Na piechotkę

Korzystając z okienka pogodowego, kiedy nie padało, a było tylko ponuro, wilgotno i wietrznie, podreptałam piechotką na Piechotkowo bielańskie, tym razem po drugiej stronie ul. Kasprowicza. Osiedle niewiele się różni od tego naprzeciw, choć trzeba przyznać, że architekci dbali, żeby ich bloki miały jakąś indywidualność i choć trochę się między sobą różniły. Nie ma wśród nich monotonii osiedli z lat późniejszych, szarych, wielgachnych bloków z wielkiej płyty, niemal pozbawionych jakichkolwiek detali. Skala tych bloczków też jest bardziej ludzka, choć podejrzewam, że mają jedną poważną wadę – brak windy. Ale jest tu zacisznie, podwóreczka są zielone, zadrzewione i zadbane.

Centoventisei, blu.

Poezja Leśmiana mi się nie podoba, ale jako dziecko zaczytywałam się w „Klechdach sezamowych” i „Przygodach Sindbada Żeglarza”. Niestety pozbyłam się tych książek, czego dzisiaj żałuję. Poszperałam jednak w mojej biblioteczce i znalazłam coś odpowiedniego na zakończenie wpisu w antologii „Poezja polska okresu międzywojennego” wydawnictwa Ossolineum.

Lubię szaty swe liche, gdy na wskroś przemokną,

Deszczem, jak łzami pieśni, co szumiąc, zamiera,

A nie śpiewam, lecz jeno słowami przez okno

W świat wyglądam, choć nie wiem, kto okno otwiera.

(fragment wiersza „Zamyślenie”)

Ja też nie wiem, kto moje okno otwiera, ale wszystkich odwiedzających serdecznie pozdrawiam.

Stare Bielany w deszczu

Sprawa ze spacerowaniem wygląda coraz gorzej. Nie dość, że jesień, że dzień coraz krótszy, to jeszcze epidemia nabiera rozpędu. Mama prawdopodobnie w przyszłym tygodniu wychodzi ze szpitala i będę się musiała znowu do niej przeprowadzić. Muszę więc ograniczyć „kontakty społeczne”, żeby jej czegoś do domu nie przywlec. Zbiorkom odpada, poza tym nie chcę niepotrzebnie robić tłoku – są ludzie, którzy nim podróżować MUSZĄ. Ale ja wychodzić z domu też muszę, raz – dla zdrowia psychicznego, dwa – przez to siedzenie w domu i pracę zdalną przytyłam. Jednak te codzienne minimum 3 km pieszo do i z pracy robiły swoje. Gdy ich zabrakło, waga poszła w górę, większość zimowych ciuchów okazała się przyciasna. Pozostają spacery w najbliższej okolicy, jednak tę już właściwie obeszłam. Ciężka sprawa.

Dzisiaj jeszcze znalazłam kawałek okolicy w najbliższym sąsiedztwie, do którego mogłam dojść i wrócić piechotą. Osiedle Bielany II okazało się jednak kopią pobliskiego Słodowca, co nie dziwne, bo również zostało zaprojektowane przez Piechotków. „Piechotki” jednak już obfotografowałam, a poza nimi niewiele tu jest ciekawego. Do tego złapał mnie deszcz, najpierw była to mżawka, potem kapuśniaczek, a w końcu normalny deszcz jesienny.

Oprócz „piechotków” są tu też szeregowe domki z ogródkami, prawie wszystkie z zakratowanymi oknami i tabliczkami informującymi o „dobrych psach, ale nerwowych”. Tu na zdjęciu akurat kilka nieokratowanych.

„Piechotek” w wersji wyższej.
Pięknie wyhodowane jesienne róże w przyblokowym ogródku.
Może grzybka? : )
Punkt widokowy,.

Domki szeregowe stoją przy ul. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, mojej niegdyś ulubionej poetki (zanim odkryłam Szymborską). W moim rozlatującym się (wydanie z 1988 r.) tomiku jej wierszy znalazłam kilka aktualności:

Jesiennego krwotoku nic już nie powstrzyma.

Czerwień kapie z parku na ulicę…

Jesień żyły sobie rozcięła

i blednie z zimna,

jak śmiertelnie senna

Eunice…

„Jesień”, 1930

Brzozy są jak złote wodotryski.

