Powązki

Jak pisałam w czerwcu, wolskie Powązki to przede wszystkim cmentarze, ale istnieje tu także życie. Miejscem, które w ostatnich latach bardzo się zmienia, są okolice stacji kolejowej Warszawa Powązki i ronda „Radosława”. Na niewielkim skrawku terenu dużo się dzieje. Jeszcze kilka lat temu były tu głównie zakłady wulkanizacyjne, kamieniarskie i dzikie chaszcze, teraz wyrosło tu osiedle mieszkaniowe, a ostatnio także centrum biznesowe Forest Campus. Przemiana starego w nowe dzieje się just now.

Stacja Warszawa Powązki – chaszcze.

Zabudowania Fabryki Koronek Szymona Landaua z lat 1911-1912.

Produkowano tu koronki i tasiemki.

Kościół Świętego Karola Boromeusza na Cmentarzu Powązkowskim. (Co komuś zrobiło UFO – nie wiem).
Fabryka Koronek to teraz centrum handlowo-rozrywkowe.
Wieżowiec Forest Tower…

…jego patio…
…i jego taras.
Ten niższy – dostępny dla ludzi z ulicy (wyższy – na ostatnim piętrze – dostępny tylko dla wybranych).
Ogródek ziołowo-warzywny.

Osiedle Przy Arkadii – tu to nie chciałabym mieszkać.
Widok na Cmentarz Powązkowski.

I na koniec – Wola z lotu ptaka.

Młynów raz jeszcze

Ostatni spacer po Młynowie. Wśród wolskich osiedli to najskromniejsza okolica, niewiele tu też atrakcji. Owszem, jest zabytkowy cmentarz ewangelicki, ale otoczony wysokim murem i z zewnątrz nie widać jego piękna. Jedynym wartym odnotowania obiektem między ul. Młynarską a Okopową jest budynek, a właściwie posesja Fundacji Rodziny Nissenbaumów (budynek niezbyt ciekawy). Fundacja od 1983 r. zajmuje się ratowaniem dziedzictwa żydowskiego w Polsce.

Róg Obozowej (Okopowej, nie Obozowej – ciągle mylą mi się te dwie ulice) i Anielewicza – mur Cmentarza Żydowskiego, pod którym biegnie ścieżka do Fundacji.

Pomnik Wspólnego Męczeństwa Żydów i Polaków.
Mural upamiętniający zbrodnię wołyńską na rogu Młynarskiej i Żytniej.

Holokaust, rzeź, kilka cmentarzy w bezpośrednim sąsiedztwie… Nie da się tu zapomnieć o śmierci. Dodać do tego te wszystkie zaniedbane budynki mieszkalne w okolicy i depresja gotowa. Ta dzielnica zdecydowanie potrzebuje… ożywienia.

***

Miłe słowa padły ostatnio w komentarzach, cieszę się, że kogoś inspiruję i chciałabym w związku z tym napisać parę słów wyjaśnienia na temat tego mojego spacerowania, opisywania i obfotografowywania. Ten blog powinien się nazywać Pandemic Blog albo jakoś tak. Zaczęłam go pisać w kilka miesięcy po wybuchu epidemii koronawirusa, po kilku miesiącach siedzenia w domu na pracy zdalnej. Nie żebym nie lubiła tego systemu pracy (wreszcie się wysypiam!), ale… Przedtem przez 20 lat dojeżdżałam do pracy – z różnych miejsc, bo w międzyczasie zaliczyłam dwie przeprowadzki, ale przez większość czasu dojazdy zajmowały mi około dwóch godzin w obie strony. W ramach tych dojazdów były też piesze dojścia, ostatnio ok. 3 km. Ruchu więc miałam sporo, ale był to zazwyczaj ruch jednostajnie przyśpieszony, przerywany długimi interwałami stania w korkach w zatłoczonych autobusach. Cóż, Warszawa… Niestety były to wycieczki wciąż w to samo miejsce. I nagle to wszystko jakby nożem uciął. Czasu zrobiło się więcej, ruchu mniej. Po kilku miesiącach stwierdziłam, że trzeba coś z tym zrobić. A że zbiegło się to z niedawną przeprowadzką na Żoliborz, a także nielekkim czasem w pracy, wymyśliłam sobie te spacery. Postanowiłam poznać swoją nową dzielnicę; znam dobrze Śródmieście, Mokotów i generalnie południe Warszawy, ale stolica na północy kończyła się dla mnie na Pl. Wilsona. Żoliborz okazał się bardzo ładny, ale ponieważ jest niewielki, szybko trzeba było ruszyć dalej, w jeszcze bardziej „nieznane”, czyli Bielany, Bemowo, teraz Wola… Spodobało mi się to łażenie. W „Przekroju” przeczytałam kiedyś ładne określenie na ten rodzaj aktywności ruchowej – „miejskie szwendactwo”. Wiem, że takich jak ja jest więcej, bo robiąc research do moich niektórych wędrówek co i raz natykam się w Internecie na blogi i strony innych takich jak ja włóczęgów. Nawet dzisiaj widziałam młodą dziewczynę próbującą wejść na Cmentarz Żydowski. Był chyba zamknięty, więc przystanęła pod tablicą na murze (tą z mojego zdjęcia) i… też ją sfotografowała. Nie wiem, co ją tam przygnało, ale być może to samo, co i mnie. Pisanie bloga natomiast ułatwia dokumentowanie tych wędrówek (gotowy szablon i cała, że tak powiem, infrastruktura), mobilizuje do dowiedzenia się czegoś więcej o mijanych miejscach i – przede wszystkim – w ogóle do wyjścia za drzwi. Bo praca zdalna (właściwie hybrydowa – trzy dni w domu, dwa w biurze) nadal trwa, choć o pandemii wszyscy już chyba zapomnieli. I nie zapowiada się, żeby miała szybko się zakończyć – zdaje się, że urząd ma na tym spore oszczędności, albo po prostu kierownictwu też jest tak wygodniej. I barrrdzo dobrze :-). Zresztą teraz mam do pracy znacznie bliżej, więc w razie czego nie będzie problemu. Oczywiście wszystko to nie byłoby możliwe, gdybym miała rodzinę. Ale ponieważ jej nie mam (tak jakoś wyszło) – korzystam z tego, co los dał. A dał mi (oprócz mnóstwa wolnego czasu ;-)) przede wszystkim wspaniałego przyjaciela, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :-).

