Belweder

Ostatnia wycieczka na Trakt Królewski (jego śródmiejską część). Ciągnie się on jeszcze wprawdzie długo, przez cały Mokotów i pół Wilanowa, aż do wilanowskiego pałacu, ale tamtą część zostawię na kiedy indziej. Dzisiaj część królewsko-prezydencko-premierowska ul. Belwederskiej. Rezydowali tu królowie, książęta, prezydenci, marszałkowie, sekretarze, premierzy i kto tam jeszcze. Na małym osiedlu z lat 30., tuż obok, mieszkali zwykli zjadacze chleba, ale też należący do elity. Dzisiaj, żeby zostać sąsiadem premiera, z widokiem z okna na Łazienki, trzeba zapłacić ok. 1,7 mln zł za 5-pokojowe, 100-metrowe mieszkanie (wg portalu gratka.pl). Rzeczywiście gratka. (Ile to misek ryżu?)

Zaczęłam od końca, czyli od hotelu „Hera”, którego goście patrzą z okien już na Mokotów. (Tzn. patrzyliby, bo chyba teraz jest zamknięty).

Krągłości tu więcej – tutaj galerowiec na Lądowej.

Mieszkania są bardzo drogie, ale i bardzo luksusowe. Chociaż balkoniki niewiele większe od mojego (ale i ładniejsze).

Willa Narutowicza.

Ukryta wśród drzew i kamienic, wybudowana w latach 20. w stylu dworkowym.

Spacer po Spacerowej

Kończę powoli moje wędrówki po okolicach Traktu Królewskiego – a przynajmniej po jego zabytkowej, śródmiejskiej części. Za ulicą Bagatela Trakt przechodzi z Al. Ujazdowskich w ul. Belwederską, a skarpa warszawska przenosi się z jego wschodniej strony na zachodnią, co widoczne jest w nagłym spadku tej ulicy, a także sąsiadującej z nią ul. Spacerowej (chociaż tam spadek jest nieco łagodniejszy). Dużą część zachodniej strony ul. Belwederskiej zajmują ogromne tereny Ambasady Rosyjskiej (ale i kraj też niemały).

Kamienica na ul. Flory…
…z numerem 6584 nad bramą…
Przedwojenna, funkcjonalistyczna willa projektu Bohdana Pniewskiego przy ul. Klonowej, tzw. willa Bieruta.
Pl. Unii Lubelskiej.
Spacerową w dół…
…i Belwederską w górę.
Flora na murze przy ul. Flory.

Chwasty

Chwasty, jak się okazuje, też mają swoje święto – przypada ono 28 marca. I słusznie, należy im się. Jako osoba nieposiadająca ogródka ni działki, lubię je :). Podczas wczorajszej pierwszej wiosennej przejażdżki rowerem na sąsiadujące z włościami przyjaciela nieużytki były jedynymi kwitnącymi o tej porze roślinami. Kwiatki niewiele większe od główki szpilki, ale zawsze. Ja fotografowałam, a przyjaciel zrywał i pakował do wora – w celach bardziej użytkowych. A mój wszystkowiedzący smartfon podpowiadał, kto zacz.

Gwiazdnica pospolita.

Kosmopolita, występuje od wysp wokół Antarktydy po norweski Svalbard w Arktyce. Ma właściwości lecznicze.

Przetacznik bluszczykowy.

Ładny, ale w internecie piszą głównie o tym, jak go zwalczać.

Jasnota purpurowa.

Miododajna.

Czas na kąpiel

Make a bird bath (an upside-down bin lid will do).

Zrobiło się cieplej, więc poidełko zaczęło służyć także za wanienkę.

Wanienka nie z pokrywki, ale ze znicza (też się nadaje). Miałam lepszą, ale pękła podczas mrozów i przecieka. Ta jest trochę za mała i wróble (oraz sikory – modraszki i bogatki) strasznie chlapią. Ale obserwowanie ich przy tym daje dużo frajdy, zwłaszcza gdy chętnych do kąpieli jest więcej i zaczynają się utarczki i wzajemne podsiadanie.

Najpierw sprawdzamy, czy woda jest odpowiednia… czysta, ale deszczówka czy kranówka?…
…gdy uznamy, że się nadaje, ostrożnie wchodzimy do wanny…
…i zaczynamy energiczne ablucje…
Po kąpieli wyglądamy trochę nieporządnie, ale to nic – wysuszy się, wygładzi i będzie można iść na podryw.
Coś niesmaczna ta woda – pewnie modrak się w niej już wykąpał!… Albo jeszcze gorzej – te brudasy wróble…

Wszystkie trzy ptaszki odwiedziły moją ptasią łaźnię na wolnym powietrzu 25 marca.