Zimno jest jak w ostatnim liście.

A słońce jest jak ktoś bliski,

który ziębnie i odchodzi. Lecą liście…

„Październik”, 1926

poszłam w masce zwinięta w pelerynę ciemną

z oczami zwężonymi

w migocące sierpy

szczęście mnie nie poznało

i tańczyło ze mną

nie wiedząc że to jesterm

ja której nie cierpi

i los też mnie nie poznał

i pomyślał sobie

czemuż nie mam dogodzić

tej obcej osobie

„Trzeba chodzić w masce”, 1927

Muranów

Osiedle powstałe na gruzach i zgliszczach. Nie ma tu żadnych starych budynków, wszystkie zostały zrównane z ziemią po powstaniu w getcie. Dzielnica duchów.

Skwer Zofii Kuratowskiej, z takim dziwnym czymś.
Kolejny powstańczy mural na budynku szkoły.
I kolejna szkoła.
Bunkier, w którym zginął wraz z towarzyszami Mordechaj Anielewicz, przywódca powstania w getcie.
Budynek POLIN – Muzeum Historii Żydów Polskich,

Muzeum bardzo nowoczesne i multimedialne, ale z bardzo małą ilością eksponatów „prawdziwych”, nie wirtualnych. A ja wolę autentyczne starocie, nadtarte, wytarte, zżółknięte, nadgryzione zębem czasu, takie, których kiedyś ktoś dotykał, używał. Stare przedmioty codziennego użytku mają w sobie duszę, używane były latami, były solidnie zrobione i traktowane z szacunkiem, naprawiane, kiedy trzeba, przekazywane następnym pokoleniom. Nie było jednorazówek ani „wielorazówek”, które wyrzuca się po roku od zakupu. Jednak – biorąc pod uwagę los Żydów – trudno oczekiwać, żeby zostało po nich dużo takich rzeczy, stąd chyba to ubóstwo muzeum. Za to architektonicznie pierwsza klasa.

Pomnik Bohaterów Getta.
Moda na pomniki-ławeczki nie mija. Tutaj można usiąść sobie koło Jana Karskiego.

Spacer industrialny

Warszawianka vel Nike Hutnicza
Fragment pomnika „Warszawskie Termopile”.
Metro Młociny.

Warszawska huta nie jest tak znana jak krakowska i nie ma tak fascynującego otoczenia, jakie oglądaliśmy z przyjacielem z okien autobusu wiozącego nas na koncert Portishead w jednej z hutniczych hal w Krakowie kilka lat temu, ale za to piec pracuje (na razie), a przed bramą stoją aż cztery rzeźby (jedną przegapiłam). Zanim stanęła tu huta, w 1939 r. rozegrała się w tej okolicy jedna z najkrwawszych bitew Września. Po polskiej stronie z 900 żołnierzy 600 zginęło, a 250 odniosło rany. Naprzeciwko pomnika upamiętniającego to wydarzenie stanęła niedawno Galeria Młociny, która była głównym celem mojej dzisiejszej przechadzki, albowiem wyciągając zimowe ubrania odkryłam, że nie mieszczę się już w moją starą parkę. W pierdylionie sklepów nie znalazłam ani jednej niezimowej parki, bez kaptura z futerkiem, musiałam więc zadowolić się pikowaną kurteczką, która niezbyt mi się podoba, ale coś na jesienną pluchę mieć muszę.

Wawrzyszew

Raz jeszcze, tym razem Nowy, choć tutaj również znalazłam sporo „staroci”. Jest też trochę nowszych atrakcji i generalnie jest tu dużo ciekawiej, niż na Starym Wawrzyszewie. Zaczęłam wędrówkę od giełdy elektronicznej na Wolumenie, na której jednak można się było zaopatrzyć głównie w ziemniaki, jabłka, dynie, jajka, kiełbasy i kapustę kiszoną. Handel elektroniką najwyraźniej podupadł.

Kapliczka przy targowisku.

Osiedle ozdabiają piękne drzewa. Kilka z nich to pomniki przyrody.

Dwupienna wierzba biała.
Jesion wyniosły, obwód pnia 559 cm.

Niestety nie jest już zbyt wyniosły, bo prawie cała korona zniknęła, ostał się tylko jeden konar. Drzewo jednak nadal żyje.

Najwięcej strarych drzew rośnie jednak przy kościele św. Marii Magdaleny. Wśród nich 6 pomnikowych klonów pospolitych.

Pod drzewem św. Franciszek.

Z okazji Dnia Drzewa wszystkim drzewom – nie tylko pomnikom przyrody – życzymy długich lat życia i jak najmniej popaprańców na stanowisku ministra ochrony środowiska.

Stawy Brustmana. Staw pierwszy.
Staw drugi.
Drzewa wyrastające z wody.
Potok Bielański.
Kładka nad Potokiem. Dla odważnych (i lekkich).

Lekka nie jestem, ale przeszłam.

Kościół pw. św. Marii Magdaleny.
Stary kościółek jest za mały na tak duże osiedle – w tle nowy kościół.

Samo osiedle piękne nie jest, ale ma swoje momenty.

W tym pięknym apartamentowcu z wielkiej płyty mieszkała z mężem Jarosławem i córką Natalią Anna Jantar. (W innym z tutejszych bloków kręcono film „Filip z konopi”).

Piosenkarka leży pochowana kilometr dalej, na Cmentarzu Wawrzyszewskim.

Są tu też groby powstańców warszawskich…

…oraz żołnierzy Września 1939.

I to już koniec pierwszego spaceru w żółtej strefie.

Piaski

Kiedyś była tu puszcza, którą wycięto, potem były wydmowe piaski powstałe w wyniku wyjałowienia gleby i nawiania ich z sąsiednich obszarów Bielan lub nawet Puszczy Kampinoskiej. Na planie Warszawy z 1939 r. nie ma w tym miejscu właściwie nic. Do lat 70-tych znajdowały się tu nieużytki i chaotyczna zabudowa, którą całkowicie wyburzono, by na jej miejscu wybudować osiedle Piaski, też niczym się nie wyróżniające. Jak tu zrobić wpis o miejscu tak nijakim? Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to osiedle brzydkie, bloki są zadbane, zieleńce i place zabaw również. Po prostu nie ma tu niczego, co by to osiedle wyróżniało spośród dziesiątków czy setek innych osiedli-sypialni. Chociaż…

…chociaż nie każde osiedle może się poszczycić taką budowlą…

Jesień na ekranie dźwiękochłonnym.
Wyznanie miłosne na piaskowym Megasamie.

Osiedle Inflancka

Miejsce o ponurej historii, dzisiaj znane głównie ze szpitala położniczego, kompleksu basenów, wieżowca Intraco, a ostatnio także z Gdański Business Centre. Oprócz tego jest tu też tytułowe osiedle mieszkaniowe, parę szkół zawodowych, skwer i ogródki działkowe. Sporo, jak na tak niewielki skrawek terenu.

Osiedle niespecjalnie ciekawe, ale ma swoje interesujące momenty, jak ta klatka schodowa.
Krzyż przydrożny w samym środku osiedla.
Business Center.
Intraco – jeden z najstarszych warszawskich „szklanych wieżowców”.

Góruje nad Muranowem niczym monolit z „Odysei kosmicznej”.

Pomnik Umschlagplatz w miejscu rampy kolejowej, z której wywożono Żydów do obozu zagłady w Treblince.

Ludzie ludziom zgotowali ten los. – Zofia Nałkowska, „Medaliony”.

Jak podaje redakcja OKO.press, niezastąpiony i niezawodny IPN poprawił niedawno pisarkę, doprecyzowując, że chodziło jej o Niemców: Ludzie (Niemcy) ludziom zgotowali ten los.

Nie, nie chodziło jej o Niemców. Ani o Ukraińców, Łotyszy czy samych Żydów z Żydowskiej Służby Porządkowej. Chodziło jej o LUDZI.

IPN do znanego, omawianego w szkołach na lekcjach języka polskiego cytatu – motta z „Medalionów” Zofii Nałkowskiej, dodał swoje uzupełnienie. Na czerwono, jakby poprawiał pisarkę. Albo jakby chciał wprowadzić widza w błąd – osoba, która cytatu nie zna, może go odczytać w całości jako oryginalny i uznać, że tak właśnie napisała Nałkowska w 1946 roku.

