













Czyli centrum północnopraskiego Trójkąta Bermudzkiego. Dzisiaj wyrastają tu nowe apartamentowce, nowoczesne knajpy i sklepy, ale klimacik dawnej mordowni pozostał.





Bazar Różyckiego istnieje, ale bardzo podupadł. Ja pamiętam czasy, gdy sprzedawano tam drób żywcem.


A tu mieszkańcy Brzeskiej:






…na obrazach Jerzego-Dudy Gracza, którego wystawę „Remanenty” można obejrzeć w pobliskim Koneserze.
Proszę mnie źle nie zrozumieć, urodziłam się i mieszkałam – podobnie jak moi rodzice – jakieś półtora kilometra stąd, nie wypieram się i nie odcinam. Ale wrócić bym nie chciała. Mama też nie. Chociaż ostatnio robi się sentymentalna i coraz częściej wraca tu wspomnieniami. Wybierałyśmy się wczoraj do Muzeum Warszawskiej Pragi, ale troszkę padało. Ale jeszcze pójdziemy, na pyzy gorące też.
Moja dość zaciszna osiedlowa uliczka zamieniła się dzisiaj w Via Baltica, czyli puszczono nią objazd drogi ekspresowej S8, biegnącej nieopodal. Pod oknami korek w obie strony. A droga S8 wyglądała dzisiaj tak:





Do kina się dziś wybrałam. Nie byłam od wybuchu pandemii. Tak jakoś. Przed zarazą chodziłam do kina bardzo często, czasem nawet po kilka razy w tygodniu, ale przymusowa przerwa sprawiła, że odzwyczaiłam się i nie mogłam na powrót przyzwyczaić.
Ponieważ przyjechałam trochę przed czasem, czekając pokręciłam się chwilę przed kinem i natknęłam na wystawę plenerową – historyczno-botaniczną: „Korzenie powstania. Opór w getcie warszawskim”. Wystawa ma postać kilku dużych pojemników, zasadzonych chwastami i opatrzonych zdjęciami żydowskich członków ruchu oporu, wraz z opisem ich działalności. Są też krótkie informacje dotyczące ważnych chwil w historii getta, jak np. akcji jego likwidacji. Chwasty nie są przypadkowe, są to gatunki ruderalne, odnalezione na ruinach getta i skatalogowane przez prof. Romana Kobendzę, botanika związanego m.in. z Ogrodem Botanicznym UW. Jak wiadomo, jestem miłośniczką chwastów wszelakich, a ruderalnych w szczególności, więc ten sposób upamiętnienia zagłady dzielnicy żydowskiej bardzo mi przypadł do gustu. Zatem parę fotek z tej oryginalnej wystawy:

Jak podaje tabliczka – „choć jest uznawany za trujący, w średniowieczu zgodnie z żydowską tradycją dodawany do pieczonej z gorzkich ziół macy i spożywany w czasie Pesach”.
Wrotycz kiedyś królował na polskich łąkach, dzisiaj wypierany jest przez – również żółtą – nawłoć, zwłaszcza jej inwazyjne gatunki.

„Kwiaty kosmosu jako pierwsze witały ludzi powracających do zgruzowanej Warszawy, którzy na pamiątkę tego momentu nadali im nazwę „warszawianki””.


Tutaj mam problem – te białe to rumianki, ale te żółte? Podobnych żółtych kwiatków jest całe mnóstwo, nie potrafię ich zidentyfikować. Mężczyzna na zdjęciu to Szmuel Bresław, działacz żydowskiej organizacji młodzieżowej.

***
A teraz zupełna zmiana tematyki, klimatu i estetyki, czyli wystawa w kinie.
Pomysł na wyświetlanie w kinie retransmisji ze sztuk teatralnych największych światowych scen dramatycznych czy filmów prezentujących największe światowe wystawy sztuki bardzo mi się podoba. Wiadomo, to nie to samo, co zobaczyć najsłynniejsze spektakle czy obrazy na własne oczy, ale nie każdy ma taką możliwość.
Lub też nawet…
…ma możliwość, ale też pecha, jak to miało miejsce w moim przypadku, gdy to podczas wizyty w haskim muzeum Mauritshuis przy okazji służbowej delegacji okazało się, że jego najsłynniejsze dzieło akurat pojechało na wystawę do Amsterdamu. No więc dzisiaj obejrzałam tę wystawę, zaprezentowaną w filmie „Nowy Vermeer. Wystawa wszechczasów”. (Bilety na nią wyprzedały się w 24 godziny). Przyjrzałam się więc najsłynniejszemu dziełu holenderskiego malarza, „Dziewczynie z perłą”, za pośrednictwem kamer, dowiadując się pewnie znacznie więcej, niż dowiedziałabym się na miejscu w Hadze. Vermeer namalował ponadto ok. 36 innych obrazów, w filmie szczegółowo omówiono kilkanaście z nich, w tym także te mniej znane. Królowały w nich kobiety, różnych stanów i profesji, malowane zazwyczaj w domowym zaciszu, w szczególności przy oknie. Emanuje z nich spokój i intymność, a oglądając je z komentarzem historyków sztuki mogłam zwrócić uwagę na detale, które inaczej pewnie uszłyby mojej uwadze.

