Plac Powstańców Warszawy i okolice

Prudential.

Wieżowiec w stylu art deco, wybudowany w latach 1931-1933 jako najwyższy budynek w Polsce. Bohater jednego z najbardziej efektownych – nie ma co kryć – zdjęć z czasów II wojny światowej, na którym cała jego górna część eksploduje trafiona pociskiem. Oczywiście zburzenie Warszawy było zbrodnią, ale zdjęcie jest ikoniczne i ma swój wyraz.

Obecnie, po remoncie, w budynku mieści się – ponownie – hotel.

A dookoła mury, mury, mury, gmachy, sądy, instytucje… Na środku Placu Powstańców – przed wojną Placu Napoleona – stał do niedawna pomnik cesarza Francuzów, ale obecnie, w związku z budową parkingu podziemnego go przeniesiono i niestety nie udało mi się ustalić jego aktualnego miejsca pobytu. Ale ma wrócić.

Biuro Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej w Polsce.

Od czasów mojego dzieciństwa bardzo się tu zagęściło.

Mieszkańcy bloku po lewej nigdy nie mieli ładnego widoku z okien, na tym placu stał niewysoki pawilon handlowy z artykułami gospodarstwa domowego jeśli dobrze pamiętam, ale teraz mieszkańcy patrzą na czarne pudło luksusowego domu handlowego Vitkac, w którym ceny są takie, że nie wiem, jakim cudem toto funkcjonuje. Wyrazy współczucia.

Biurowiec Nautilus.
Dom handlowy „Smyk”.

Wreszcie, wreszcie – odnowiony i bez reklam. I z neonem :-). Jeszcze gdyby wróciła kawiarnia na tarasie… Mama kupowała mi tu buciki i zabawki i zaprowadziła po raz pierwszy do fryzjera. Był to specjalny fryzjer dla dzieci – ze specjalnymi małymi fotelikami. Obcięto mnie niestety na pazia…

Wracam do domu. Podwieziecie mnie?

Pałac Jabłonowskich i okolice

Budynek Banku Polskiego z lat 1907-1911.

Początkowo rosyjski Bank Państwa, po odzyskaniu niepodległości Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa, a następnie siedziba Banku Polskiego. W trakcie Powstania Warszawskiego powstańczy bastion – na fasadzie znajdują się liczne ślady zaciętych walk. Obecnie mieści się tu centrum eventowe.

Dom Pod Królami – siedziba ZAiKS-u.

W XVIII w. siedziba Biblioteki Załuskich – w czasach zaborów zbiory wywieziono do Petersburga, a budynek zamieniono w skład mąki, a następnie w kamienicę mieszkalną.

Znakiem rozpoznawczym budowli są popiersia królów Polski na fasadzie, niestety nie podpisane. Tu na zdjęciu mamy zdaje się królów-bliźniaków.

Tuż obok znajdują się zwyczajne bloki osiedlowe.
Pomnik Bohaterów Warszawy – Warszawska Nike.

Jeden z symboli stolicy. Upamiętnia wszystkich, którzy zginęli w Warszawie w latach 1939-1945.

Nike w mitologii greckiej była boginią zwycięstwa. Autorem rzeźby jest Marian Konieczny. Początkowo pomnik stał na stosunkowo niewysokim cokole na Placu Teatralnym. Podczas przeprowadzki na nowe miejsce cokół podwyższono, gdyż autor chciał, aby wydawało się, że Nike szybuje w chmurach. Zamiar chyba się udał.

Przeprowadzka Nike związana była z „odbudową” Pałacu Jabłonowskich, dawnego ratusza miasta Warszawy, zburzonego w czasie wojny. Piszę w cudzysłowie, bo zrekonstruowano tylko fasady i to głównie od frontu. Od tyłu wygląda tak jak na zdjęciu. Do odbudowy użyto współczesnych materiałów, zmieniono układ pięter – niektóre z nich wypadają w… połowie wysokich okien. W środku mieści się m.in. amerykański Citibank. Wszystko to sprawia, że całość wygląda nieco sztucznie.

Ocalałe elementy żeliwne sali balowej pałacu.
Brama pałacu z zarysem studni.

