Łacha Potocka

Czyli Park Kępa Potocka raz jeszcze, tym razem część bielańska. Chyba trochę skromniejsza, bardziej zadrzewiona i bardziej dzika.

NOS-y, czyli Niezidentyfikowane Obiekty Stojące.
Szuwary. W tle zabudowania osiedla Marymont-Ruda.
Stojąca w przyparkowych ogródkach działkowych topola czarna – pomnik przyrody.

Chciałam przejść się po tych ogródkach, ale wstęp dla spacerowiczów był wzbroniony.

Pod Trasą AK.
Nie wiem, co za pokręcony esteta to wymyślił.

***

Odwiedziła mnie dziś sierpówka.

Zrośnięci(e)

Nie wiem, może to z powodu nagłej zmiany pogody, ale jakaś słabowita dzisiaj byłam. Mój rower też nie miał chyba dobrego dnia i na wszelkie sposoby dawał mi do zrozumienia, że wolałby postać sobie pod wiatą zamiast telepać się po leśnych wybojach i kałużach. „Jestem małym, miejskim rowerkiem, a nie jakimś crossowcem…” – zgrzytał, podskakując na gałęziach, a gdy nie reagowałam, perfidnie wjechał mi w kałużę, wykładając się w niej jak długi (na szczęście beze mnie) niczym jakaś, nie przymierzając, świnia w bajorze, i dla wzmocnienia efektu wykręcił sobie kierownicę o 180 stopni. Potem okazało się jeszcze, że odłączył sobie linkę od hamulca. A na koniec zrzucił łańcuch. Do tego rodzinne wycieczki, biegające luzem psy, boląca noga i tnące komary. Przeżyłam jakoś to wszystko (z wydatną pomocą przyjaciela), ale z przejażdżki wróciłam wykończona.

Z podziwiania przyrody zatem niewiele wyszło, choć przypadkowo wjechaliśmy na jakąś ścieżkę edukacyjno-przyrodniczą.

Dwa różne gatunki, zrośnięte u podstaw, rozdzielne w koronach, rzadkie zjawisko… Coś mi to przypomina.

Wróciłam więc tylko z kilkoma zdjęciami, ale za to z pięknym albumem o owadach i pajęczakach i z piosenką, która chodzi za mną cały wieczór.

Żoliborz sportowy

„Bo upał to jeden z najstarszych dręczycieli życia, dostrojonego przez miliardy lat ewolucji do dość wąskiego zakresu temperatury. Mój dąb – i życie w ogóle – stosuje się do prostej biologicznej mantry, gdy idzie o nadmiar ciepła. Uciekając od termicznych wyżyn, życie ma raptem kilka możliwości, aby pozostać w przytulnym optimum. Schowaj się. Nie dotykaj. Paruj i promieniuj. Pij.” (Z artykułu „Promieniuj i pij” Szymona Drobniaka w ostatnim „Przekroju” o przystosowaniach roślin i zwierząt do nadmiernego gorąca).

Ja przystosowałam się sposobem pierwszym i ostatnim, tj. napełniłam butelkę wodą i schowałam się w przyjemnie klimatyzowanych pomieszczeniach Muzeum Sportu i Turystyki w Centrum Olimpijskim na Marymoncie. Pomysł na spędzenie dzisiejszego skwaru przyszedł mi do głowy, a właściwie wychynął  zza drzew, na wczorajszym wieczornym spacerze. W tym muzeum jeszcze nigdy nie byłam, no i lepsze to niż siedzenie w domu czy smażenie się na plaży. Bo spacerować to się raczej dzisiaj w dzień nie dało, a na wieczór zapowiedziano burze.

Sportowiec ze mnie żaden (choć lubię czasem popatrzeć, jak inni się męczą), a sport zawodowy uważam za jedną z najbardziej zdegenerowanych przez pieniądz dziedzin życia, jednak w tym muzeum znajdą coś dla siebie nie tylko kibice. Jest sporo rozbrajających staroci i trochę niezłej sztuki (głównie rzeźby, bo jakoś sport najlepiej się prezentuje w tej dziedzinie). Ekspozycję robił wystawiennik, który zna się na rzeczy. Dodatkowo trafiłam na wystawę czasową poświęconą fotografii sportowej – zdjęcia rewelacyjne.

