Zatrasie

Kolejne osiedle z lat 60. na Sadach Żoliborskich. Nie tak ładne, jak to po drugiej stronie ul. Broniewskiego, do tego oszpecone przez termomodernizację i mocno już zapuszczone, ale w sumie przyjemne.

Dom dla samotnych. Same kawalerki.
Ogródki przed każdym blokiem.
Chociaż nie wszyscy mieszkańcy to entuzjaści ogrodnictwa.
Pozostałość… czegoś.

Prawdopodobnie zabudowań starych Powązek.

Mur szkoły podstawowej im. Jana Brzechwy.

Wcześniej patronem szkoły, do 2004 r., był Ernesto Guevara. Ciekawe, czy dzieciaki miały szkolne akademie pod słynnym portretem „Che” w berecie. W końcu go zdjęli, ale pamiętam artykuły z „Gazety Stołecznej”, że z Brzechwą też był problem, że komuch. W końcu uznano, że dzieciom bardziej kojarzy się z Panem Kleksem, niż ze Stalinem, i został.

Ale czuć się pewnie nie może, bo na murach szkoły pojawił się już nowy bohater. Mam wrażenie, że wszystkie powstańcze murale w Warszawie robił ten sam „artysta”… Naprawdę, powstańcy nie zasługują na to, żeby ich traktować takim kiczem.

Wspomnień czar

Ta mała dziewczynka to moja mama pod koniec wojny (albo tuż po wojnie), Pjegavi ježinac to jeżowiec ze znaczka pocztowego na pocztówce z Chorwacji od rodzinki, a wieczko z jabłkami wieńczy słoik z ubiegłorocznym musem p r a w d o p o d o b n i e jabłkowym : ). Czyli odwiedziłam dzisiaj matulę, której zebrało się na wspominki i poprosiła mnie, żebym jej zeskanowała te stare zdjęcia. Szkoda, że zwyczaj wysyłania kartonowych pocztówek już zamiera, znaczki pocztowe to było coś, co mnie zawsze najbardziej w nich interesowało, chociaż nigdy ich „na serio” nie zbierałam. Teraz trochę żałuję, bo niektóre z nich to były małe dzieła sztuki.

***

Jeszcze parę słów komentarza do tych starych zdjęć, bo myślę, że to ważne. Mama urodziła się w 1939 r., w Warszawie, tuż przed wybuchem wojny. Ma bardzo mało zdjęć z wczesnego dzieciństwa, okupacja to nie był czas na fotografowanie. Te zdjęcia są wzruszające, bo wyglądają, jakby nic się nie stało, a przecież to dziecko przeżyło koszmar, straciło w łapance ojca i cudem uniknęło śmierci. A teraz stoi uśmiechnięte z bukietem kwiatów w lesie i w zbożu. Tak powinno wyglądać dzieciństwo. Młodszy brat mamy miał mniej szczęścia, pod koniec wojny był bardzo chory, z niedożywienia, chorób i złych warunków. Babcia wywiozła go do rodziny na wieś, do Wielkopolski, żeby go tam podkurowali, na wiejskim mleczku i świeżym powietrzu. I podkurowali, wylizał się, ale trwało to parę lat. Mama spłaciła ten dług wdzięczności kilkanaście lat temu, gdy syn kuzynki zachorował na raka i musiał leczyć się w Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. Przyjeżdżał ze swoją mamą na różne badania i zabiegi i całymi tygodniami nocowali wtedy u nas, na Czerniakowie. Nie do końca się wyleczył, ale żyje, ożenił się nawet. Karma wraca.

Warszawskie LGBT

Z powodu deszczu dzisiaj spacer po Warszawie, nazwijmy to, onomastyczny.

Czytam sobie ostatnio „Odpowiednie dać rzeczy słowo” prof. Miodka, jedną z moich „książek zapomnianych”, czyli takich, które kupiłam wieki temu (cena na okładce – 45 000 zł), odstawiłam na półkę i dopiero dzisiaj sobie o nich przypomniałam. Książeczka ciekawa (w każdym razie dla tych, co interesują się językiem).

