Część Sadyby w okolicach fortu Czerniaków nieco mniej ciekawa niż jej część najstarsza, „nadjeziorkowa”. Zabudowa głównie willowa, przedwojenna i powojenna, sporo ciekawej architektury, jednak o tej porze roku dość słabo widocznej z powodu bujnej ogrodowej roślinności. Dodatkowo pora na fotografowanie (wczesne popołudnie) niezbyt sprzyjająca, no ale chciałam pogodzić spacerek z olimpiadą, a konkretnie wieczornym meczem Igi.
Budynek zakładowy Warszawskiego Biura Projektów Energetycznych z 1957 r.
Ambasada Chile.
SBM „Przodowników Pracy” – była to spółdzielnia budowniczych Pałacu Kultury.
Porsche Panamera i Mini 07 ;-).
Najciekawszy budynek w okolicy – neoplastyczna kamienica projektu Romualda Gutta z lat 30.
Neoplastycyzm – kierunek w sztuce, stworzony w latach 20. XX w. przez Mondriana, charakteryzujący się użyciem linii pionowych i poziomych, które nachodząc na siebie, dzieliły płaszczyzny na kwadraty i prostokąty, oraz stosowaniem trzech barw podstawowych (żółtej, niebieskiej i czerwonej) i trzech tzw. nie-kolorów (czerni, bieli i szarości).
Informacje o budynkach zaczerpnęłam ze Spacerownika Sadybiańskiego ze strony Miasta Ogrodu Sadyba.
Jedyny plac na Sadybie, nieduży i zaciszny, a jego ciszę przerywa tylko okazjonalny turkot kół po kocich łbach, którymi jest wybrukowany.
Od lat 90. XIX wieku jeździła tędy wąskotorowa kolejka wilanowska, którą warszawiacy jeździli na podstołeczne letniska. Trasa biegła od rogatek belwederskich, przez Marcelin i Sielce (dzisiejszą Chełmską), następnie skręcała na południe i przez Czerniaków i Sadybę dojeżdżała do Wilanowa. Potem przedłużono trasę do Klarysewa i Piaseczna. Na Sadybie na jej drodze stawał Fort Czerniakowski i otaczająca go fosa, który kolejka okrążała ulicą Okrężną. Linia została zlikwidowana w 1971 r., a na jej pamiątkę na starej Sadybie stoi pomnik.
Byłam w tej okolicy w styczniu 2022 r., ale bardziej od strony fortu i Parku Szczubełka, więc dzisiaj obeszłam fosę i stojące nad nią wille osiedla oficerskiego z lat 30. z drugiej strony. Latem wygląda to zupełnie inaczej.
Willa w siatce maskującej.
Fragment fosy fortu Czerniaków – widok na Park Szczubełka.
XIX-wieczna rzeźba przed główną siedzibą TVN-u na Wiertniczej to tzw. nepomuk, czyli figura świętego Jana Nepomucena. Nepomuków w Warszawie jest czterech – na Senatorskiej, na Pl. Trzech Krzyży, na Służewie i ten tutaj.
W upał taki jak dziś jedyną opcją spacerową był spacer wieczorny.
Pierwsze latarnie gazowe połączone z gazownią na Ludnej pojawiły się w Warszawie w 1856 r. 92 latarnie zapłonęły na Książęcej, Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu. Na początku XX w. były już ich tysiące, choć w 1904 r. pojawiły się już pierwsze latarnie elektryczne. Początkowo latarnie zapalali latarnicy. Postęp nastąpił w 1927 r., kiedy to w gazowni na Ludnej wprowadzono urządzenie do zdalnego ich zapalania. Po wojnie liczba latarni gazowych stopniowo malała i ulegała dewastacji. Dzisiaj w stolicy działają 174 latarnie gazowe, najbardziej znane to te na Agrykoli przy Łazienkach. Pozostałe znajdują się na Starym Żoliborzu, Bielanach i Sadybie. Te sadybiańskie to historyczny model z 1856 r., z charakterystycznymi liśćmi akantu; postawiono je w latach 30. i do 2008 r. zapalali je latarnicy. W tymże 2008 rozpoczął się projekt ich rewitalizacji, obejmujący m.in. wymianę mechanizmu zapalającego ze sterowanego ręcznie na automatyczny, zmierzchowy – trochę szkoda, chętnie poszłabym śladem latarnika i popatrzyła, jak się je zapala. Za to miasto-ogród może się teraz poszczycić największą liczbą latarni gazowych w Warszawie – w 2012 r. było ich w sumie 68. Wyznaczono też ścieżkę spacerową „Szlakiem latarni gazowych”. [za: um.warszawa.pl i miasto-ogrod-sadyba.pl].
Jest środek lata, więc trochę plażowego nastroju – w środku miasta.
To nie Sopot, to Sadyba.
Chodzi o petycję do Rafała Trzaskowskiego.