Dzwoniec

Play like an eight year-old! Why not build a den or get together with friends and play the games you used to play outside?

Count the birds in your garden. Maybe you could keep a „window list” of what you’ve seen?

Dzwoniec zwyczajny.

Kolorowanki to nie jest może typowa zabawa „outside” (chociaż bawiłam się w nią także na dworze – na tarasie domu mojego brata lub w ogrodzie pod jabłonką), ale z pewnością jest to zajęcie, które uwielbiałam jako ośmiolatka. Niedawno ktoś wpadł na pomysł, że również dorośli mogą się przy tym zrelaksować i odprężyć i pojawiło się na rynku mnóstwo kolorowanek dla dużych dzieci. Mam ich sporo, a jedną z moich ulubionych jest ta z rycinami ptaków z XIX w. Czyli zabawa jakoś tam związana z naturą:). W ten sposób uniknęłam kopania nory:).

Dodatkowo, przedstawiony tu ptaszek pojawił się u mnie na balkonie w lutym, więc kwalifikuje się do mojej „window list”. Zdjęcia nie zdążyłam zrobić (zwiał, gdy tylko zbliżyłam się do okna balkonowego), ale rysunek też może być w charakterze dokumentacji. Po wpisaniu w google’a frazy „mały zielony ptaszek” zidentyfikowałam go jako dzwońca.

„Window list” #1

Count the birds in your garden. Maybe you could keep a „window list” of what you’ve seen?

Yes, I could.

Na początek szpak.

Odwiedził mnie z kumplami na początku marca. Napiwszy się, kumple odlecieli, a on został, bo wypatrzył nasiona słonecznika, które wysypałam w doniczkach.

Mój „ogródek” jest może niezbyt duży, ale odwiedza go sporo ptaków. A jeszcze więcej odwiedza zieleniec przed blokiem. Niestety nie jest łatwo je sfotografować komórką. Ale będę próbować.

Hyacinthius

Plant some bulbs.

Niestety na moim balkonie (wielkości nieco większej od chustki do nosa mojego dziadka) nie za bardzo da się posadzić rośliny cebulowe, więc zastępczo kupiłam hiacynta od pana na rogu.

Nazwa hyacinthius pochodzi od imienia Hiacynta, ukochanego Apollina i Zefira. Znaczy trochę gejowski kwiatek :).

A w ramach samodzielnego sadzenia cebulek na kuchennym parapecie posadziłam… cebulki (prezent od mamy). Będzie szczypior do jajecznicy i twarożku.

Ogród Botaniczny

Nie skakała już, lecz posuwała się idąc wolno, z oczyma utkwionymi w ziemię. Patrzyła na dawno zaniedbane rabaty, oglądała trawniki, a obchodząc je dokładnie dokoła, znajdowała coraz więcej drobnych bladozielonych kiełków. […]

Nie, ten ogród wcale nie jest martwy – rzekła cicho do siebie. – Jeśli nawet róże zmarniały, żyje tu jeszcze tyle innych roślin.

Wprawdzie Mary nie miała pojęcia o ogrodnictwie, wszakże wydawało się jej, iż gęsta trawa tak zarasta te miejsca, gdzie pokazują się kiełki, że biedne roślinki nie będą miały dość przestrzeni, by się rozrastać. Wyszukała zatem ostro zakończony patyk i poczęła nim kopać, a potem wyrywać trawę i chwasty, dopóki nie odsłoniła ziemi wokół roślin.

Frances Hodgson Burnett, „Tajemniczy ogród”.

Krokus wiosenny.
Ciemiernik biały.
Śnieżyczka przebiśnieg.
Rannik zimowy.
Wawrzynek wilczełyko.
Oczar wirginijski.
Świątynia Opatrzności (niedoszła).

Służbówki

Wszystkie te eleganckie kamienice, które fotografuję, miały swoją mroczną tajemnicę – kuchenne schody i służbówki. W ogromnych, wielopokojowych mieszkaniach służące „do wszystkiego” mieszkały w kilkumetrowych klitkach, często bez okna. Ale to i tak tylko te, które miały szczęście – wiele spało w kuchniach, czasem na antresolach, w ciemnych komórkach na klatkach schodowych, poddaszach albo w kątach łazienki.

Ich praca zaczynała się o świcie, a kończyła późnym wieczorem – każdą godzinę dnia miały wypełnioną najróżniejszymi obowiązkami. Wychodne – raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie, na kilka godzin. Dłuższe wolne – latem, gdy państwo wyjeżdżało na letnisko. Tyle tylko, że to „wolne” oznaczało bezdomność i bezrobocie. Żadnego urlopu, zabezpieczenia socjalnego, żadnej emerytury, żadnego wsparcia w razie choroby czy na starość. Pozostawały przytułki. Przez całe życie samotność i prawie żadnego życia prywatnego – chyba, że udało im się wyjść za mąż. Niechciana ciąża (często sprawka pana lub panicza) była osobistą tragedią. Dzieci oddawane na wychowanie krewnym lub zupełnie obcym ludziom. Służąca często nawet nie miała własnego imienia – to nadane na chrzcie państwo zamieniali na inne, najczęściej „Marysię” (chyba że to imię nosiła któraś kobieta z „państwa”).

Bywało, że w światlejszych, inteligenckich domach służąca była traktowana po ludzku, stawała się nieraz niemal członkiem rodziny, ale były to raczej wyjątki potwierdzające regułę. Los służących w przedwojennej Polsce był nie do pozazdroszczenia i były one grupą zawodową, która była chyba najbardziej pokrzywdzona i uprzedmiotowiona. Robotnicy mogli się chociaż zorganizować i zastrajkować w obronie swoich praw. One nie mogły nic. Nawet wyjść z domu bez pozwolenia pani.

A miały przecież swoje zasługi – nie tylko niańczyły dzieci, gotowały, sprzątały i prały koszule sławnych ludzi. Maria Luty, służąca Sienkiewicza, ratuje jego dobytek z Oblęgorka w czasie I wojny światowej, Aniela Brzozowska kończy gombrowiczowskie „Ferdydurke”, wiele ratuje przed zagładą polskich Żydów, swoich przedwojennych pracodawców lub ich dzieci. W piwnicy kamienicy w Al. Róż, którą sfotografowałam niedawno (wpis „Dolina Szwajcarska”), służąca Aniela Nowak przez kilka tygodni ukrywała rodzinę Glassów. A jeszcze inna, Anna Kaźmierczak, wydaje na świat dziadka kanclerz Angeli Merkel.

Losy polskich służących „do wszystkiego” opisała Joanna Kuciel-Frydryszak w znakomitej książce „Służące do wszystkiego” wydawnictwa Marginesy. Kupiłam ją mamie na gwiazdkę, po jej przeczytaniu była zachwycona. Nie przypadkiem – jej mama, a moja babcia, była taką służącą. Pochodziła z podpoznańskiej wsi, z wielodzietnej rodziny, skończyła cztery klasy szkoły powszechnej i jak wiele dziewcząt w jej położeniu poszła na służbę do pałacu, do rodziny Żółtowskich. Potem została „dana za kucharkę” ich córce, i tak trafiła do Warszawy. Tu wyszła za mąż, za chłopaka ze swojej wsi, który zakochany przyjechał za nią, urodziła troje dzieci. Dwoje z nich ukończyło zawodówki, ale „artystyczne” (szkołę rzemiosł artystycznych i kinooperatorów), a najstarsza, moja mama, zdała maturę i pracowała jako urzędniczka w placówce dyplomatycznej. Prawie wszystkie wnuki pokończyły studia. Są inżynierami elektronikami, informatykami, jeden jest niedoszłym archeologiem, a jedna wnuczka administratywistką :). Prawnuk skończył łódzką filmówkę. Można dużo złego powiedzieć o PRL-u, ale nie można zaprzeczyć, że zapewnił on awans społeczny wielu rodzinom. (Choć duża też zasługa Janowej Żółtowskiej, która wysłała babcię do Warszawy, gdzie jego możliwości były znacznie większe niż na wsi).

Z dokumentu wydanego przez córkę pani Janowej, Różę Czetwertyńską, można z kolei dowiedzieć się, że babcia „zna pranie, prasowanie, umie podawać do stołu, utrzymuje czysto mieszkanie, umie czyścić srebro i utrzymywać ubrania męskie i suknie w porządku”. Oraz że „jest miłego i wesołego usposobienia, jest pracowita, czysta i chętna do pracy, może dostatecznie zastąpić kucharkę”. Wszystko prawda, babcia świetnie gotowała i mimo ciężkich doświadczeń życiowych (wojna, strata męża) była bardzo wesoła. Swoich „państwa” wspominała dobrze.

Oba dokumenty dostałam od mamy do zeskanowania, na drugim z nich jest adres Czetwertyńskich na Koszykowej 6. Kamienica istnieje, byłam tam niedawno, ale nie zwróciłam na nią uwagi – muszę to nadrobić, koniecznie.