




Intensywny miesiąc – mało spacerów, ale dużo zmian. Za dwoma widoczkami z listopadowych zdjęć – będę tęsknić.





Intensywny miesiąc – mało spacerów, ale dużo zmian. Za dwoma widoczkami z listopadowych zdjęć – będę tęsknić.
Święta zbliżają się nieuchronnie…






W okolicy ul. Piekarskiej znajdowało się tzw. „Piekiełko”, czyli miejsce straceń, na którym odbywały się egzekucje – ćwiartowania, palenia na stosie i tym podobne średniowieczne rozrywki. Dzisiaj stoi tam pomnik Kilińskiego.

„Piekiełko” zlikwidowano dawno temu, ale piekło na ziemi trwało i trwa (vide: Bliski Wschód) w najlepsze.




Podwale to jednak przede wszystkim mury – chodźmy zatem na nie.


Nie do końca oryginalne – autentyki leżą głównie na Kopcu Czerniakowskim, o którym pisałam niedawno. Ale prezentują się ładnie – podoba mi się ich surowość, skontrastowana z ognistą czerwienią cegieł. Ognistość zdjęć jest zresztą myląca – było dziś potwornie zimno (i na dodatek wietrznie). Ludzi jednak było sporo, za sprawą Jarmarku, co udało mi się jednak (z trudem) nie-uchwycić na zdjęciach.












Przyszłam jednak głównie z powodu jarmarku:

Kupiłam parę bombek, parę prezentów i zmarznięta na kość wróciłam do domu.



Budynek wybudowany w latach 60. XIX wieku, od samego początku nieprzerwanie służy temu samemu celowi.

Dopiero w domu, kadrując zdjęcia, zauważyłam pieska u boku małej dziewczynki. Na zdjęciu w telefonie widoczny jest dość wyraźnie, niestety w komputerze już nie. Sympatyczny i „ludzki” (mimo że psi) akcent w sztuce tego niezbyt sympatycznego okresu naszej historii.

Pan z żółtą parasolką to przewodnik miejski. Prowadził grupkę około dziesięciu takich jak ja pomyleńców, którzy zimną i mokrą listopadową niedzielę postanowili spędzić na szwendaniu się po centrum Warszawy. Nie przyłączyłam się, wolę wałęsać się sama, ale poczułam się w tym włóczęgostwie trochę… raźniej.


Nie wiedziałam, że taka tu istnieje. Budynki przy niej stojące mają jednak adresy przy Polnej.



A tak poza tym to niespodziewanie zima przyszła.

Stambuł w Warszawie, czyli mozaika z ręcznie malowanych kafelków na stacji metra Politechnika, upamiętniająca 600-lecie nawiązania stosunków dyplomatycznych między Turcją i Polską.

Most nad Bosforem prowadzi do Warszawy – tutaj trochę rozmazanej, ale trudno zrobić dobre zdjęcie, bo – jak to w metrze – wszyscy się śpieszą (nawet w niedzielę).

Inny przykład sztuki przystankowej, czyli Agnieszka Osiecka w Galerii Osobowości Kultury Warszawy XX na przystanku autobusowym przy GUS-ie.

Mozaika autorstwa Stanisława Preyznera z 1966 r. na budynku Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych (na którym studiował mój brat). Widoczna dobrze tylko od później jesieni do wczesnej wiosny.


I tylko zachodzę w głowę, co wspólnego ma historia hiszpańskiego szlachcica z inżynierią lądową… wiatraki?



W środku budynku trochę większa wersja mojego „lasu w słoiku”.

Pierwotnie mieścił się tu szpital, a po Powstaniu Warszawskim, w którym został zdewastowany i wypalony, ukrywali się tu „warszawscy Robinsonowie”, m.in. Władysław Szpilman [za Warszawa1939.pl].

W tym budynku z 1899 r. szpital mieścił się i nadal mieści. Chodzi o psychiatryk na Nowowiejskiej oczywiście.

Na ul. Lekarskiej mieszkali głównie… lekarze. Osiedle domków powstało tu dla nich w latach 20. i 30.


I na koniec jeszcze trochę jesieni, bo to już jej ostatnie dni (mam na myśli tę „złotą polską”, a nie to bure i ponure, następujące po niej, czyli tzw. przedzimie, które dzisiaj ogłosił pogodynek w tv).


Warszawskie kuratorium nie interweniowało.




Cmentarz Bródnowski.
Powoli zaczynam przejmować pałeczkę „strażniczki grobów” od mamy. Na cmentarz na Starym Służewie jeszcze daje radę, ale cmentarz na Bródnie jest dla niej za wielki i za daleko. O Wólce nie wspominając. Ale ja lubię te samotne wizyty u ojca. Mogę sobie z nim pogadać – za życia raczej nie miałam okazji.
A w ogóle te święta są chyba najbardziej wymagającymi świętami pod względem fizycznym – krokomierz wskazał mi dzisiaj ponad 7 km.









Wojskowe Powązki były na Spacerniaku już dwukrotnie, przyszedł w końcu czas na Powązki Stare. Czas, jak się okazało, nie najlepszy, bo gdy wreszcie – po raz pierwszy w życiu – się na nie udałam, Aleja Zasłużonych i katakumby były w remoncie. Zamiast zasłużonych będą więc głównie ci mniej zasłużeni, napotkani nieco przypadkiem. Ale że jednych i drugich są na cmentarzu dziesiątki, to i tak trochę sław się uzbierało. Poza tym XVIII-wieczny cmentarz sam w sobie jest piękny, zwłaszcza w pogodę taką jak dzisiaj.