A to pamiątki, które kupiłam sobie w haskim muzeum – puszka i magnesik :-):



Magnesików kupiłam więcej, z różnymi innymi obrazami – zdobią moją lodówkę :-).
***
Update:
Coś mi się nie zgadzało z tym kinem – czy to możliwe, żebym nie była w nim od niemal czterech lat? Oczywiście, że niemożliwe. Pogrzebałam w pamięci i na blogu i przypomniałam sobie trzy kinowe incydenty:
Nie były to „normalne” kina i „normalne” filmy, więc pewnie dlatego o nich nie pamiętałam. Ale były. Honor byłej kinomaniaczki uratowany.
Zabytkowy park krajobrazowy w stylu angielskim, jeden z najpiękniejszych w Warszawie i w Polsce. Miejsce moich częstych spacerów we wczesnym dzieciństwie, gdy mieszkaliśmy na Szmulkach, których to czasów nie pamiętam. Ale mam czarno-białe zdjęcia w wózku. Po przeprowadzce na lewy brzeg Wisły rzadko już do niego zaglądałam, bo tak to już jest, że jak się ktoś w Warszawie staje „lewobrzeżny”, to już mu ta prawa strona nie po drodze.


Amerykański polityk, doradca prezydenta Wilsona, w pierwszych latach po I wojnie światowej, po spotkaniu z Paderewskim, orędował, jak to się mówi, w Sprawie Polskiej.

Tutaj inny akcent polsko-amerykański, czyli pomnik poświęcony polskim ofiarom ataku terrorystycznego na World Trade Center w 2001 r.

Tu z kolei akcent polsko-brytyjski, czyli pomnik poświęcony poległym angielskim lotnikom niosącym pomoc powstańcom warszawskim.
W czasach mojego dzieciństwa był w parku jeszcze „pomnik wdzięczności” Armii Czerwonej, ale rozebrano go i śladu po nim nie ma.
Oprócz pomników stoją jeszcze w parku trzy piękne rzeźby z lat 20.



Jest też trochę bardzo dobrej architektury – małej…




…i dużej…

Modernistyczna fabryka czekolady E. Wedla z lat 30. nie mieści się oczywiście w parku, ale właśnie z niego rozpościera się na nią najładniejszy widok. Na pierwszym planie Jeziorko Kamionkowskie.
W fabryce Wedla (wtedy jeszcze Zakładach 22 Lipca) byłam kiedyś w szkole podstawowej na wycieczce – oglądaliśmy linie produkcyjne czekolady i czekoladek, pozwolili nam się też obżerać do woli, nie wolno tylko było żadnych słodyczy wynosić poza „teren” (nie wiem, dlaczego – bali się, że będziemy tymi cukierkami handlować, czy jak?). Skutek – całą klasę bolały potem brzuchy. Przez jakiś miesiąc nie mogłam patrzeć na Ptasie Mleczko czy Wedlowskie Torciki.

Żyją tu żaby, co prawda dzisiaj żadnej nie widziałam ani nie słyszałam, ale są tu na pewno.




Jeziorko Kamionkowskie to nie jedyny zbiornik wodny w parku – są tu trzy stawy – Łabędzi, Kaczy i Kajakowy.


No i mamy perełki roślinne.




Była flora, to teraz trochę fauny. Bo oprócz wspomnianych żab jest jej tu trochę.

Preferuje Jeziorko Kamionkowskie, a nie „swój” staw.


Ta tutaj zeszła na ziemię, żeby trochę posępić. Niestety nic dla niej nie miałam, więc spojrzała zdegustowana („do parku bez orzeszków?!”) i pokicała w krzaki.
I jeszcze trochę krajobrazów na koniec.



Ostatni spacer po Łazienkach – tym razem ogród geometryczny, ogród XIX wieku, ogród włoski i ogród królewski – o zmierzchu. O zmierzchu, ponieważ z okazji zbliżającej się defilady wojaków Warszawa od wczoraj była kompletnie zablokowana i dojazd do królewskich ogrodów zajął mi prawie 1,5 godziny (normalnie 0,5).






Czyli nieszczęsny kochanek chwilę po omyłkowym zabiciu ukochanej w czasie bitwy – Klorynda walczyła niestety po przeciwnej stronie. (Historia z poematu „Jerozolima wyzwolona” Torquato Tasso z 1581 r.).




Przed królewskim pałacem przechadzają się królewskie kury.