Tuż obok Pałacu Jabłonowskich, na posterunku w Pałacu Blanka zginął 4 sierpnia 1944 r. Krzysztof Kamil Baczyński, co upamiętnia tablica.

Bezdomny przed kościołem kapucynów na Miodowej.

Kapucyni w swoim klasztorze prowadzą jadłodajnię dla bezdomnych. Mój stosunek do działalności kościoła katolickiego w Polsce jest – delikatnie mówiąc – krytyczny, ale ta inicjatywa (zarówno jadłodajnia, jak i rzeźba) bardzo mi się podoba.

Rzut oka na wjazd do tunelu Trasy W-Z.

Upały V

Gorąc… Skwar… Lampa… Do urlopu daleko… Przy tych temperaturach nie ma mowy o jakichś dalszych wędrówkach, ale siedzieć w domu też przecież nie będę cały czas, jest w końcu lato. Postanowiłam, że będę chodzić wieczorami chociaż po najbliższej okolicy – domu, pracy i gdzie mnie tam poniosą obowiązki lub potrzeby. Czyli minimalizm już taki totalny. Na początek Moje Osiedle. Było już na blogu, ale trzy lata temu, od tamtej pory trochę się pozmieniało. Składa się ono z pięciu części i ja mieszkam w piątej, najnowszej (i najbrzydszej). Co nie znaczy, że brzydkiej. Taki paradoks – najbrzydsze, a niebrzydkie. Bo osiedle jako całość jest ładne. A spółdzielnia zadbała, żeby było jeszcze ładniej. Oto dowód:

Pasieka pszczela.
A przed nią łączka, a za nią budynek rzeczonej spółdzielni, tj. jej administracji.

To jest taka stara, dobra, żoliborska spółdzielnia – ze spółdzielnianą gazetką wrzucaną lokatorom do skrzynek, konkursami na najładniejszy balkon/ogródek (przypomnę, że balkony na moim osiedlu mają wielkość dużej chustki do nosa) i ogólnie dość rozwiniętą tzw. działalnością społeczną. I z miłą panią w tejże administracji.

Tutaj lista roślin posadzonych na łączce.

Susza i upały niestety dają się kwiatkom we znaki i w realu nie kwitną tak bujnie, jak te na obrazku, ale pszczołom to nie przeszkadza i uwijają się przy nich jak… pszczółki. Na pewno łączka wygląda jednak lepiej niż ta w ogrodzie Big Brothera, he, he.

Są i dydaktyczne tablice. Ta o tym, jak odróżnić nasze najpospolitsze pszczołowate i osowate.

To jedna nowość, która się ostatnio na osiedlu pojawiła. Druga jest bardziej prozaiczna, ale dla mnie warta odnotowania, bo bardzo mi GO w okolicy brakowało. Otóż w pobliskiej galerii handlowej pojawił się Rossmann.

Galeria nie jest może jakoś specjalnie wyszukana – ot, supermarket, tania sieciówka z odzieżą i produktami do domu, parę sklepów z ciuchami i butami, jakiś optyk, jakiś sklep zoologiczny, apteka jakaś, sieciowa szkoła angielskiego no i ostatnio Rossmann właśnie.

O tym, że jest to jednak prawdziwa Galeria przez duże G świadczą one – ruchome schody.

I na koniec jeszcze galeria uliczna, a właściwie chodnikowa:

Napracowały się dzieciaki.

Ciekawe, jak będzie to wyglądało po burzy?

Czerwiec

Cienko ze spacerami znowu, ale czerwiec, mimo że piękny, to dla mnie ciężki miesiąc, głównie ze względu na nawał pracy w jego pierwszej połowie. Druga połowa to z kolei upały lub deszcze. Na szczęście był czeski przerywnik, który jakoś go tam zapisał we wspomnieniach.

Cieszyn

Wstawszy rano przyuważyliśmy, że za torami kolejowymi, na placu, rozpoczyna się jakiś ruch – zjeżdżają furgonetki, zbierają się ludzie. Kierując się instynktem, postanowiliśmy udać się tam na prochazku.

