Dęby Młocińskie

W okolicach Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego „Dęby Młocińskie” byłam już w lipcu, ale wtedy tylko przeszłam wzdłuż ciemnozielonej, gęstej ściany. Zanurzenie się w głąb zostawiłam na jesień, bo spacery po lesie jesienią są najpiękniejsze. Zwłaszcza po dłuższej spacerowej przerwie. Zwłaszcza po poranku spędzonym na dłubaniu przez okulistę w oku. I zwłaszcza po dwóch tygodniach ostrego zapieprzu w pracy.

Niezrażona tablicami ostrzegającymi, że wchodzę na własną odpowiedzialność, bo wejście do lasu grozi mi spadającymi na głowę konarami i kleszczami, śmiało wstąpiłam na ścieżkę. To było jak zanurzenie się w ocean. Niemal zakręciło mi się w głowie od tego leśnego powietrza, leśnych zapachów i odgłosów. W pełni zrozumiałam dzisiaj znaczenie japońskiego słowa shinrin yoku („kąpiel leśna”), wymyślonego w kraju znanym z życia w permanentnym stresie. W dodatku miałam cały ten las prawie wyłącznie dla siebie, spotkałam tylko dwóch panów z psami na spacerze; jeden, z błękitnookim husky, powiedział mi nawet „dzień dobry”.

Zespół utworzono niedawno, w 2002 r., na terenach nalezących uprzednio do Huty Warszawa.

Wcześniej, przed I wojną światową, teren należał do carskiego pułkownika, który założył tu park, po którym zachowały się dwie aleje, a jeszcze wcześniej, w XVIII wieku – do Henryka Bruhla, który miał tu bażantarnię i zwierzyniec.

Przy wejściu do lasu znajduje się pomnik poświęcony powstańcom warszawskim, poległym podczas ataku na lotnisko bielańskie.

Nieco dalej mieści się powstańcza mogiła.

To tyle historii, mnie interesowały jednak głównie one – drzewa.

Nie ma tu wprawdzie zarejestrowanych pomników przyrody, ale rozmiary niektórych drzew robią wrażenie.

Jedna z alej – od strony huty.

Z oddali dochodzą przytłumione dudnienia i stukot kół pociągów wożących stal.

Z wielu drzew pozostały tylko kikuty.
Las to nie tylko dęby, ale też np. brzezina.
Jesienny bałagan.
Zimno trochę, co?
Czasem trzeba się trochę schylić.
Pień omszały…
Pień gładki i oślizgły…
Pień zamyślony (wygląda trochę jak tolkienowski Ent)…
Pnie w miłosnym uścisku…
Anakonda?
Gdy już wychodziłam, na chwilę wyszło też słońce.
Zatrzymany w pół drogi.

***

I tylko nie mogę uwolnić się od myśli, że gdzieś tam, w Polsce, ludzie z dziećmi koczują w podobnym lesie na gołej ziemi. Wpłaciłam równowartość jednego pakietu ratunkowego do jednej z fundacji, ale przecież takie rzeczy po prostu nie powinny się w ogóle dziać.

Opublikowane przez typikalme

Z wykształcenia administratywista i edytor. Z zawodu urzędnik. Z urodzenia (dość już dawnego) warszawianka. Mieszkam (aktualnie) na Żoliborzu. Wychowałam się na Czerniakowie i w Śródmieściu na Ścianie Wschodniej, urodziłam się na Szmulkach, a do liceum chodziłam w Wilanowie. Lubię szwendać się po mieście, pieszo i zbiorkomem. Z aparatem (w telefonie) w pogotowiu. Serce mam po lewej stronie. Namiętnie czytam „Przekrój”. "Typical me" pochodzi z piosenki The Smiths "I Started Something I Couldn't Finish".

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: