśmy parę minut na stacji benzynowej i ruszył.

Prezenty urodzinowo-mikołajkowo-gwiazdkowe (piżamka, kalendarz, drewniane puzzle, naszyjnik, karty upominkowe do Kappahla, wstążki i naklejki do moich rękodzieł, serwetka i słodycze (czekolada, pierniczki i pralinki).

Choinka (moja, nie last minute).

W tym roku nieco inna niż zwykle, bo nie ma na niej plastiku (nie licząc lampek) – tylko szkło, ceramika, papier, drewno, słoma, szyszki, orzechy, filc i pierniki.

Wesołych Świąt!

COVID i okolice

„Spacerniakowa” przerwa zimowa. Niby okazji do spacerów miałam ostatnio sporo, ale chęci niewiele. Ponura pogoda też nie zachęcała, a najwięcej zamieszania wprowadził wirus. Mnie jakoś na razie oszczędził (czyżby dzięki grupie krwi?), ale wśród rodziny i znajomych spora zawierucha. Zaczęło się od rodziny z Wielkopolski, od odwiedzin u której rozpoczęłam pisanie bloga – zachorowała cała czwórka, w tym głowa rodziny dość ciężko. Potem zachorował brat – ponad tydzień w łóżku, ale na szczęście bez poważniejszych powikłań. Potem mama zrobiła zaleconą przez szpital powtórną tomografię płuc, z której opisu wynikło, że to, na co trzy tygodnie trzymali ją na Płockiej, to były najprawdopodobniej powikłania płucne po zakażeniu, które przeszła skąpoobjawowo (faktycznie trochę źle się czuła pod koniec września). A na koniec zachorował brat przyjaciela. Też trafił do szpitala, wypisali go, a cztery dni po wypisie – w dzień moich urodzin – zmarł (tak go wyleczyli…). Jednym słowem – odechciało mi się autobusowych wycieczek po mieście i kolejkowych na wieś (zresztą tam mieli inne problemy), spacerowałam głównie do sklepu i z powrotem, od czasu do czasu wpadałam też do mamy.

Siedziałam więc sobie w domu, ale nie próżnowałam, tylko zajęłam się rękodziełem oraz robieniem i kupowaniem prezentów (w tym roku prawie wszystkie przez Internet).

Cztery pory roku dla mamy.

I inne „dzieła”:

Akwareli nie miałam w ręku chyba od czasów liceum, więc z drobnymi niedoskonałościami…

… i zerżnięte z Posterlounge’a, ale lepsze takie, niż kupne… ; ).

I na koniec niedźwiedź w swetrze. (Kredka:)).

Nowy Świat i okolice

„Dlaczego ci, co przynoszą wolność, nazajutrz budują więzienia i zakładają policję. Dlaczego bojownicy wolności, kiedy zwyciężą, stają się żandarmami. Dlaczego ta wolność jak księżyc ma dwa oblicza. Dlaczego my (Polacy) możemy widzieć tylko tę gorszą stronę wolności.”

Tadeusz Konwicki, „Nowy Świat i okolice”.

Tak pisał w połowie lat 80-tych. A mieszkał tu właśnie, po zachodniej stronie Nowego Światu, na Górskiego. Czyli kolejny spacer sentymentalny po miejscach, które wydreptałam małymi nóżkami wszerz i wzdłuż.

Nowy Świat od frontu.
Kamienica na rogu Szpitalnej i Górskiego, ze sklepem Wedla na parterze. Na dachu neon z wedlowską zebrą.

Można tu kupić czekoladę albo się jej napić w sklepowej kafejce (niestety teraz zamkniętej, a wielka szkoda, bo w taki ziąb gorąca czekolada to byłoby COŚ).

Wejście do sklepu.

Uwielbiałam ten sklep, unoszące się w nim czekoladowe aromaty i fascynujące, syczące machiny…

Stary ekspres do kawy włoskiej firmy Faema.
Wnętrze innego słodkiego sklepu, czyli Bliklego.

Kupiłam sobie standard – pączek z różą.

Brama na podwórko jednej z kamienic na Szpitalnej.
Drzwi do bramy też ładne.
Gruzińska restauracja na tyłach Chmielnej.

Nie chadzam często po knajpach, ale przykro patrzeć, jak wszystkie świecą pustkami i nie wiadomo, czy przetrwają epidemię.

Kamienica na Brackiej, w tle globus Orbisu.
Dom towarowy Braci Jabłkowskich, z drewnianymi, skrzypiącymi schodami na piętro.
Mozaika nad bramą Empiku.