I taki oto warszawski akcencik z rozdziału o nazwach miejscowych.  Po pierwsze, nazwa Warszawa pochodzi od tego samego imienia, co Wrocław, czyli Wrocisław, które miało swoją północnopolską odmianę Warcisław. Tegoż Warcisława w dawnej polszczyźnie spieszczano na Warsza. Początkowo nazwa stolicy brzmiała Warszewa, ale na skutek zjawiska przesadnej poprawności językowej zmieniła się ona stopniowo w Warszawę. Z poprawnością językową chodziło o to, że: „Północnopolską – w tym mazowiecką – cechą fonetyczną było zastępowanie głoski a przez e, np.: wiedro, jebłko, jegoda, reczek (zamiast: wiadro, jabłko, jagoda, raczek). Poprawiał się więc Mazur na wiadro, jabłko, jagoda, raczek, ale tak się bał każdego e, że w końcu i zupełnie poprawną Warszewę – na wszelki wypadek – zamienił na Warszawę.” I dalej o znanej legendzie: ”Taka jest prawda naukowa o Warszawie. Opowieść zaś o małżonkach imieniem Wars i Sawa trzeba włożyć między bajki, zwłaszcza że Wars byłby mazurzącą postacią formy Warsz, a Sawa – to imię nie polskie, ale ukraińskie, a w dodatku – żeby było śmieszniej – męskie!”

Wychodzi więc na to, że warszawscy przedstawiciele mniejszości seksualnej wywieszający ostatnio tęczowe flagi na stołecznych pomnikach mają do tego pełne prawo, bo założycielami ich miasta było według legendy dwóch gejów :D. Jak wiadomo, w każdej legendzie kryje się ziarno prawdy… ; )

Przy okazji: nazwa bloga Spacerniak nie nawiązuje do więziennego miejsca spotkań na świeżym powietrzu, ale do warszawskiej tradycji dodawania końcówek –ak do nazw miejscowych („Poniatoszczak”, „Pawiak”, „Kercelak” itd.). „Spacerniak” też do tej grupy należy, ale chciałabym podkreślić, że chodzi mi o „warszawskość” nazwy, nie o jej konotacje więzienne. Blog jest (głównie) o spacerach, a że są to spacery przeważnie po Warszawie, więc Spacerniak. Chociaż osadzeni też ludzie i nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby sobie tutaj jakiś złodziejaszek z nudów zaglądał. (Byleby to nie był cyber-złodziejaszek…).

Odrzuty z eksportu

Wybierając się wczoraj na rowerową przejażdżkę odkryłam, że w moich spodniach widnieje wielka, przetarta dziura. Musiałam więc wbić się w ciasne rurki, w których nie za wygodnie się jeździ, co skończyło się wypierniczeniem na leśnej drodze. A dzisiaj, chcąc nie chcąc, musiałam przejechać się do Arkadii celem nabycia nowej pary portek. Mój krokomierz obwieścił mi radośnie, że zrobiłam ponad siedem tysięcy kroków, ale ja dziękuję bardzo za takie spacery. Kręciłam się po tej galerii jak – za przeproszeniem – gówno w przeręblu, ale nie udało mi się znaleźć odpowiednich dla mnie bojówek. Kupiłam jednak cztery pary innych spodni, bo ostatnio z nimi u mnie krucho i mam nadzieję, że to starczy na parę lat.

Dlatego dzisiaj tylko powtórka z rozrywki, czyli lipcowe foty, które nie przeszły selekcji.

Serek Żoliborski i wiadoma rocznica

Serek Żoliborski – śmieszna nazwa, ale poważna sprawa, bo układ urbanistyczny tego malutkiego powojennego osiedla włączony został niedawno do rejestru zabytków. Szczerze powiem, że ja nie zauważyłam w nim nic nadzwyczajnego, no ale ja się nie znam. Trójkąt, wokół niego bloki, a w środku liceum i dziwny okrąglak. Najciekawszą budowlą „serka” jest przedwojenna tzw. Twierdza Zmartwychwstanek i stojący obok niej współczesny kościół pw. św. Jana Kantego. W klasztorze i szkole w czasie Powstania Warszawskiego mieścił się szpital i reduta powstańców.

Szkoła i klasztor Zmartwychwstanek.