Ikaro Alato, Igor Mitoraj.
Wejście na wystawę.
Wypada zacząć od niego.
Przybory do nauki pływania oraz (dość słabo widoczny) kostium kąpielowy damski.

Nie wiem, co miały ułatwić te płetwy, ale w takim kostiumie czułabym się dzisiaj chyba lepiej, niż w najbardziej nawet zabudowanym współczesnym… ; )

Prototyp dziecięcych rowerków biegowych.
i choćby przyszło tysiąc atletów…
Może niezbyt zwrotne, ale za to pięknie zdobione.
Bobslej.
Kiedyś dzieciaki nie musiały mieć piłki Adidasa – wystarczyła „szmacianka”. Lata 30.
Z czasem odkryto w sporcie niezły biznes.
…i potencjał propagandowy.
Leć, Adam, leeeeeeć….!
Cała ta ciężka harówa dla tego kawałka metalu…
Sprzęt himalaistyczny.
Turysta : )
Serw, Edward Łagowski.
Galeria przed Centrum. Na pierwszym planie rzeźba Bronisława Chromego.
Fot. Ireneusz Kaźmierczak. Finisz Biegu Fiata na 10 km w Bielsku-Białej.

Trochę głupio robić zdjęcia zdjęciom, ale dla tego zrobię wyjątek. Fotografie konkursowe były świetne, ale też sport jest fotogeniczny. Duża część fot przedstawiała sportowców w różnych wygibasach i grymasach, ale sporo było też takich, od których „oczy się pociły”. Zdjęcie słaniającego się przed metą „Rysia” podtrzymywanego przez współzawodników do takich należy.

Były tam też zdjęcia rolnika ze wsi Witunia, Ryszarda Kałaczyńskiego, który w latach 2014-2015 przez 366 dni przebiegł 366 maratonów. Przez rok dzień w dzień pokonywał dystans 42,195 km. Łącznie przebiegł ponad 15 tysięcy kilometrów, bez zaplecza medycznego, trenerów i specjalnych diet. Trasa maratonu to 6 okrążeń wsi. Powiem tyle: ja pier…lę.

Atlas dziwolągów

Spacer zainspirowany moją ostatnią lekturą, czyli „Atlasem najdziwniejszych stworzeń” kupionym w kiosku : ). Jak na wydawnictwo „Faktu” bardzo fajne opracowanie.  Ponad setka „smoków”, „chochlików”, „bazyliszków”, „aniołów”, „diabłów”, „molochów”, „wampirów”, „amazonek”, „szkaradnic”, „potwor”, „żarłaczy”, „połykaczy” i innych dziwolągów, małych i dużych. Obok podstawowych informacji o wyglądzie, środowisku, fizjologii i zachowaniu tych zwierząt w książeczce zamieszczono też mnóstwo ciekawostek, bowiem każde z nich wyróżnia się czymś niezwykłym. Do tego wszystko całkiem zgrabnie napisane i zilustrowane ponad pięciuset zdjęciami, niestety bardzo małymi, bo format atlasu jest mocno kieszonkowy. Idealne czytadło do czekania na tramwaj.

Mamy więc tu niesporczaki, mogące przetrwać w kosmicznej próżni, osy morskie, zawierające truciznę wystarczającą do uśmiercenia 60 dorosłych osób, rawki błazny rozróżniające od 12 do 16 podstawowych kolorów (człowiek widzi trzy) i mające uderzenie tak silne i szybkie, że rozbiją każde akwarium, samice skorpionów z rodzaju Tityus nie potrzebujące samców do rozrodu, zaleszczotki biegające równie sprawnie do przodu, do tyłu i na boki, strętwy rażące prądem o napięciu 600 V, połykacze mogące połknąć ofiary większe od siebie, samce głębinowych żabnicokształtnych kilkunastokrotnie mniejsze od samic i wgryzające się w ich ciała, by na nich pasożytować do końca życia, mózgi dwutonowych samogłowów ważące 4 g, żaby szklane z przezroczystą spodnią częścią ciała, golce piaskowe nie odczuwające bólu przez skórę itd., itp.