Od wielu lat problemem jest obniżanie się poziomu wody w jeziorze, do czego przyczyniają się m.in. obniżenie się i odsunięcie koryta Wisły oraz budowa wałów przeciwpowodziowych na Łuku Siekierkowskim, naruszenie kierunku spływu wód gruntowych przez system kanalizacyjny osiedla przy ul. Bernardyńskiej, utwardzenie terenu zlewni jeziora zaburzające tempo zasilania wodami opadowymi oraz sąsiedztwo Elektrociepłowni Siekierki. Z badań przeprowadzonych przez naukowców z SGGW wynika, że od lat 60. XX wieku poziom wody w jeziorze obniżył się o ok. 1 metr. [za Wikipedią].
Kąpielisko nad Jeziorkiem Czerniakowskim jest jedynym w Warszawie kąpieliskiem zgodnym z wymogami unijnej dyrektywy kąpieliskowej i – jak widać – cieszy się dużym powodzeniem (głównie wśród Ukraińców – takie przynajmniej odniosłam wrażenie). Sezon kąpielowy – od 9 czerwca do 15 września. Długość linii brzegowej – 30 m. Zdatność wody do kąpieli jest regularnie badana i dzisiaj wywieszona była biała flaga. Są przebieralnie, toalety, jest ratownik i lodziarnia jest. Nie ma tylko gdzie położyć kocyka :-). Chętnie bym sobie popływała (strasznie dawno nigdzie nie pływałam, a w jeziorze to w ogóle chyba nigdy), ale nie miał mi kto popilnować rzeczy.
Więc tylko połaziłam po okolicy – tutaj ujście starego znajomego, Kanału Czerniakowskiego, do jeziorka.
No, wreszcie, udało się. Przetestowałam dzisiaj nowe trekkingowe sandały i ortopedyczne wkładki. Spacerek ostrożny i krótki, stopa trochę pobolewa, ale nie tak, żeby nie można było zrobić 4 km. Zobaczymy wieczorem.
O idei miasta-ogrodu pisałam już przy okazji spaceru po starych Młocinach na Bielanach. Realizacji tej idei jest jednak w Warszawie i jej pobliżu więcej, w niektórych też już byłam (Stary Żoliborz, Jelonki, Konstancin-Jeziorna). Na Mokotowie jest to stara Sadyba, której dodatkową atrakcją jest położenie nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Zdecydowanie najładniejsza część Dolnego Mokotowa. Dzisiaj część pierwsza.
Kapliczka z gruszy, o której pisałam w niedawnym wpisie.
Jest tu kilka „wakacyjnych” nazw ulic (Kąpielowa, Kuracyjna, Juraty) – letnia pora jest więc chyba najodpowiedniejsza na spacer po tej dzielnicy. Można wybrać którąś z wytyczonych i opisanych tras, ale ja lubię chodzić własnymi. A Juratę (tę prawdziwą) wspominam bardzo dobrze – jest co prawda drogo, ale ładnie.
Miasto-ogród Sadyba powstało ok. 100 lat temu na terenie dawnej wsi Czerniaków, ale zabytkowy drewniany dworek na ul. Jodłowej jest znacznie starszy.
Jeden z domów przy głównym placu, a właściwie skwerze.
Skwer nosi miano „Skwer Starszych Panów” i mieści się tu też kawiarnia w szklarni, także ich imienia, z ciekawym znakiem drogowym przed wejściem. Nie zwróciłam uwagi, dokąd prowadzi strzałka, być może pod jedną z tutejszych gazowych latarni. No ale nie miałam z kim się całować, więc poszłam dalej. Z kawiarni dobiegała stylowa muzyczka, jednak pora była mało kawiarniana (około południa), więc… też poszłam dalej. Wieczorny spacer po starej Sadybie również mam w planie, a to z powodu rzeczonych latarni. Kiedyś już tu byłam wieczorem, i to mglistym, jesiennym – atmosfera naprawdę jak z bajki. (Jest też oczywiście wytyczona trasa spacerowa Szlakiem Gazowych Latarni).
Willa pre-modernistyczna na Godebskiego.
Jedna z willi na ul. Goraszewskiej.
Tu jeszcze jedna.
Tablica informacyjna przed nią zatytułowana jest „Towarzystwo do brydża”. No, wygląda na taką, w której odbywają się wieczorki brydżowe. Przypomniałam sobie, że swoją pierwszą (i ostatnią) lekcję gry w brydża też odbyłam na Sadybie, na imprezie u koleżanki z liceum, która mieszkała niedaleko, też w willi, ale w nowszej części dzielnicy.
To domki dla… sadybiańskich dzikich kotów?
Jeziorko Czerniakowskie, które tutaj podchodzi pod samo osiedle. Można wynająć łódkę lub kajak.
Można i wpław. Ten pan płynął chyba z jednego końca jeziora na drugi (jakieś 1780 m).
Są zejścia nad wodę, ale miejsca na ogół zajęte.
Wreszcie wolna miejscówka.
Niestety ze śniętą rybą. Ale przynajmniej wiadomo, że wędkarze siedzą tu nie na próżno.
Widok z mostu na część południową jeziorka.
Rośnie tu grążel żółty, a także nenufar, czyli grzybień biały (mam nadzieję, że uda mi się go spotkać).
Tu widok na część północną.
Wciąż czekam na jakiś odpowiedni dzień w weekend, żeby wybrać się na wycieczkę wokół jeziora.