A przed Powstaniem w Warszawie w sierpniu się nie ucieknie, oj nie. Także na Żoliborzu. Wyszłam dzisiaj na codzienną przechadzkę wcześniej, niż zazwyczaj, bo chciałam uniknąć tego krępującego stawania na baczność o 17-tej (nie lubię tego zwyczaju). Postanowiłam uczcić powstańców po swojemu.

Jako się rzekło, przed Powstaniem nie uciekniesz – nawet w metrze. Stacja Plac Wilsona.
Dwa platany klonolistne w Parku Żołnierzy „Żywiciela”. W głębi pomnik tychże.
Jest i klombik.
Pomnik przy „Elektroniku”, upamiętniający walki o Dworzec Gdański.

Przy okazji powstania dużo się mówi o powstańcach, a mało o ludności cywilnej, która musiała w powstańczej Warszawie żyć (i ginąć).

Jedna z tablic Tchorka na żoliborskim Marymoncie.
Inna tablica, w Parku Kaskada.

„W miejscu tym została przez Niemców rozstrzelana, gdy błagała o litość dla pozostałych w schronie, Olga Przyłęcka, bo to była Polka”. (Z urodzenia była Rumunką). W schronie, a właściwie w kamienicznej piwnicy na Pradze, powstanie przeżyli moja babcia, mama i wujek. (Mama pamięta tylko huki bomb i to, że spała na sankach – miała pięć lat).

Jedno z podwórek na Żoliborzu Centralnym. Symboliczny grób ofiar powstania – walczących i cywilnych, które nie mają grobów.

Historyczno-polityczną ocenę powstania prezentuje ostatni „Przegląd” w swoim dziale historii, w artykule Bohdana Piętki „Powstanie nie miało żadnego sensu”. „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest trymfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka kazali powstańcom iść ku zgubie”. To przytoczona przez autora ocena powstania dokonana przez piłsudczykowskiego polityka Ignacego Matuszewskiego.

Sady Żoliborskie

Tu latem i jesienią czuć ferment. Nie żeby okoliczni mieszkańcy jacyś niespokojni byli, po prostu drzewa owocowe rosną tu na każdym kroku. A jabłek i gruszek nikt nie zbiera. Chociaż nie, w parku widziałam starszą panią, która schylała się po te zdziczałe jabłuszka.

Drzewa owocowe w parku…
…i pod trzepakiem.
Główna aleja Parku Sady Żoliborskie.

Sady Żoliborskie to też słynna perełka PRL-owskiej architektury mieszkaniowej z lat 60. Mieszkania są tu malutkie, ale gdybym mogła wybierać, gdzie na Żoliborzu chciałabym mieszkać, to chyba wybrałabym te bloczki. Wychowałam się w bloku i czuję się tu bardziej swojsko, niż na Starym Żoliborzu, a jednocześnie jest tu również bardzo ładnie i stylowo. I oczywiście zielono.

Przykład nowej architektury.

Przegadany i krzykliwy. Brakuje jeszcze cekinów.

„Górki włościańskie”. Jak się dogrzebałam w Internecie, jest to również pozostałość jakiegoś carskiego fortu czy umocnień – „dzieło flankujące pośrednie fort Buraków” (cokolwiek to znaczy). Dzisiaj górki okalają po prostu popularny wybieg dla psów.

Takie miejsca to ja lubię. Na Czerniakowie też takie były. Trzeba tylko uważać na pijaczków.

Na Sadach mają też swoją siedzibę Miejskie Zakłady Autobusowe. Jak się ma trochę szczęścia, to można się natknąć na wyjeżdżającego z nich „ogórka”. Ja dzisiaj miałam jedynie pół-szczęście, bo zdążyłam pstryknąć tylko jego zadek. Nauczka na przyszłość, żeby nie chować telefonu do torby nawet wtedy, gdy wydaje się, że niczego, ale to już absolutnie niczego ciekawego nie mogę napotkać.

