

















Wojskowe Powązki były na Spacerniaku już dwukrotnie, przyszedł w końcu czas na Powązki Stare. Czas, jak się okazało, nie najlepszy, bo gdy wreszcie – po raz pierwszy w życiu – się na nie udałam, Aleja Zasłużonych i katakumby były w remoncie. Zamiast zasłużonych będą więc głównie ci mniej zasłużeni, napotkani nieco przypadkiem. Ale że jednych i drugich są na cmentarzu dziesiątki, to i tak trochę sław się uzbierało. Poza tym XVIII-wieczny cmentarz sam w sobie jest piękny, zwłaszcza w pogodę taką jak dzisiaj.



Założyciel Społecznego Komitetu Opieki na rzecz Ochrony Starych Powązek nie miał łatwej drogi na powązkowski cmentarz, ale jakoś – po zapłaceniu KK niemałej sumy – udało się, i to nawet z partnerem.

Znani ze sceny i z ekranu…









Przerwa-Tetmajer tylko symbolicznie, prochy przeniesiono na cmentarz w Zakopanem.

Groby najsmutniejsze – tych najmłodszych…



I inne – te ciekawe….








Te okazałe…



…i te po prostu piękne…





…oraz te w kontekście…

Zaczęłam październik na rondzie „Radosława” i kończę na rondzie „Radosława”.
Ale jeszcze zanim skończę…



I jeszcze trochę złotej polskiej jesieni, zanim nastanie bura szarość.
OK, połowa wolskich cmentarzy zaliczona, zostało jeszcze „tylko” pięć :-).
W czasach saskich znajdował się tu zwierzyniec, w którym hodowano króliki, a w latach 1731-32 wybudowano tu królewski pawilon, zburzony w czasie II wojny światowej i odbudowany w latach 60. na siedzibę Muzeum Rzeźby, filii Muzeum Narodowego. Wokół pałacu, na skarpie, założono ogród. O prawa do pałacu od 2008 r. toczy się proces sądowy ze spadkobiercami familii Krasińskich, którzy chcieliby muzeum z pałacu wyrzucić. Na razie prosty człowiek może do ogrodu i pałacu wejść i podziwiać rzeźby, m.in. Xawerego Dunikowskiego. Parę lat temu, gdy mieszkałam w okolicy i bywałam w Królikarni dosyć często, byłam tu też na plenerowym koncercie Filharmonii Narodowej.
Tuż obok znajduje się zespół przyrodniczo-krajobrazowy „Arkadia”.















Właśnie wypakowano ją z samochodu.


Lub też na odwrót.





Odwiedziłam to miejsce po trzech latach i wciąż nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Wiedziałam, że tworzony jest tu park, ale efekt prac przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zrobiono to rewelacyjnie.
Zdjęcia wyszły nie najlepiej, bo spacer był nie zaplanowany, wczesnym przedpołudniem przed wizytą u lekarza (mama mi się rozchorowała, chyba jakiś wirus – ale nie Covid, sprawdziłyśmy).


Kopiec Czerniakowski, czyli po mojemu po prostu „zwałkę” usypano z warszawskich powojennych gruzów – jego historię można poznać tutaj, na świetnie zaaranżowanej wystawie.

Po wojnie na terenie Warszawy znajdowało się ponad 20 milionów metrów sześciennych gruzu. Zwożono je w kilka miejsc i w ten sposób Warszawa doczekała się kilku górskich „szczytów” – Kopiec Czerniakowski był jednym z nich.

I tak go pamiętam, bo w tym roku już mieszkałam na Czerniakowie. Moje wspomnienia z dziecięcych wypraw na „zwałkę” – najlepsze, choć dosyć niebezpieczne (i dlatego najlepsze :)) miejsce zabaw okolicznych dzieciaków – można przeczytać tutaj.

Profesor Kobendza też był parę tygodni temu bohaterem jednego z moich wpisów. W parku chwasty nadal rosną, tym razem w charakterze półdzikich rabatek. Świetny pomysł.






Jestem pewna, że też w tym miejscu zjeżdżałam – ale na własnym tyłku.



Po całym parku porozstawiane są takie „pomniki” z fragmentami większych gruzów.








Jeśli na coś miałabym w parku narzekać, to na brak widoku na centrum Warszawy – zasłaniają go drzewa (przynajmniej latem). Na zdjęciu widok na południe miasta. Lepszego nie udało mi się zrobić, bo przeszkadzało południowe słońce.

Najładniej jest chyba jednak nie na szczycie, ale na ścieżce wokół niego.

Teren uporządkowano, ale zachowano dziki charakter miejsca.





Niewiele z niej widać – głównie chaszcze, ale można też poobserwować wiewiórki na szczytach drzew.



Na kopcu zachowano dziką przyrodę i warunki sprzyjające jej rozwojowi. Część parku jest oświetlona, część nie, i zrobiono to z rozmysłem, aby nocne zwierzęta miały gdzie się kryć i polować.

Te platformy wybudowano, aby można było na kopiec wjechać wózkiem – czy to inwalidzkim, czy dziecięcym, ale są to też przy okazji fantastyczne ścieżki widokowe.