Na wystawę nie zdążyłam i już się nie dowiem, czy podoba mi się malarstwo meksykańskiej artystki.

Moda na chińszczyznę przywędrowała do Polski w XVIII w. i od tamtej pory bardzo się, hm, rozwinęła. Współczesny Ogród Chiński w Łazienkach Królewskich utworzono w 2014 r. i nawiązuje on do mody na „chinoiserie” z czasów Stanisława Augusta. Oparty jest na wzorcach z rezydencji Księcia Gonga w Pekinie. Niestety, pomimo młodego wieku, jest obecnie w dość opłakanym stanie.

Do ogrodu prowadzi Aleja Chińska, ciągnąca się przez całe Łazienki od Agrykoli po wejście przy ul. Gagarina.
Idąc aleją napotkać można taki na przykład tajemniczy obiekt:


Jest to rzeźba włoskiego artysty Arnaldo Pomodoro – Sfera con sfera.


U wejścia do Ogrodu Chińskiego witają nas – jak podaje strona Łazienek Królewskich – dwa lwy, podarowane Łazienkom przez Muzeum Rezydencji Księcia Gonga.




Oto rzeczony pawilon (pierwiastek męski):




Dachówki pawilonu i altany – ręcznie glazurowane, w trzynastu kształtach – również zostały wykonane w Chinach.
Statystyki spacerów na Spacerniaku spadają na łeb na szyję, zatem aby je trochę poprawić udałam się dzisiaj na spacer w okolice Głównego Urzędu Statystycznego.

Budynek GUS-u położony jest w ładnej okolicy – na zdjęciu fontanna w parku Pole Mokotowskie.

Nocą prowadzi do niego podświetlony „pas startowy”.

Tutaj pomnik znacznie mniej udany – Tysiąclecia Jazdy Polskiej (najciekawiej wygląda z perspektywy spod końskich ogonów).


Raczej nie nadaje się do leniwych spacerów, gdyż jest to zarazem ścieżka rowerowa.



Stodoła ma się świetnie, pobliski klub studentów SGH – „Park”, istniejący od 40 lat, został zamknięty w 2022 r.




„Żelbetonowy orzeł trójskrzydły, z torsem skalistym, przytłaczającym i onieśmielającym”, czyli modernistyczny, wpisany do rejestru zabytków budynek GUS-u wg projektu Romualda Gutta. Rzut trójskrzydłowego obiektu jest pierwowzorem gmachu UNESCO w Paryżu [za „Atlasem Warszawy” iwaw.pl]. Po niedawnym remoncie odzyskał blask, niestety głównie na zewnątrz.


Jak podaje wspomniany portal iwaw.pl, nowoczesny jak na owe czasy gmach z ogrzewaniem sufitowym został oddany do użytku w 1951 r. („Jakie polecenie wydaje jako pierwsze Prezes GUS w przypadku pożaru? „Ratujcie sufity!” – tak mi się przypomniało ;-)).
Że statystyka to nie tylko średnie ważone geometryczne i współczynniki zmienności, ale także czysta poezja, zaświadczył mój wykładowca tego przedmiotu na studiach (też zresztą były Prezes GUS-u), który na pierwszych zajęciach przeczytał nam ten oto wiersz:
Na stu ludzi
wiedzących wszystko lepiej
– pięćdziesięciu dwóch;
niepewnych każdego kroku
– prawie cała reszta;
gotowych pomóc,
o ile nie potrwa to długo
– aż czterdziestu dziewięciu;
dobrych zawsze,
bo nie potrafią inaczej
– czterech, no może pięciu;
skłonnych do podziwu bez zawiści
– osiemnastu;
żyjących w stałej trwodze przed kimś albo czymś
– siedemdziesięciu siedmiu;
uzdolnionych do szczęścia
– dwudziestu kilku najwyżej;
niegroźnych pojedynczo, dziczejących w tłumie
– ponad połowa na pewno;
okrutnych,
kiedy zmuszą ich okoliczności
– tego lepiej nie wiedzieć
nawet w przybliżeniu;
mądrych po szkodzie
– niewielu więcej
niż mądrych przed szkodą;
niczego nie biorących z życia oprócz rzeczy
– czterdziestu,
chociaż chciałabym się mylić;
skulonych, obolałych i bez latarki w ciemności
– osiemdziesięciu trzech
prędzej czy później;
godnych współczucia
– dziewięćdziesięciu dziewięciu;
śmiertelnych
śmiertelnych
– stu na stu.
Liczba, która jak dotąd nie ulega zmianie.
[Wisława Szymborska, „Przyczynek do statystyki”].






…czyli powrót do lat 90-tych, gdy byliśmy piękni, młodzi i nieszczęśliwi. Teraz jesteśmy starzy, brzydcy i… no, chociaż jedno się nie zmieniło 🙂