Postanowiłam sprawdzić, czy któreś z tych dziwadeł mogłabym zobaczyć na żywo. Jak się okazało, w warszawskim ZOO znajduje się ok. 10 % z nich. Dobre i to. Niestety nie wszystkie udało mi się znaleźć lub wypatrzeć, niektóre zaś nie chciały współpracować przy zdjęciach… Na szczęście nie brakowało innych zwierząt, chociaż najliczniejszym gatunkiem był niestety homo sapiens. Obserwacje zachowań tych człowiekowatych były również bardzo interesujące, ale nie o nich jest dzisiejszy wpis, więc je pominę.

Najpierw znalezieni bohaterowie książeczki.

Ptasznik czerwonokolanowy. (Kaktusa nie podejmuję się rozpoznać).

Ptaszniki są dość długowieczne, jak na pajęczaki – mogą dożyć 20 lat, do tego potrafią obejść się bez jedzenia przez kilka miesięcy. Największy, ptasznik gigant, osiąga wraz z odnóżami do 30 cm długości i może ważyć ćwierć kilograma.

Ptasznik białokolanowy.

Można nie jeść, ale pić trzeba…

Straszyk australijski.

Lepszego zdjęcia nie dało się zrobić przez zamgloną szybkę. Samica osiąga do 16 cm, co jak na owada jest niezłym wynikiem. Krewniakami straszyków są patyczaki.

Patyczak.
Szczerklina piaskowa.

Tę pasożytniczą osę znalazłam nie w zoo, ale w swoich zdjęciach z lipca. Okazuje się, że ogródek przyjaciela odwiedza potwór karmiący swoje larwy sparaliżowanymi (ale wciąż żywymi) ofiarami, które te sobie „podjadają”.

Pławikonik długonosy.

Pławikoniki, czyli „samce w ciąży”.

Amfiprion plamisty.

Następny „gender” – zmienia płeć zależnie od potrzeb i okoliczności – wszystko „zgodnie z naturą”. (Nie było o tym ani słowa w filmie… : )).

Heloderma arizońska.

Niejadek – w naturze je tylko 5-10 razy do roku. Za to porządnie. Jedyna – obok warana z Komodo – jadowita jaszczurka. Ślina tych gadów jest intensywnie badana pod kątem przydatności w leczeniu schizofrenii, ADHD i choroby Alzheimera. Substancje chemiczne w niej zawarte mogą oddziaływać na ośrodki nerwowe odpowiedzialne za pamięć.

A teraz pozostałe zwierzaki.

Agama błotna.
Waran białogardły.
Wielki Błękit.

Może trochę ciepłokrwistych…

Koroniec plamoczuby.

Wydaje niesamowite, buczące, niskie dźwięki (chyba odstraszające…). Na wszelki wypadek zeszłam mu z drogi.

Zidentyfikowanie wszystkich ptaków latających po ptaszarni zajęłoby mi mnóstwo czasu – może kiedyś, w jakiś zimowy wieczór przysiądę…

Było dość gorąco, większość zwierząt pochowała się w cieniu. Mnie też zrobiło się w końcu zbyt ciepło, więc wróciłam do domu.

Potok

Spacer „zastępczy”, ni w pięć, ni w dziewięć, wymyślony na chybcika, bo miałam dzisiaj jechać z mamą do Marek do Ikei, kupować meble. Mama się rozmyśliła, może pojedziemy jutro, a może w piątek (a może w ogóle…). Nie przyjdzie jej oczywiście do głowy, że w ten sposób rozwala mi tydzień, że ja też mogę chcieć sobie coś zaplanować, np. z przyjacielem. Ale nic to. I tak byłam dzisiaj, jak to się kiedyś mówiło na wf-ie – „niedysponowana”, więc żadne dalsze wędrówki raczej nie wchodziły w grę.

Nazwa osiedla „Potok” pochodzi od Rudawki, tej rzeczki-niewidki, która kiedyś przepływała przez Żoliborz i Bielany, a teraz niewiele co z niej zostało. W tej części marymonckiego osiedla poza nazwą nie ma po niej śladu, zresztą być nie może, bo nigdy tędy nie płynęła, zakręcała wcześniej na północ. Samo osiedle jest nudne jak flaki z olejem, typowe, PRL-owskie bloki, bez krzty oryginalności. Zastąpiły starą, biedną zabudowę przedwojennego Marymontu, po której ostała się tylko jedna, brukowana kocimi łbami ulica, ale już bez zabudowy. Od bielańskiego Marymontu oddziela je Trasa AK.