Bazar na Kole

Miejsce, które z wolskim osiedlem Koło kojarzy się najbardziej – jeden z największych i najbardziej znanych pchlich targów w Polsce. Każdy miłośnik staroci znajdzie tu coś dla siebie. Ceny – od 2 do 2000 zł (a pewnie i więcej). Działa w niedziele.

Najpierw jednak krótka przebieżka po okolicy.

Blok osiedla Koło-Zachód z lat 50. Całkiem przyjemny.
Modernistyczny kościół pw. Świętego Józefa Oblubieńca NMP.

OK, okolica zwiedzona. Idę na targ szukać skarbów.

Coś do domu?
Do biura?
Na podróż?
Może na narty?
Trzeba też pomyśleć o przyszłości – gustowna laseczka na spacery?
Portret prababki?
Globus?
Może bibelocik?
Zaczyna mi się kręcić w głowie…
A może coś takiego? (Cokolwiek to jest).
Nie wygląda mi to na moją kieszeń…
To też nie.
Ani to.
To również.
Wreszcie. Są – pudła!!

Nic dzisiaj nie wygrzebałam, ale jeszcze pochodzę… Tyle tu różności.

Ładne, ale gdzie ja to…?
Bazar wylewa się na ulice, na przystanki…

Rzeczy piękne, ładne, brzydkie, praktyczne i całkiem bezużyteczne, śmieszne, dziwne, zagadkowe, rozczulające, bardzo stare, niezbyt stare, jeszcze niedawno ostatni krzyk mody, rzeczy „o! mieliśmy kiedyś takie!” – wszystkie kiedyś do kogoś należały, a teraz stoją tu wśród tysiąca innych rzeczy, które też kiedyś do kogoś należały i wdzięczą się do przechodzących jak psy w schronisku. Podoba mi się egalitaryzm tego targowiska – autentyczne antyki stoją obok zwykłych śmietnikowych staroci, które koniec końców nie wylądowały najgorzej – mogły skończyć na wysypisku. Daje się jednak zauważyć, że uroda przedmiotów użytkowych kończy się mniej więcej w latach 60. Potem zaczął królować plastik, brzydota i niemal kompletny brak jakiegokolwiek wyróżnialnego stylu. Czy za kilkadziesiąt lat ktokolwiek będzie patrzył na dzisiejszego smartfona równie pożądliwie, jak ja dzisiaj na czarny ebonitowy telefon z tarczą? Będzie chciał położyć go sobie w przedpokoju jako ozdobę? Nie sądzę.

Uwielbiam takie miejsca, ale mam z nimi kłopot – jest tego wszystkiego za dużo. Mam ochotę kupić połowę z tych rzeczy, ale najczęściej – nie kupuję nic.

No, niezupełnie…

San H100B – wersja miejska. Tani nie był, ale jako miłośniczka i regularny pasażer komunikacji miejskiej musiałam go mieć w kolekcji.

Park i Cmentarz Powstańców Warszawy

Na niewielkim Ulrychowie znajdują się trzy parki i aż pięć cmentarzy. Najpiękniej wyglądają jesienią. Odwiedziłam dzisiaj trzeci z parków i drugi z cmentarzy. Cmentarz Powstańców powstał tuż po wojnie, w 1945 r., park – w latach 60.

Kaplica Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich.

U wejścia do parku usytuowali się… mormoni.

Główna aleja parku.

Białe, szklane podświetlane słupy to ekspozycja Muzeum Powstania Warszawskiego, montowana wiosną i demontowana jesienią, na której znajduje się 50 tys. imion i nazwisk oraz dat urodzenia ofiar Powstania Warszawskiego.