Nie pomyliliśmy się – był to pchli targ. Nie różnił się zbytnio od pruszkowskiego, pomijając język w starociach drukowanych – nawet sprzedający i kupujący byli w dużej części Polakami. Pochodzilim, pooglądalim. Waga na zdjęciu mnie zauroczyła, miała piękny korpus w kolorze „błękitu niemowlęcego”. Nic nie kupiwszy, poszliśmy jeszcze na zakupy do Billi nabyć czeski nabiał oraz jelenie i dzicze bobki tudzież kultowe Lentilky. I udaliśmy się przekroczyć granicę, w sensie jak najbardziej dosłownym, czyli dostojnie krocząc.

Z językami słowiańskimi zabawne (i frustrujące) jest to, że próbując dogadać się z naszymi pobratymcami ma się to wrażenie, że jest się na „granicy zrozumienia”, ale zawsze znajdą się takie słowa, na których można się wykopyrtnąć, bo znaczą one zupełnie coś innego, niż po naszemu. Cerstvy to „świeży”, chut to „smak” itd. Pierwotne znaczenia wędrowały bowiem sobie zupełnie innymi ścieżkami, lądując ostatecznie zupełnie gdzie indziej po różnych stronach granic.

Poezjomat na Moście Przyjaźni.

Prezentuje wiersze (i piosenki) słynnych polskich i czeskich poetów.

ul. Głęboka – widok sprzed wejścia na wzgórze zamkowe.

Cieszyn, stolica Śląska Cieszyńskiego, jest niedużym, nieco ponad 30-tysięcznym, ale bardzo starym miastem – początki sięgają IX w., kiedy to lechickie plemię Gołęszyców założyło tu swój gród. Legenda z kolei wspomina o trzech braciach – Bolku, Leszku i Czeszku, którzy spotkali się tu po długiej wędrówce i u stóp bijącego źródła założyli gród Cieszyn. W rzeczywistości zalążkiem dzisiejszego miasta jest Góra Zamkowa.

Romańska rotunda z XI w., pełniąca funkcję kaplicy pw. św. Mikołaja.

Jeden z najważniejszych zabytków w Polce, widniejący m.in. na banknocie 20-złotowym.

Tutaj z drugiej strony.
Wieża Ostatecznej Obrony.

Średnica wieży to 12 m, zaś jej wnętrze użytkowe zaledwie 3, co oznacza grubość murów ponad 4 m.

U góry i u dołu – „wnętrze użytkowe”. To tutaj gnieździli się ci średniowieczni wojowie?

W trakcie prac archeologicznych natrafiono tu na liczne skorupy oraz ponad 80 srebrnych monet z XV w.

Wieża Piastowska – symbol Cieszyna.

Na szczycie widoczny (ledwie) orzeł piastowski. Można na nią wejść – po 120 stopniach – by podziwiać panoramę Cieszyna.

Ja ograniczyłam się do innego punktu widokowego, takiego, na który nie trzeba było się wspinać, a Most Przyjaźni oraz Czeski Cieszyn też było dobrze widać.

Po Zamku w Cieszynie, siedzibie Piastów cieszyńskich, zostały w zasadzie tylko te trzy budowle – kaplica, baszta i wieża – sam zamek został w dużej mierze zniszczony podczas wojny trzydziestoletniej w XVII w., a następnie rozebrany w wieku XIX. Na jego miejscu założono park.

Jeden z parkowych pomników przyrody.
Zbliża się południe – „trzymajmy się cienia”.

Biblioteka Miejska.

A to, drodzy warszawiacy, są „lauby”, jak określiła je zapytana przez nas o drogę młoda Ślązaczka.

Rynek cieszyński mogłam sfotografować jedynie fragmentarycznie, bowiem niestety jest akurat niemal w całości w remoncie.

Herb Cieszyna na tympanonie ratusza – orzeł oczywiście piastowski.

Herb Czeskiego Cieszyna jest niemalże identyczny.