Uitwaaien nad Wisłą

Obejrzałam sobie dzisiaj rano na HBO „W głowie się nie mieści” – animację dla dzieci o emocjach. (W ramach pracy zdalnej, bo strasznie nie chciało mi się pisać raportu:)). Świetny przykład filmu, który bawiąc, uczy. O rzeczach ważnych, o których szkoła, zwłaszcza polska, nie uczy. O tym, czym są emocje, jaki mają na nas wpływ i generalnie o tym, co tam się u nas mieści i co się dzieje pod sufitem. W zabawny i sugestywny sposób wyjaśnione są w filmie podstawowe pojęcia z psychologii. Wszystko na przykładzie dziewczynki, która znalazła się w trudnej życiowej sytuacji (przeprowadzka do innego miasta) i którą targają Radość, Smutek, Strach, Gniew i Odraza, główni bohaterowie akcji. Najważniejszym przesłaniem filmu jest to, iż wszystkie te podstawowe emocje są nam potrzebne.

Oprócz emocji podstawowych jest oczywiście cała gama emocji pośrednich i pobocznych. Co ciekawe, w różnych kulturach znane są emocje nieznane innym kulturom. A przynajmniej takie, które w innych językach nie mają swojego odpowiednika (bo emocje jako takie są uniwersalne). Na stronie Girlsroom.pl natrafiłam na spis takich właśnie nieprzetłumaczalnych językowo emocji z różnych krajów i kultur.

I tak na przykład: ilunga (z jęz. luba) to „zdolność wybaczenia za pierwszym razem, tolerowania czegoś za drugim razem, ale niemożność zaakceptowania tego za trzecim razem”, strikhedonia (z angielskiego) to „radość i satysfakcja płynąca z decyzji, że nie będziemy już przejmować się jakąś sprawą, z powiedzenia sobie ‘do diabła z tym’”, wohlweh (z niemieckiego) to „ból, który sprawia przyjemność” (ech ci Niemcy),  a philia (z greckiego) – „przyjaźń i miłość platoniczna oparta na wspólnych zainteresowaniach i łączących dwie osoby podobieństwach” (tę znam z własnego doświadczenia). (Hi, Friend!:)

Jest też wiele emocji nienazwanych w żadnym języku, choć niewątpliwie istniejących, i te można znaleźć w „Przekrojowej” rubryce „Smutki uboczne” dr Piotra Stankiewicza (prowadzącego też stronę Myslnikstankiewicza.pl).

Co to wszystko ma wspólnego ze spacerowaniem? Ano ma:

Uitwaaien (z holenderskiego) – „ożywcze doznanie odcięcia się od nadmiaru myśli, które towarzyszy spacerom w wietrzny dzień czy przechadzkom na łonie natury, ‘przewietrzenie głowy’”.

Ten blog jest po trosze blogiem terapeutycznym, moje „miejskie szwendactwo” (termin znowu wzięty z „Przekroju”) nie ma na celu oprowadzania kogokolwiek po Warszawie i jej okolicach, bliższych i dalszych, ale właśnie takie uitwaaien, połączone z gromadzeniem wspomnień (w postaci zdjęć lub cytatów), przemyśleń, a czasem też, owszem, zdobyciem ciekawych informacji na temat jakiegoś miejsca czy związanej z nim postaci. Taki pamiętnik.

Spacerowanie to także jedna z dziesięciu czynności dających nam najlepszy odpoczynek. Jak  wynika z badania przeprowadzonego na Durham University – The Rest Test (18 tys. odpowiedzi ze 134 krajów), uplasowało się ono w tym rankingu na miejscu szóstym. Tako rzecze (znowu!) ostatni „Przekrój” w artykule  Pauliny Wilk „Wyższa szkoła wypoczynku”.

Gdzie można na Żoliborzu najlepiej przewietrzyć głowę?

Na lewo most, na prawo most…

Mosty są śródmiejskie, ale od czegoś trzeba zacząć.

A tych wagonów jest ze czterdzieści…
516. kilometr Wisły.
Jedyna jednostka pływająca, jaką dzisiaj zauważyłam.
Plaża Żoliborz – widok w górę rzeki.
…i w dół.

Żoliborski odcinek bulwarów nadwiślańskich, czyli Bulwar Z. Religi nie jest (jeszcze) tak zrewitalizowany, jak odcinek śródmiejski, ale to mi się akurat podoba, bo dzięki temu nie jest tu tak tłoczno.