Wiersz Tadeusza Gajcego na jednym ze słupów.

Stutthof lub Neuengamme – prawdopodobne miejsca śmierci mojego dziadka.

Wywieziono go wraz z bratem, w czasie powstania.

Pomnik Polegli-Niepokonani.

Kamienie brukowe pochodzą z warszawskich ulic.

Pomnik jest jednocześnie zbiorową mogiłą – powstał na kurhanie, pod którym spoczęły prochy 50 tys. mieszkańców Warszawy – powstańców i cywili, poległych w czasie Powstania.

Kwatera żydowska na cmentarzu.

Modlitwa Szarych Szeregów po niemiecku.

Mortui sunt, ut liberi vivamus.

„Umarli, byśmy mogli żyć jako wolni ludzie”.

Umarli – przede wszystkim – niepotrzebnie.

Izba i Mur Pamięci.

Czyżby…???

Update: Confirmed. To dziadek i jego brat.

Kasztanowiec czerwony zasadzony dla powstańców Marii i Kazimierza Piechotków.

Piechotkowie przeżyli powstanie i po wojnie byli m.in. architektami warszawskich osiedli na Bielanach, tzw. „Piechotkowa” – spacerowałam po nim w 2020 r. (Maria Piechotka, rocznik 1920, przeżyła 100 lat).

Parkowy staw (dawna glinianka).

Osiedle Sowińskiego

Czyli Ulrychowa ciąg dalszy. Osiedle jest zwyczajne do bólu, uroku o tej porze roku dodaje mu jesień. Pomiędzy bloki z przełomu lat 50. i 60. powtykane jak rodzynki w ciasto (takie z dyskontu raczej, niż z cukierni) stare kamienice, kapliczki i drzewa.

ul. Garbińskiego – część stara.
ul. Garbińskiego – część nowa.
Kapliczka z 1868 r.
Na drugim planie pomnikowy jesion wyniosły.

Cmentarz Ewangelicko-Reformowany

Drugi z wolskich cmentarzy ewangelickich, na Młynowie. Założony w tym samym roku (1792), co sąsiadujący z nim (i połączony furtką) Cmentarz Ewangelicko-Augsburski. I z podobną historią. Jest nieco mniejszy, ale równie ładny, tą specyficzną starocmentarną urodą, zwłaszcza teraz, jesienią. Niestety miałam mało czasu na zwiedzanie, ale parę zdjęć zdążyłam zrobić.

Stefan Żeromski – najbardziej znany „lokator” cmentarza.

Na cmentarzu pochowany jest też Jeremi Przybora, ale jego grobu nie udało mi się znaleźć, mimo mapki i adresu.

To nie ten Blikle.

Lasek na Kole

Najbardziej centralnie położony las miejski Warszawy – od Pałacu Kultury dzieli go ok. 5 km. Najładniej podobno wygląda jesienią, ale wybrałam się chyba za wcześnie, zwiedziona złocistym klonem w ogródku Przyjaciela. Dzisiaj w lesie królowała jeszcze mroczna zieleń, co z drugiej strony jest jednak pocieszające.

Mroczna zieleń.
I nieśmiałe oznaki jesieni.
Ruiny w Lasku na Kole.

Pozostałości po urządzeniach natryskowych obiektu półkolonijnego wybudowanego w 1939 r. Według niektórych podczas wojny stał się on częścią KL Warschau i odbywały się tu egzekucje, ale traktować to raczej trzeba jako coś w rodzaju miejskiej legendy niż historyczne fakty. Zwolennicy teorii wiedzą jednak swoje i postawili pamiątkowy kamień. (A także urządzają „historyczne” wycieczki, czego sama dzisiaj byłam świadkiem).

Przez środek lasku co jakiś czas pędzą pociągi.
…pędzą pociągi.

Maszyniści z pewnością nie lubią tego miejsca, bo po torach cały czas kręcą się jacyś spacerowicze (m.in. autorka tego bloga) :-).

Oprócz torów kolejowych są tu też nieużywane tory starej bocznicy tramwajowej (cieszą się dużo mniejszą popularnością).

Spacerowiczów, biegaczy i rowerzystów w lasku w ogóle było sporo – z dziećmi, psami, a nawet z wielkim, futrzastym persem na smyczy, który na mój widok zjeżył się i zaczął prychać (nie wiem dlaczego, bo ja przecież lubię koty, choć może rzeczywiście niekoniecznie persy).

Stary Ulrychów

Najstarsza część Ulrychowa w dalekim zakątku Woli, między dawnymi Zakładami PZL „Wola” a linią kolejową, po drugiej stronie której znajdują się bemowskie Stare Jelonki. Można tu spotkać przedwojenne ceglane, a nawet drewniane domki, każdy z obowiązkową Maryjką na fasadzie. Cicho, spokojnie, małomiasteczkowo, wąskimi uliczkami krążą dwa autobusy, których pasażerowie z pewnością się wszyscy znają, przynajmniej z widzenia.

Ta kapliczka ma nawet własny adres :). Maryjki zdaje się jednak nie ma w domu.