Zapuściwszy się w zaułki:

Zaułki schodkowe są, owszem, malownicze, jednak w 30-stopniowym upale stanowią dość duże wyzwanie, a nawet mogą być powodem pewnych napięć, na szczęście załagodzonych. Bieganinę po tych schodkach czułam w nogach przez resztę drogi do domu, ale warto było.

Cieszyńska Wenecja.

Z tą Wenecją to gruba przesada, jednak uroku odmówić jej nie można. Budynki z XVIII i XIX w. należały niegdyś do rzemieślników – garbarzy, tkaczy, sukienników, białoskórników i kowali. Do pracy potrzebna im była woda, stąd położenie ulicy nad kanałem Młynówki. Domki do dzisiaj są w większości zamieszkane.

Mur oporowy.

Dobra, pora wracać i pędzić na autobus – trzeba tylko wspiąć się na te schodki…

Do Cieszyna dosyć ciężko się dostać i wydostać (mówię o osobach niezmotoryzowanych). Jest to skutek podziału miasta w latach po I wojnie światowej. Nam dostało się wzgórze zamkowe i piękna starówka, Czesi dostali przemysł i dworzec, co spowodowało, że polski Cieszyn stał się miastem peryferyjnym. Zmieniło się to po aneksji Zaolzia przez Polskę w 1938 r,, jednak jak wiadomo na krótko. Po wojnie podział powrócił. I trzeba trochę kombinować, żeby dostać się do Warszawy.

W drodze na dworzec kolejowo-autobusowy napotkaliśmy uliczkę z fajnymi muralami.

A na turystycznej mapie Cieszyna przechadza się – no właśnie, kto? Franciszek Józef? A ten bobas to kto?

Krótki przystanek w Katowicach.

Okolice katowickiego dworca.

W pierwszej chwili nie zauważyłam słowa „DOM” (listki zasłaniały) i stanęłam jak wryta.
Odpoczynek przed drogą powrotną, już bezpośrednio do stolicy.

Laska nebeska

Czyli dwa dni, dwa państwa, cztery miasta i osiem środków transportu. A konkretnie: sobota-niedziela, Polska-Czechy, Ostrawa-Czeski Cieszyn-Cieszyn-Katowice i metro-autobus-autokar-tramwaj czeski (na gapę)-pociąg lokalny-busik-Pendolino-tramwaj.

Dworzec kolejowy w Ostrawie.

Wiem, Czesi mają podobny ubaw z naszego języka, zwłaszcza gdy Polacy zaczynają czegoś w Czechach szukać, ale jak tu się nie uśmiechnąć na takie określenie „Miłości nie z tej ziemi”.

Na początek trochę psychodeliczne ostrawskie przejście podziemne:

Można odlecieć.

Jednak Ostrawa kojarzyć mi się będzie głównie z secesją. W ciągu niecałych dwóch godzin tam spędzonych przyuważyłam co najmniej kilkanaście kamienic w tym stylu.

Tutaj trochę zawoalowana.
Podobne zaułki widziałam w Pradze.
Każda z dziewczyn na tej kamienicy ma inny wyraz twarzy.

Kościół Niepokalanego Poczęcia NMP.
Pod Twoją obronę uciekamy się…
Jeszcze trochę ostrawskiego Art Nouveau.

Następny przystanek – Czeski Cieszyn.

Tutaj też przywitała nas secesja, aczkolwiek nieco skromniejsza.
…jednak nie mogłam się oprzeć, żeby nie przyfocić.

Mam słabość do tego stylu. Może dlatego, że w Warszawie jest go tak mało.

Czeskiemu Cieszynowi daleko do polskiego, jednak ma swoje momenty.

A propos momentów to był jeden, który naprawdę nas zaskoczył:

…był to moment po otwarciu drzwi do pokoju hotelowego.

Tak, wchodziło się przez łazienkę. Ach to czeskie poczucie humoru…

Przyjaciel, gdy szłam brać prysznic, przypomniał mi, żebym zamknęła drzwi wejściowe, bo jakiś gość może pomylić drzwi i będzie „Dobry den!”.

Jednak nie dam złego słowa powiedzieć o tym miejscu – bardzo przyjemny, skromny, klimatyczny hotelik. W klimacie austro-węgierskim.