„Poprawka” IPN nie tylko wprowadza w błąd, ale także wypacza sens zdania, z którego autorka „Medalionów” uczyniła motto do książki opisującej nazistowskie zbrodnie.

„Tak zamyślona i zrealizowana impreza była dziełem ludzi. Oni byli jej wykonawcami i jej przedmiotem. Ludzie ludziom zgotowali ten los”. („Medaliony”)

Autorka wyraźnie podkreśla to, co najbardziej szokuje i przeraża: że opisywane przez nią zbrodnie wymyślił i przeprowadził człowiek. I zrobił to drugiemu człowiekowi. To ostrzeżenie skierowane do wszystkich ludzi, niezależnie od narodowości. Tak interpretuje się motto „Medalionów” na lekcjach języka polskiego w szkołach.

Źródło: https://oko.press/ipn-poprawia-na-czerwono-nalkowska-ludzie-niemcy-ludziom-zgotowali-ten-los-to-naruszenie-praw-autorskich/

Żeby jednak zakończyć spacer akcentem bardziej optymistycznym:

Pomnik litery „a” na terenie Technikum Poligraficznego.
Krój pisma a la megalit.

Zdjęcie zza płota, bo był wieczór i szkołę już zamykano.

Stary Wawrzyszew

Każda okazja jest dobra, żeby poznać kawałek bliższej lub dalszej okolicy. Dzisiaj były to zakupy w bielańskim Leclercu. Zanim do niego dotarłam, pospacerowałam sobie po Starym Wawrzyszewie (który wbrew nazwie leży w granicach Chomiczówki, nie Wawrzyszewa). Historia osady zaczyna się w mrokach średniowiecza, w XIV wieku, ale do dzisiaj zachowało się bardzo niewiele pozostałości z dawnych czasów. Ich miejsce zajęły blokowiska z lat 70-tych. Coś tam się jednak znalazło.

Potok Bielański.

Przede wszystkim zachował się tutejszy potok, który – podobnie jak Rudawka – jest rzeczką pojawiającą się i znikającą. Płynie przez sam środek osiedla, sam środek Parku Chomicza i sam środek Leclerca (w podziemnym tunelu).

Zachowały się też kapliczki.

Kiepskie zdjęcie, ale druga kapliczka stoi w takim miejscu, że bardzo trudno ją dobrze sfotografować. Musiałabym stanąć na środku ruchliwej ulicy lub na mocno uczęszczanych torach tramwajowych. W tle francuski hipermarket. Ave Leclerc!

Jeden z nielicznych zachowanych starych domów.

Tak do lat 70-tych wyglądał cały Stary Wawrzyszew. Dominowała zabudowa wiejska.

Dzisiaj dominują wielkie i brzydkie bloki, ale mieszkańcy mają do dyspozycji ogródki i niektórzy pielęgnują je bardzo pieczołowicie i z fantazją.

Jesienią, po burzy

A właściwie między jedną burzą a drugą. Pierwszą przesiedzieliśmy przed Sherlockiem Holmes’em, druga złapała nas na wiejskim przystanku autobusowym. Rozkład jazdy ze strony Urzędu Gminy nijak się miał do rozkładu na przystankowej tablicy, autobus nie przyjeżdżał, więc gdy burza się roszalała, postanowiliśmy ewakuować się do domu. W strugach deszczu, z wodą chlupoczącą w trampkach, wśród walących dokoła piorunów. Dawno się tak nie bałam. Przemokłam do suchej nitki, a że nie uśmiechał mi się powrót do Warszawy w przemoczonym ubraniu i butach, zostałam na wsi na noc. Najbardziej żal mi było jednak zagubionego pieska, yorka, którego zrozpaczoną właścicielkę spotkaliśmy na spacerze. Jeśli go nie znalazła, psina spędziła burzową noc gdzieś w mazowieckim lesie. Serce się kraje na myśl o przerażonym, małym, skomlącym stworzeniu wśród rozszalałego żywiołu.

Opędziłam ostatnio jesień kasztanami, ale czuję, że to za mało. Oto więc jesień – w wersji mrocznej, niczym Sherlocki z Jeremy’m Brettem.

Mapa satelitarna.
Grzybki…
Zamiast ptaków – samolot odlatujący na południe.