Założyciel Społecznego Komitetu Opieki na rzecz Ochrony Starych Powązek nie miał łatwej drogi na powązkowski cmentarz, ale jakoś – po zapłaceniu KK niemałej sumy – udało się, i to nawet z partnerem.

Znani ze sceny i z ekranu…









Przerwa-Tetmajer tylko symbolicznie, prochy przeniesiono na cmentarz w Zakopanem.

Groby najsmutniejsze – tych najmłodszych…



I inne – te ciekawe….








Te okazałe…



…i te po prostu piękne…





…oraz te w kontekście…

Zaczęłam październik na rondzie „Radosława” i kończę na rondzie „Radosława”.
Ale jeszcze zanim skończę…



I jeszcze trochę złotej polskiej jesieni, zanim nastanie bura szarość.
OK, połowa wolskich cmentarzy zaliczona, zostało jeszcze „tylko” pięć :-).
W czasach saskich znajdował się tu zwierzyniec, w którym hodowano króliki, a w latach 1731-32 wybudowano tu królewski pawilon, zburzony w czasie II wojny światowej i odbudowany w latach 60. na siedzibę Muzeum Rzeźby, filii Muzeum Narodowego. Wokół pałacu, na skarpie, założono ogród. O prawa do pałacu od 2008 r. toczy się proces sądowy ze spadkobiercami familii Krasińskich, którzy chcieliby muzeum z pałacu wyrzucić. Na razie prosty człowiek może do ogrodu i pałacu wejść i podziwiać rzeźby, m.in. Xawerego Dunikowskiego. Parę lat temu, gdy mieszkałam w okolicy i bywałam w Królikarni dosyć często, byłam tu też na plenerowym koncercie Filharmonii Narodowej.
Tuż obok znajduje się zespół przyrodniczo-krajobrazowy „Arkadia”.















Właśnie wypakowano ją z samochodu.


Lub też na odwrót.





Odwiedziłam to miejsce po trzech latach i wciąż nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Wiedziałam, że tworzony jest tu park, ale efekt prac przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Zrobiono to rewelacyjnie.
Zdjęcia wyszły nie najlepiej, bo spacer był nie zaplanowany, wczesnym przedpołudniem przed wizytą u lekarza (mama mi się rozchorowała, chyba jakiś wirus – ale nie Covid, sprawdziłyśmy).


Kopiec Czerniakowski, czyli po mojemu po prostu „zwałkę” usypano z warszawskich powojennych gruzów – jego historię można poznać tutaj, na świetnie zaaranżowanej wystawie.

Po wojnie na terenie Warszawy znajdowało się ponad 20 milionów metrów sześciennych gruzu. Zwożono je w kilka miejsc i w ten sposób Warszawa doczekała się kilku górskich „szczytów” – Kopiec Czerniakowski był jednym z nich.

I tak go pamiętam, bo w tym roku już mieszkałam na Czerniakowie. Moje wspomnienia z dziecięcych wypraw na „zwałkę” – najlepsze, choć dosyć niebezpieczne (i dlatego najlepsze :)) miejsce zabaw okolicznych dzieciaków – można przeczytać tutaj.

Profesor Kobendza też był parę tygodni temu bohaterem jednego z moich wpisów. W parku chwasty nadal rosną, tym razem w charakterze półdzikich rabatek. Świetny pomysł.






Jestem pewna, że też w tym miejscu zjeżdżałam – ale na własnym tyłku.



Po całym parku porozstawiane są takie „pomniki” z fragmentami większych gruzów.








Jeśli na coś miałabym w parku narzekać, to na brak widoku na centrum Warszawy – zasłaniają go drzewa (przynajmniej latem). Na zdjęciu widok na południe miasta. Lepszego nie udało mi się zrobić, bo przeszkadzało południowe słońce.

Najładniej jest chyba jednak nie na szczycie, ale na ścieżce wokół niego.

Teren uporządkowano, ale zachowano dziki charakter miejsca.





Niewiele z niej widać – głównie chaszcze, ale można też poobserwować wiewiórki na szczytach drzew.



Na kopcu zachowano dziką przyrodę i warunki sprzyjające jej rozwojowi. Część parku jest oświetlona, część nie, i zrobiono to z rozmysłem, aby nocne zwierzęta miały gdzie się kryć i polować.

Te platformy wybudowano, aby można było na kopiec wjechać wózkiem – czy to inwalidzkim, czy dziecięcym, ale są to też przy okazji fantastyczne ścieżki widokowe.


Prace nadal trwają, teren wokół kopca jest olbrzymi, ale wciąż są tu miejsca naprawdę dzikie – dokładnie takie, jak je pamiętam z dzieciństwa.

Tu na przykład mamy skrót prowadzący z bazarku na osiedle – w pewnym momencie wychynęła z niego starsza pani z wózeczkiem zakupowym…


A to moja podstawówka od strony „zwałki”. Dzisiaj ogrodzenia są wzmocnione, ale za moich czasów nie było najmniejszego problemu – przechodziło się przez dziurę w siatce i już było się w dziczy.

Wdrapywało się na stromą górkę i można było biesiadować :-). (Ale aż tylu śmieci to nie było).