…z widokiem na tory kolejowe. Na zdjęciu front atmosferyczny.
Ciekawe, jakąż to pokutę ma kierownictwo hotelu dla niepoprawnych palaczy.

Dobra, dosyć o hotelu – pora wyjść na miasto.

Muzeum przypominające, że do niedawna Czesi i Słowacy tworzyli jedno państwo.
Most Przyjaźni.

Dawne przejście graniczne, zlikwidowane w 2007 r. na mocy układu z Schengen. Na wprost – nasza ojczyzna.

Rzeka Olza – widok na polską stronę.
Z drugiej strony mostu – widok na wzgórze zamkowe.
Holoubek.

„I co z tego, że granica? Jaka znowu granica? Wy ludzie jesteście dziwni.”

Zachód słońca po polskiej stronie.
Po czeskiej równie ładny.
Spacer nad Olzą.
???

Tak, od razu widać, że nadal jesteśmy po stronie czeskiej (chociaż sklep najwyraźniej polski) – widocznie już po kilkudziesięciu metrach od przekroczenia granicy dobry humor i nam się udziela…

Tutaj ciekawe sąsiedztwo sececji i orientu.
W zaułkach Cieszyna (czeskiego).
Urząd miejski w Cieszynie.
Znajdź 10 różnic, którymi różnią się dwa skrzydła tych drzwi.

Dworzec Czeski Cieszyn.

Miasta się różnią, mimo że przez stulecia stanowiły jeden miejski organizm (rozdzielenie nastąpiło w 1920 r.). Polska strona szczyci się zamkiem i piękną starówką, za to czeska jest bardziej bezpretensjonalna i wyluzowana (jak i same Czechy zresztą). Zazdroszczę im tego luzu. Jutro część bardziej spięta i napięta. Dobrou noc!

Jaszczur

Wróciłam.

…a on (ona?) mnie przywitał.

Zaorali nam większość naszego poziomkowego miejsca, posadzili jakieś krzaki. No też nie mieli gdzie. I w ogóle marne te poziomki w tym roku, nie wiem, czy z powodu suszy, czy po prostu jeszcze na nie za wcześnie. Mizeroty, które udało się zebrać, poszły na karmę dla gadów.

Po dwóch tygodniach wytężonej pracy (trzeba było wykorzystać w końcu wiedzę ze szkolenia w Hadze) wrócę mam nadzieję na miejskie szlaki, a nawet może wypuszczę się znowu gdzieś dalej. Nawet nie może, a na pewno – hotel i bilety już dzisiaj kupione. Ahoj!

Parafialna

Jadąc Aleją Prymasa Tysiąclecia z południa Warszawy na Żoliborz (lub też na odwrót) z okien – w moim przypadku – autobusu zobaczyć można kilka XIX-wiecznych ceglanych budowli. Dzisiaj przyjrzałam im się z bliska, dowiadując się, że…

Budynek dawnych zakładów Lilpop, Rau i Loewenstein od strony Al. Prymasa Tysiąclecia.

…zakłady Lilpopa były największym zakładem przemysłowym międzywojennej Warszawy. Produkowały m.in. lokomotywy, szyny, wagony kolejowe, tramwajowe, samochody, urządzenia wodociągowe, maszyny rolnicze, silniki, maszyny parowe, turbiny wodne, sprzęt pożarniczy, elementy mostów, piece i militaria. W czasie II wojny światowej całe wyposażenie fabryk wywieziono do Niemiec, a po powstaniu warszawskim budynki fabryczne wysadzono w powietrze. Ocalało kilka budynków biurowych, w tym ten na zdjęciach.

Kamienica robotnicza przędzalni bawełny i farbiarni Towarzystwa Akcyjnego „Wola”.

Zaprojektowana przez Jana Lilpopa i wybudowana w 1893 r. Przetrwała wojnę i nadal jest zamieszkana, ale nie sądzę, że przez robotników. Chociaż kto wie.

Rondo (Wolnego) Tybetu – Galeria Tybetańska na filarach wiaduktu.

(„Wolny” nie przeszedł, interweniowała chińska ambasada).