Jeden z ulubionych miejskich plenerów twórców reklam oraz filmowców.

Po bielańskiej stronie, ale jeszcze na Żoliborzu, bo Trasa AK w tym miejscu należy do niego – mural, a właściwie cały komiks „patriotyczny”.

„Mural pamięci 1944” to się chyba nazywa i zdaje się, że po żoliborskiej stronie jest druga część, ale już nie chciało mi się chodzić szukać. Nie wiem, czy autorzy dzieła (bo jest ich kilkoro) zauważyli w patriotycznym zapamiętaniu, że ich wytwór niewiele różni się od tych antyreakcyjnych plakatów. To samo nachalne, propagandowe zacięcie. Artystycznie poziom czytanki dla pierwszaków, i to kiepskiej. Ale co ja się będę…

ul. Barszczewska.

Jedyna pozostałość dawnego Marymontu – brukowana kocimi łbami uliczka. Na mapach Google’a są jeszcze pozostałości dawnych zabudowań, ale w realu stoją już nowe budynki. Bruk też się pewnie długo nie ostanie, bo nowych mieszkańców za bardzo będzie trzęsło w ich pięknych samochodach.

Powązki Wojskowe

Ostatnia, ale największa atrakcja Sadów Żoliborskich, czyli tutejszy cmentarz. Wolałam poczekać z odwiedzinami, aż minie Święto Wojska Polskiego i przestaną się tu kręcić służby porządkowe i oficjele.

Miejsce tak nasycone historią, że należałoby mu poświęcić więcej niż jeden spacer i jeden wpis na blogu. Obok żołnierzy – artyści, obok katów – ich ofiary. Wszyscy razem, połączeni przez Kostuchę. Jedni dopieszczeni, obsypani kwiatami, inni zapomniani, ich ogromne mauzolea pokryte zeszłorocznymi liśćmi. Choć i u Bieruta jakieś plastikowe wiązanki. Towarzyszki i towarzysze, generałowie, ministrowie. Identyczne mogiły żołnierzy, pozbawionych indywidualności także po śmierci. Oraz dużo, dużo znanych osób. Ciężko wybrać.

Niełatwo jest żyć po śmierci. Czasem trzeba na to stracić całe życie.
Być może tutaj powinnyśmy z mamą składać kwiaty dla dziadka. Ale to tylko przypuszczenie.

Maanam i Republika na jednym cmentarzu. Ja wolałam Republikę.

Niektóre nagrobki bardzo wyszukane.

Absolutny Number One jeśli chodzi o dystans do siebie i tzw. powagi śmierci.

Pomnik w sumie nie taki zły, ale miejsce odstręczające, bo grasowały po nim hieny cmentarne.

Kwatery powstańcze.
Przy żołnierzach Września zatrzymała się na chwilę tylko wiewiórka.

Komu dzwonią, temu dzwonią,
Mnie nie dzwoni żaden dzwon,

Bo takiemu pijakowi,
Jakie życie, taki zgon, zgon, zgon ta ra ra
Bo takiemu pijakowi,
Jakie życie, taki zgon, zgon, zgon

Księdza do mnie nie wołajcie,
Niech nie robi zbędnych szop,

Tylko ty mi przyjacielu,
Spirytusem głowę skrop, skrop, skrop ta ra ra
Tylko ty mi przyjacielu,
Spirytusem głowę skrop, skrop, skrop
.

W piwnicy mnie pochowajcie,
W piwnicy mi kopcie grób
I głowę mi obracajcie,
Tam gdzie jest od beczki szpunt, szpunt, szpunt ta ra ra
I głowę mi obracajcie,
Tam gdzie jest od beczki szpunt, szpunt, szpunt

W jedną rękę kielich dajcie,
W drugą rękę wina dzban
I nade mną zaśpiewajcie:
Umarł pijak ale pan, pan, pan ta ra ra
I nade mną zaśpiewajcie:
Umarł pijak ale pan, pan, pan
.

S. Grzesiuk, „Komu dzwonią”.

Tu leży człowiek który pomagał ludziom.