Prace nadal trwają, teren wokół kopca jest olbrzymi, ale wciąż są tu miejsca naprawdę dzikie – dokładnie takie, jak je pamiętam z dzieciństwa.

Tu na przykład mamy skrót prowadzący z bazarku na osiedle – w pewnym momencie wychynęła z niego starsza pani z wózeczkiem zakupowym…


A to moja podstawówka od strony „zwałki”. Dzisiaj ogrodzenia są wzmocnione, ale za moich czasów nie było najmniejszego problemu – przechodziło się przez dziurę w siatce i już było się w dziczy.

Wdrapywało się na stromą górkę i można było biesiadować :-). (Ale aż tylu śmieci to nie było).
Krajobrazowy rezerwat przyrody na granicy Ursynowa i Wilanowa, pozostałość zespołu pałacowo-parkowego Rozkosz, rezydencji filialnej zespołu pałacu wilanowskiego. Nazwę Ursynów przejął od Juliana Ursyna Niemcewicza. Obejmuje skarpę ursynowską oraz położone niżej łąki i torfowiska. Byłam już w tej okolicy dwa lata temu przy okazji spaceru po Starym Służewie, ale wtedy do rezerwatu nie wchodziłam.













Godzinka wyciszenia po emocjonującej nocy.
Start bagging Shetland’s 19 Marilyns… – czyli kolejny szczyt Korony Warszawy. Tym razem szczyt prawie prawdziwy, bo można z niego zjeżdżać na nartach, i to nawet latem. „Prawie”, bo podobnie jak inne warszawskie góry jest to góra usypana z gruzów i śmieci.
Park powstał w latach 60. i od tamtej pory tylko zyskiwał na urodzie. Oprócz stoku narciarskiego z wyciągiem, kolejki grawitacyjnej i odkrytych basenów są tu też zarybione glinianki.










Update: Zapomniałam dodać – Górka Szczęśliwicka ma wysokość 152 m n.p.m. i jest najwyższą „górą” w Warszawie.
***

Gdy głosujesz na opozycję i już następnego dnia rano nie masz ciepłej wody w kranie :-).
Czyli spacer z domu do Komisji Wyborczej. Najbliższą widzę wprawdzie z okna i mam do niej jakieś 100 m, ale do mojej mam… 100 razy dalej. Tako rzecze Wujek Google – dokładnie 10 km. Jednak mimo darmowej dzisiaj komunikacji miejskiej postanowiłam na wybory IŚĆ, bo ostatnio znowu cienko u mnie ze spacerami. Niestety wymiękłam na 8. kilometrze, bo założyłam po raz pierwszy jesienne buty i nieprzyzwyczajone stopy dały mi się we znaki w okolicach Pomnika Sapera. Mimo to spacer trasą wytyczoną przez Google’a był całkiem przyjemny, choć wszystkie mijane miejsca na Spacerniaku już były.








Jeszcze rzut oka na Stare Miasto i schodzę nad Wisłę.










Ale jesień zapowiada się gorąca, choć niekoniecznie pogodowo. Poszłyśmy, zagłosowałyśmy, zrobiłyśmy, co można było. U wyjścia złapali mnie jeszcze exitpollowcy – ciekawe, co się okaże…

…a na parapecie wiosna :-).

Ale mógł trafić gorzej. Bo za demolowanie mi mieszkania spotkała go tylko eksmisja na pobliskie glinianki. Pogoda pod myszą, ale przykro mi bardzo, mój drogi.

To głównie styropian, pianka i jakieś skrawki papieru, którymi uszczelniono okno podczas wymiany. Po otwarciu balkonu wiatr rozwiewał to po całym pokoju.

Przy okazji krótkiego przymusowego spaceru o 7-ej rano nazbierałam parę kasztanów.
Tajemnicze chrobotania i jeszcze bardziej tajemnicze pozostałości styropianu i muru w kącie między ścianą a drzwiami balkonowymi w końcu się wyjaśniły. Wczoraj był to tylko śmigający za kuchenkę cień, dzisiaj rano stanęłyśmy oko w oko. Ja i ona – mus musculus – mysz domowa. Skąd mysz na trzecim piętrze w bloku? Najprawdopodobniej wspięła się po ścianie domu, bo mieszkam w pionie bezpośrednio nad śmietnikiem, a tam myszy swego czasu grasowały.
I co teraz???
Myszy się nie boję, ale mieszkać z sublokatorem też nie mam ochoty, zwłaszcza że nie wiem, czy myszka jest singielką. Nie mam też ochoty nabawić się jakichś choróbsk czy pasożytów ani puścić z dymem nie swojego mieszkania z powodu przegryzionych kabli. Zamówiłam żywołapki (nie chcę robić jej krzywdy, wygląda bardzo sympatycznie…) i rozpuściłam wici w sprawie adopcji kota (…no ale jeśli ktoś by mnie wyręczył w mokrej robocie, to czemu nie). Najgorsze, że nie mogę się skupić na robocie – przygotowując dzisiaj prezentację na piątkowe szkolenie co chwila nerwowo się rozglądałam, bo wydawało mi się, że coś, gdzieś…
Nazwałam ją Jerry.