Metro Racławicka

Wpis z gatunku „shorts”. Spacer nie był krótki, ale „urobek” marny.

Stacja metra Racławicka, oddana do użytku w 1995 r., jest jedną z najbardziej zgrzebnych, nie ma tu żadnych ozdób, niczego, na czym by można oko zawiesić, mam jednak do niej sentyment, bo była to przez osiem lat MOJA stacja. Skromna, ale ileż dawała możliwości. Zamieszkawszy przy niej odkryłam, jakim błogosławieństwem jest mieszkanie przy metrze. Pokochałam je od razu. Wszędzie blisko i szybko. No, może nie wszędzie – tam, gdzie teraz mieszkam, nie da się nim dojechać. Still.

Okolica jest równie nieciekawa, jak sama stacja. Jedyne warte wspomnienia miejsce to muzeum Władysława Broniewskiego – willa z 1950 r., w której poeta spędził ostatnie lata życia.

W czasie Powstania toczyły się tutaj (jak zresztą na całym Starym Mokotowie) zacięte walki, o czym przypomina tablica pamiątkowa przy południowym wyjściu z metra.

Na tym terenie walczyła Kompania 0-2 Pułku AK „Baszta”.

Jest tu jeszcze Reytan, do którego chodzili m.in. Andrzej Zoll czy Barbara Nowacka, ale budynek szkoły też mało ciekawy.

Lato w mieście

Lato zaczęło się gorąco, więc na spacer wyszłam po 20-tej. Zapuszczam się coraz dalej w Stary Mokotów, i zaczyna on być naprawdę stary, więc robi się coraz ciekawiej. Ale na razie tylko pierwsze jaskółki.

Ładne te balkoniki.
Sgraffito na budynku z lat 30. na ul. Madalińskiego.

Wykonała je artystka Elżbieta Malcz-Klewin.

Technika sgraffita ściennego, znana od starożytności, polega na nakładaniu kolejnych, kolorowych warstw tynku lub kolorowych glin i na zeskrobywaniu fragmentów warstw wierzchnich w czasie, kiedy jeszcze one nie zaschły (nie utwardziły się). Poprzez odsłanianie warstw wcześniej nałożonych powstaje dwu- lub wielobarwny wzór.

Matka Boska Kocia?

Nie wiem, jaki artysta wykonał ten malunek, ale wygląda niesamowicie. I bardzo łatwo go przeoczyć, zauważyłam go dopiero za drugim razem.

A tak poza tym jest tu baardzo zielono.

Boże Ciało – WSM Mokotów

Czyli parę impresji z kolejnego spaceru po Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Starym Mokotowie, tym razem w akompaniamencie dzwonków procesji.

Na północ od ul. Dąbrowskiego spółdzielnia zaczyna się mieszać ze starszą zabudową.

Ślepy zaułek. (A może nie?)

Gdzieś w tych okolicach był na ścianie budynku ślad po wymalowanym ekranie, na którym w czasach przedtelewizyjnych wyświetlano mieszkańcom filmy (zapewne jedynie słuszne), ale nie znalazłam.

Znalazłam za to neon.

Neon na budynku Klubu Dowództwa Garnizonu Warszawa (takiego domu kultury dla warszawskich wojskowych).

Osiedle WSM Mokotów

Powojenna kontynuacja żoliborskich osiedli spółdzielczych, z lat 40. i 50. Czyli znowu Żoliborz mi się przypomniał. Ładnie, ale nie tak jak tam.

Dom, w którym mieszkał Paweł Jasienica, przy rondzie jego imienia.
Galeriowiec, w którym od miesiąca chodzę na fitness.

Jaki diabeł mnie podkusił, żeby się tam zapisać??? 😉

Skwer Wojciecha Młynarskiego.

Mural inspirowany „Miłością w czasach zarazy” Gabriela Garcii Marqueza. Autor: Mikołaj Rejs.

Biały Kamień

Ostatni spacer po Wyględowie – na raty – pierwsza część była w zeszłą niedzielę, ale pogonił mnie deszcz, dokończyłam dzisiaj. Żeby nie było, ja się cieszę, że maj jest taki chłodny i deszczowy, jeszcze zatęsknimy za tym chłodem i wilgocią.

Domki na ul. Gimnastycznej.

Sąsiadują z Agencją Wywiadu, czyli polskim MI6, ale tam zdjęć robić nie wolno, więc idę dalej, aż do ul. Kulskiego. Niedaleko jest też szpital MSWiA, w którym miałam kiedyś nieprzyjemność spędzić noc na SOR-ze. Po wielu godzinach wyjęli mi wenflon i wypuścili o 3-ej nad ranem do domu, dokąd wróciłam pieszo, bo rozładowała mi się komórka i nie miałam jak wezwać taksówki. Na szczęście mieszkałam wtedy blisko.

ul. Kulskiego. …i tu deszcz zaczął padać.

Więc wróciłam do domu i z braku lepszych rzeczy do roboty poszłam na wybory.

Stróżówka z lat 20-tych na ul. Boboli.

Jedyny chyba starszy budynek w tej okolicy, reszta to nowe osiedle Biały Kamień (nie wiem, skąd ta nazwa) i biurowce.

Nic tu nie ma ciekawego, więc przechodzę przez ul. Rostafińskich i zanurzam się w zieloną czeluść Pola Mokotowskiego.

Piknik na Polach Mokotowskich.

Kiedyś przychodziłam się tu opalać. Ale to dawno było, dzisiaj bym się już nie odważyła.

Żużel

W życiu bym nie pomyślała, że moja pierwsza wizyta na Narodowym odbędzie się przy okazji Grand Prix w sportach motorowych (?!). Ale gdy się weźmie pod uwagę, że się ma kuzyna, którego ojciec był mistrzem Polski w Czarnym Sporcie, to już nie jest takie zaskakujące.

Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi, czy raczej jeździ, ale „robiłam flagę” podczas hymnu, świeciłam komórką, śpiewałam „Sen o Warszawie”, robiłam falę, buczałam na sędziego i miałam szalik, czyli krótko mówiąc kibicowałam jak się patrzy. I gdyby nie straszliwy ziąb, to bawiłabym się nawet nieźle. Żal mi było tylko ptaszka, który zabłąkał się pod dach stadionu i latał przerażony w straszliwym ryku motorów i tłumu.

Okienko pogodowe w drodze na stadion.

Hmm…

Najtańsze miejsca, pod samym dachem. Nie wzięłam lornetki.

Z takiej perspektywy panoramy Warszawy jeszcze nie oglądałam.
Zawodnicy jeżdżą po czterech, w kaskach czerwonym, niebieskim, białym i żółtym.
Prezentacja.

Startowali zawodnicy z Polski, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Australii, Danii, Słowacji, Czech, Niemiec, Łotwy i Portugalii.

Ci szaleńcy jeżdżą bez hamulców. Sport jest bardzo niebezpieczny, także i podczas tegorocznego Grand Prix doszło do poważnego wypadku, Australijczyk wylądował w szpitalu.

Ale jego kolega, Jack Holder, wylądował na najwyższym stopniu podium. A drugi na drugim.

Kibice z Australii, których kuzyn spotkał przed południem na mieście, nie przylecieli taki kawał drogi na próżno.

Nasz Dudek tylko trzeci. Dobre i to.
Jeszcze tylko pokaz fajerwerków…
…i wracamy do domu.