To tę bramę szturmowali 11 listopada żądni kultury narodowcy. Ja też tam wstąpiłam, co prawda nie szturmem, i kupiłam parę gadżetów do mojej fabryczki.

„We czwartek, gdy mrozem i śniegiem powiało i szron drzew konary zaciągnął na biało, wszyscy rozpoczęli łamać sobie głowy: Czy Ci tu są Tamtych, czy Tamci są Owych?”

A. A. Milne, „Kubuś Puchatek”

Też trochę politycznie… : ). Albo mi się wszystko kojarzy.

„Wszyscy są na zewnątrz swoich wnętrz”.
Podwórko z trochę innej bajki.
Śródmieście Północne wita (albo żegna).
Flagi na budynkach NBP i wieżowcu Prudentialu (obecnie hotelu „Warszawa”).

Zima

Jeszcze wprawdzie jesień, ale już przyszła. A jak jest zima, to musi być zimno. Zwłaszcza na wsi. Nie powstrzymało nas to jednak przed spacerem, połączonym ze zbieractwem. Tym razem były to suszki i owocki do mojej manufakturki. Obejrzeliśmy „Labirynt” z Davidem Bowie – zrealizowaną z rozmachem bajkę dla dzieci (starszych) z masą fantastycznych pomysłów, postaci z „manufakturki” Jima Hensona i absurdalnym humorem Terry’ego Jonesa. Dziwne, ale nigdy nie widziałam tego filmu w telewizji, a jest przecież świetny.

Nowy Świat – część wschodnia

Kolejne miejsce z mojego dzieciństwa i spacerów z dziadkiem – ulice ukryte za Nowym Światem. Mieszkając w samym centrum Warszawy dziadek umiał znaleźć w nim kawałek zieleni, żeby wnuczka mogła poprzebywać trochę na łonie natury. Wskutek czego znam dobrze wszystkie śródmiejskie parki i skwery (oraz uliczki do nich prowadzące). W grudniu zieleni jest niewiele, skupiłam się więc dzisiaj na tym, co również lubię, czyli budynkach.

Zamek Ostrogskich.

Najsłynniejsza lokatorka tutejszych podziemi. Pilnuje ukrytego skarbu.

Gdyby nie pandemia, pewnie wybrałabym się przy okazji spaceru tutaj do Muzeum Chopina, bo w nim jeszcze nigdy nie byłam. Ale przyjdzie mi na to poczekać.

Na razie musi wystarczyć mi Chopin na murze kamienicy.
Niestety nie wiem, do jakiego utworu to nuty, dam jednak głowę, że to też coś Chopina.

Zazwyczaj w okolicach Uniwersytetu Muzycznego słychać kakofonię dźwięków, dobiegających zza tych murów. Ma się wrażenie, że to budynek gra. Dzisiaj było jednak zupełnie cicho. Czyżby studenci ćwiczyli w domach?

Kamienica na Kopernika.

Gdzieś tu obok było kino „Skarpa” – dzisiaj wyburzone, podobnie jak słynna „Moskwa” na Mokotowie, nie pozostał po nim żaden ślad. Nawet trudno się zorientować, gdzie dokładnie stało, w jego miejscu wybudowano apartamentowiec. Żal mi tych dawnych kin, nie wszystkie były ładne, ale każde miało swój niepowtarzalny charakter, niepowtarzalną nazwę. Zastąpiły je bezpłciowe, bezimienne, nudne multipleksy w galeriach handlowych, kinowe McDonald’sy (z repertuarem też „McDonald’sowym”, czyli głównie amerykańską papką).

Skwer Anki Kowalskiej z wieżą kościoła Św. Kazimierza przy klasztorze Sióstr Szarytek.

Pałac Zamoyskich z placem zabaw dla dzieci arystokratów : ).

Wejście na skwer przez furtkę do pałacu – dla wtajemniczonych.
Kolejne niedostępne miejsce – ogrody klasztorne.

Ciekawe, czy siostrzyczki nadal hodują tu świnki?

Budynek na Smolnej 8, tzw. Młotek. Na pierwszym planie liście żywej skamieliny – pięknego okazu miłorzębu japońskiego.
Smolna 8 z bliska.
Kamienice na Foksal.

I na koniec ciekawostka:

Mural z Korą autorstwa Brunona Althamera.

O każdej porze roku Kora występuje w innej fryzurze (teraz smoliście czarnej, choć nieco przerzedzonej).