Nad Utratą

Kolejna wycieczka rowerowa nad rzekę i łąki, połączona z obserwacją jaskółek. Kolory i gęstwiny późnego lata. Wybujałość, dojrzałość, przejrzałość. Zieleń zaczynająca przechodzić w żółcie, brązy i pomarańcze. Jaskółki śmigające pod mostkiem, gdzie czekają na nie podrośnięte już młode. Kwitnące trawy. Wszystko jakby rozleniwione, ociężałe. Tylko mrówki nieustająco pracowite.

Młode czekające na rodziców.
Kolonia mrówek urządziła sobie autostradę w poprzek podjazdu do domu.

Park Kaskada

Mniejszy z dwóch marymonckich parków. Spacer więc krótki, ale dość forsowny, bo teren mocno pagórkowaty, a żar lał się z nieba. Park jest pozostałością ogrodu przy pałacu Marie Mont.

Kaskada.
Niezbyt imponująca.
Kładka na Bielany.
„Wojskowa” część pomnika na Skwerze Wołyńskim, po drugiej stronie ul. Gdańskiej.
I jeszcze jeden tramwaj linii 36 – tzw. „akwarium”.

Ochota na parówki

Czy raczej „parówki” na Ochotę. Bo na Sadach Żoliborskich można spotkać „ogórki”, a na Marymoncie „parówki”, czyli tramwaje linii turystycznej nr 36. (Taka komunikacyjna zagrycha). Zabytkowe składy odjeżdżają w letnie weekendy z pętli Metro Marymont i jadą na Ochotę, na pl. Narutowicza. Są wakacje, więc postanowiłam zrobić sobie taką wycieczkę. Dzisiaj wyjątkowo nie tylko ja robiłam zdjęcia, ale i mnie je robiono. No, może nie mnie konkretnie, ale na pewno moja głowa w oknie pojawiła się dzisiaj w wielu smartfonach, bo stary tramwaj budził powszechne zainteresowanie gawiedzi. Przejechałam trasę w obie strony, a w przerwie zrobiłam sobie spacer po Kolonii Lubeckiego na Starej Ochocie. Ludzi wsiadało niewielu, bo mało kto wiedział, gdzie toto jedzie i ile się płaci. A płaci się normalnym biletem albo – tak jak ja – jedzie na zwykłą kartę miejską. Przejechać zaś można – z f a s o n e m – przez samo centrum miasta. Klimatyzacji nie ma, ale wszystkie okna otwarte, wiaterek wieje i przynajmniej nie trzeba zakładać swetra, jak w normalnych tramwajach. W drodze powrotnej wsiedli jacyś miłośnicy komunikacji (mieli nawet stosowne koszulki) i podekscytowani opowiadali sobie swoje podróże różnymi liniami. Na końcu trasy wesoło dziękowali pani motorniczej (bo wiozła nas kobitka) i życzyli jej spokojnego dnia. (Nie bez powodu, bo przed pl. Wilsona o mało nie zaliczyła wypadku, gdy jakiś kretyn wjechał jej prawie pod koła).

Na Ochotę jechałam tramwajem zielonym
…a na Marymont czerwonym.
Z pl. Narutowicza odjeżdząją jeszcze starsze tramwaje linii T, ale nie jadą na Żoliborz.
Pół dzieciństwa spędziłam w promieniu kilkuset metrów od tego miejsca.

Natomiast jeśli chodzi o Starą Ochotę, to w niczym nie ustępuje Staremu Żoliborzowi. Zresztą lubię wszystkie „stare” dzielnice warszawskie. Każda ma swój klimat, a fakt, że większość powstała z ruin, tylko dodaje im wartości. Okolice pl. Narutowicza należą do najładniejszych na Ochocie w ogóle. Dominują potężne, przedwojenne kamienice.

Przedwojenne tabliczki (i współczesne kamery…)
Tradycja i nowoczesność. Sądząc po zaparkowanych w okolicy samochodach, biedota to tu nie mieszka.
ul. M. Mochnackiego.
ul. Gabrieli Zapolskiej (przesmyk właściwie, nie ulica).
…ale to tutaj znalazłam to, czego szukałam…: )
Neogotycki kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP.