Zatonie

Ruiny XVII-wiecznego pałacu.

Barokowy dwór wybudowany przez Baltazara von Unruha, przebudowany w XIX w. w stylu klasycystycznym przez księżnę Dorotę de Talleyrand-Perigord.

Najładniejszy jest tu park – ze stawami, mnóstwem starych, pomnikowych drzew i łąką czosnku niedźwiedziego (do podziwiania wiosną).

Mimo tak potężnej dziury w pniu ta lipa trzyma się całkiem dobrze.
Dąb Talleyranda.

I jeszcze platan:

Targ staroci.
Zielonogórska secesja.
Prawie jak w Lizbonie.
Piekarnia, w której chleb kupowaliśmy.

Zielona Góra

Niecałe pięć dni, ale były i pałacowe ruiny, i stare drzewa, targi staroci i kiermasze książek, przepyszna jajecznica z wiejskich jajek, placki ziemniaczane z gzikiem, ruskie pierogi, czeskie knedliki, ukraińskie cukierki, węgierskie kurtosze i grillowane kiełbaski na tarasie, wróble (też na tarasie), stacyjki kolejowe, lotniska z niespodzianką, winnice, podwójne tęcze, korowód i oczywiście dużo wina – tego za 9 dych i tego z truskawek (piwem też nie gardziliśmy). No i rzecz jasna żużlowe mistrzostwa świata w telewizji i „Nie patrz w górę” na Netflixie. Czyli Winobranie u rodzinki. Nie jestem wybredna ni wymagająca jeśli chodzi o wakacyjne atrakcje.

Ale pierwszego dnia był tylko płot…

…i wesołe miasteczko:

Podlewanie kamieni

Czyli kamienne bonsai – tylko Japończycy mogli coś takiego wymyślić. Bonsai, origami, haiku, ikebana, japońskie ogrody i grafika, a teraz to. Suiseki – o tym wcześniej nie słyszałam. Sztuka artystycznego eksponowania kamieni i skał (wykorzystywana również jako uzupełnienie bonsai i ikebany). Jak wszystkie japońskie sztuki ma swoje ściśle ustalone zasady. Kamienie muszą mieć odpowiedni kształt, jakość i materiał, kolor, powierzchnię, wiek i coś, co się nazywa yoseki, czyli muszą być odpowiednio wypielęgnowane. Kamienie się na przemian podlewa, suszy i wystawia na działanie słońca, oczywiście latami. Tak powstaje patyna, nadająca kamieniowi „dojrzałości”.

Jedna z dziesięciu cnót bonsan mówi: Możesz patrzeć na wielkie widoki bez dalekich podróży i to jest chyba istota sztuki zarówno bonsai, jak i suiseki.

Uwielbiam też kontemplacyjność i skupianie się na szczegółach oraz generalnie zasadę „mniej znaczy więcej”, charakterystyczną dla większości japońskich rodzajów sztuk.

W krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha można obejrzeć wystawę poświęconą „żywym kamieniom”. Niestety nie można teraz obejrzeć wystawy głównej, bo jest zmiana ekspozycji (o czym nie wiedziałam), ale wycieczki do Krakowa nie uważam za nieudaną. Muszę po prostu przyjechać raz jeszcze. (Informacja praktyczna: uwaga na stopy lub skarpetki – trzeba zdjąć buty).

Planty.
Sukiennice.

A to moje domowe suiseki – jak trochę popodlewam…

I jeszcze jedno – to ma również zastosowanie praktyczne, trzymam w nim biżuterię, teraz akurat srebrną bransoletkę kupioną w Sukiennicach:

Słoneczna

Ulica Stefanii Grodzieńskiej, pięknie położona na skraju skarpy. Okolica ładna, ale oszpecona Centrum Finansowym Puławska i Europlexem, postawionymi w miejscu kina „Moskwa”. Było to kiedyś największe kino w Polsce i najczęściej przeze mnie odwiedzane, bo było najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Oglądałam tam m.in. po raz pierwszy Gwiezdne Wojny. Dzisiaj po kinie zostały tylko lwy.

A to budynek Państwowego Zakładu Higjeny, czyli obecnie Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – od strony skarpy:

Tu od frontu – kompletnie zasłonięty przez biurowiec.

Dodge Charger z lat 70.

Riget

Teren pod szpitalem „Królestwo” to dawne mokradła. Były tu stawy, przy których bielono płótno. Ludzie moczyli wielkie płachty tkaniny w płytkiej wodzie i rozkładali do bielenia. Woda parująca z płócien otulała całą okolicę mgłą. Później zbudowano tu szpital państwowy. Bielarzy zastąpili lekarze i naukowcy. Najlepsze mózgi w kraju i najdoskonalsza technologia. Dla ukonorowania dzieła nazwali szpital „Królestwem”. Mieli zgłębiać tajniki życia, a przesądy nie powinny już nigdy zachwiać bastionów nauki. Być może pycha ich była zbyt wielka i nazbyt odżegnywali się od spraw duchowych, gdyż z czasem chłód i wilgoć zaczęły powracać. Drobne oznaki zmęczenia z wolna objawiały się w tym dość solidnym i nowoczesnym budynku. Nikt z żywych jeszcze nie wie, ale brama królestwa na powrót się otwiera.

Królestwo„, reż. Lars von Trier, 1994 r., miniserial; surrealistyczna czarna komedia i horror.

Takie rzeczy tylko w latach 90-tych. Ci przeklęci Duńczycy!

A tak mi się przypomniało, bo oglądałam całkiem niedawno, a musiałam dzisiaj odwiedzić ursynowskie królestwo (jako osoba towarzysząca):

Ursynowski szpital również leży w pobliżu jeziora. Jeziorko Imielińskie jest unikatowym polodowcowym zbiornikiem wodnym na terenie Warszawy, jego wiek szacuje się na 200 tys. lat. Położone jest w niecce wyścielonej nieprzepuszczalnymi glinami po tzw. martwym lodzie. Jest mocno zarośnięte i nawet nie wiem, czy jest teraz jakieś dojście do lustra wody. Kiedyś chadzałam tu na spacery z S., zbierałyśmy pałki.

W czeluściach komputera znalazłam jedno stare zdjęcie (z 2007 r.) z tamtych spacerów (dzisiaj już dojścia w to miejsce nie ma):

Wrzosowisko

Mamy prawie wrzesień, a jak wrzesień, to wrzosy, a jak wrzosy, to wrzosowisko. Kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, w miejscowości Mostówka, znajduje się jedno z największych i najpiękniejszych polskich wrzosowisk, a także to, z czego słynie Mazowsze, czyli leśne wydmy. A dokładnie Wydmy Lucynowsko-Mostowieckie (Obszar Natura 2000). Teren o powierzchni 435 ha, leżący na wysokości od 89 do 111 m n.p.m. (trzeba się trochę powspinać), porośnięty murawami psammofilnymi (czyli piaskolubnymi) oraz wrzosowiskami właśnie. Miejsce powstało na obszarze strawionym przez pożar w 1993 r. Obecnie ponownie zarasta lasem. Można łatwo dojechać pociągiem, bo leży tuż przy linii kolejowej na Ostrołękę (chociaż zazwyczaj trzeba się przesiąść w Tłuszczu, co też zrobiłam).

Central Park

Tak nazywana jest odnowiona część Pola Mokotowskiego. Wybrałam się na spacer żeby poczuć się trochę bardziej jak w Nowym Jorku. Trochę bardziej, bo oczywiście noce spędzam na US Open.

Central Parku to mi raczej nie przypomina, inaczej go zapamiętałam, ale jest dosyć ładnie, chociaż trochę sztucznie, mimo że zostawiono sporo chwastów, co się chwali.

Budynek bez okien, czyli Biblioteka Narodowa.

Chyba ktoś odprawiał tu jakieś misterium.

Ścieżka Ryszarda Kapuścińskiego.

Zajrzałam też na stary stadion Skry. Obiekt jest przebudowywany, wybudowano nowy stadion, ale na starym też biegają, są nawet „kibice”, tylko trochę cisi:

W sekcji pływackiej Skry, czyli na nieistniejącym już basenie, nauczyłam się pływać.