***

P.S. Raport napisałam.

Park Żeromskiego

Park w samym sercu Żoliborza, przy pl. Wilsona, wkomponowany w jeden z fortów Cytadeli. Nieduży i bardzo popularny. Tłumy ludzi, zwłaszcza przy Prochowni i na placu zabaw. Ale można znaleźć też spokojniejsze zakątki, zwłaszcza jak się powspinać.

Alina – dziewczyna z dzbanem dłuta Henryka Kuny.

Z pustego dzbana to i Alina nie naleje. Fontanna nieczynna, podobnie jak ta w Parku Fosa.

Inwazja bluszczu.
Fort Sokolnickiego przy Prochowni Żoliborz, knajpie oblężonej przez pięknych i młodych.

Fort, w którym mieści się centrum sztuki – nieczynny.

Muzeum Sztuki Dziecka – zamknięte.

Epidemia zrobiła swoje.

Kamień upamiętniający Jacka Kuronia, leżący w odległości kilkudziesięciu metrów od mieszkania na Mickiewicza, w którym rzeczony knuł przeciwko komunie. Może i dobrze, że nie dożył dzisiejszych czasów, bo raczej nie o taką Polskę walczył.

W parku jest też tzw. Kącik Zakochanych ze źródełkiem, ale dzisiaj zajęty był przez jakiegoś jegomościa, który rozłożył się na ławce do spania.

Galeria Przystanek na płocie. Autor prac: Marek Kotarba.

Malarstwo nienadzwyczajne, ale umila czekanie na autobus.

Fosa i Stoki Cytadeli

W dzień taki jak dzisiaj, czyli w upał 30-stopniowy najlepszym wyjściem było wyjście do parku, i to możliwie gęsto zadrzewionego. Okolice rosyjskiej twierdzy są idealne – drzew tu dostatek, głębokie wąwozy po dawnej fosie, skarpa warszawska tudzież wysokie ceglane mury zapewniają kojący cień. Jedyny minus to komary, ale te w tym roku atakują właściwie wszędzie.

Działobitnia
Skwer Powstańców Styczniowych
Brama Okrzei

Trochę historii, bo akurat niedawno była rocznica:

Stefan Okrzeja został stracony na stokach Cytadeli 21 lipca 1905 r., w wieku 19 lat. Posłowie Lewicy złożyli z tej okazji w Sejmie projekt uchwały, upamiętniającej Okrzeję w rocznicę jego śmierci.

„– Okrzeja to symbol walki o Polskę niepodległą i sprawiedliwą społecznie. Pod czerwonym sztandarem PPS walczył o Polskę wolną od carskiej okupacji, ale też wolną od nędzy i wyzysku. Historia Stefana Okrzei przypomina, kto bił się o niepodległość w pierwszych latach dwudziestego wieku, kiedy część konserwatywnych elit kolaborowała z zaborcą. Bardzo często byli to właśnie robotnicy. To ważna karta z historii polskiej lewicy, którą warto przypomnieć – mówi Adrian Zandberg, poseł wnioskodawca.

Zandberg zwraca uwagę, że pamięć o lewicowych bohaterach, którzy walczyli o niepodległość Polski jest dzisiaj spychana na margines: – W mediach publicznych trudno znaleźć programy poświęcone Stefanowi Okrzei, Henrykowi Baronowi czy innym bohaterom ówczesnych walk o niepodległość. Ministrowie rządu Zjednoczonej Prawicy nie składają dziś kwiatów pod bramą straceń na warszawskiej Cytadeli. Ale wkładu polskich socjalistów w odzyskanie niepodległości nie da się wymazać ani przemilczeć. Bez odwagi i determinacji ludzi takich jak Okrzeja, wolnej Polski najprawdopodobniej po prostu by nie było.”

Cytat za: https://partiarazem.pl/2020/07/upamietnijmy-okrzeje/

Symboliczny cmentarz.
Akwedukt.
Podświetlane drzewo.

Muszę tu przyjść kiedyś wieczorem zobaczyć, czy się świeci.

Żeby jednak nie było zbyt smutno i poważnie:

Budowla o ponurej historii jest dzisiaj przede wszystkim ostoją spacerowiczów i psiarzy.