***
A to jeden z efektów burzy w nocy z piątku na sobotę na moim osiedlu. Już by sobie dały spokój te żywioły z tutejszymi drzewami.
…czyli wystawa w Muzeum Narodowym z okazji stulecia opublikowania pierwszego Manifestu surrealizmu André Bretona. Można na niej zobaczyć surrealistyczne mity, krajobrazy, wizje, sny…
…obrazy, grafiki, fotografie, kolaże, rzeźby, instalacje, filmy i mnóstwo dziwnych przedmiotów. Prace artystów polskich i zagranicznych.
Nastroje różne.
Tytuły niektórych prac to osobny temat, a wręcz czasem osobne „dzieła”. Niektóre skłaniają do głębokiego zastanowienia, a niektóre wywołują błyskawiczne i prozaiczne skojarzenia.
Rozporządzenie nr 9.
Gdy następnym razem dostanę na skrzynkę mailową kolejne niezrozumiałe rozporządzenie dyrekcji, już wiem, jak je rozłożyć na czynniki pierwsze.
W obecnym mieszkaniu, należącym kiedyś do pracowników telekomunikacji, „odziedziczyłam” starą (metalową) tarczę od telefonu. Chyba już wiem, jak ją wykorzystam. Zrobię rekontekstualizację.
I mały akcencik warszawski, a nawet czerniakowski:
Pod słynnym dziełem Salvadora Dalego doczytałam się ciekawej notatki. Otóż okazuje się, że surrealiści działali także tu, u mnie, na Czerniakowie! Tworzyli swoje dzieła przy pomocy tramwaju, który jeździł Czerniakowską (mówiłam!) ;-)).
Surrealiści często inspirowali się magią. Tutaj w sensie dość trywialnym.
Miesiąc pod znakiem kontuzji, więc spacerów jak na lekarstwo. Za to widoki z okna lepsze, niż się mogłam w lutym spodziewać. Niestety żeby je zobaczyć, trzeba wyjść na balkon. Balkon jest w trakcie urządzania – kupiłam „składaną” podłogę i usiłuję ją dopasować do metrażu (1,14 m :)). Czyli muszę kupić piłę. Ale nic to – złożyłam sofę, złożyłam stół, to i podłogę złożę. Brakuje mi wróbli i sikorek – im pewnie też brakuje mojego poidełka-wanienki.
Okazuje się, że stopa ludzka to skomplikowane inżynieryjne urządzenie i niewiele trzeba, by człowiek dostrzegł to, czego na co dzień nie dostrzega, czyli przywilej poruszania się wte i wewte ruchem kroczącym – bez bólu. Ortopeda przepisał wkładki i rehabilitację. Jeśli chcę dalej uprawiać moje hobby, muszę też zaopatrzyć się w porządniejsze buty. Po włożeniu wkładek na razie nie boli, ale za to obtarłam sobie piętę, bo znalazła się w innym miejscu, niż zazwyczaj :-/. No cóż, zaczynam się sypać, na pocieszenie mam fakt, że nie jestem jedyna – sypią się też inni, młodsi (i szczuplejsi) ode mnie. I mój przypadek nie jest wcale najgorszy.
Jako że dzisiaj zapowiedziano temperaturę w cieniu 35 stopni, na drugi (i ostatni) w tym miesiącu spacer wybrałam się rano i w najbliższą okolicę, czyli – po osiedlu :-).
Jest to stare, peerelowskie osiedle, których jestem fanką. Nie tak ładne, jak to, na którym mieszkałam na Żoliborzu, no ale to były Sady Żoliborskie, crème de la crème peerelowskich osiedli. Ale i tu, jak się dobrze rozejrzeć, są fajne miejsca.
Najfajniejsza jest oczywiście Ona, czyli ścieżka za szkołą. Była już na Spacerniaku kilka razy, ale Ścieżki nigdy dosyć i pojawi się na pewno jeszcze nie raz, bo o każdej porze roku jest ładna. Chodzę nią do sklepu, bo jest krócej (i fajniej) niż przez osiedle. Trzeba tylko uważać, żeby się na niej nie potknąć o jakąś wystającą z ziemi cegłę i nie runąć jak długa na ziemię…
To jedna ze ścieżek odchodzących.
Sklep, o którym była mowa, to duże delikatesy. Nie jest tanio, choć bywa, że taniej niż w małych sklepach typu Lewiatan czy Stokrotka, o Żabce nie wspominając. Na osiedlu króluje oblężona o każdej porze Biedronka, czynna do 1-ej w nocy, ale tam chodzę w ostateczności (np. gdy bardzo mi się śpieszy albo nie jestem w stanie ujść dalej, niż 200 m…). Tu jest luźno, bez kolejek i można kupić prawie wszystko, czego dusza zapragnie. Trzeba się tylko umieć ograniczać i kupować tylko to, czego się naprawdę potrzebuje, w ilościach, jakich się naprawdę potrzebuje.
Osiedle jest z lat 70., ale na jego skraju stoi kilka budynków przedwojennych. Mówiło się na nie „przybudówka” (i piło pierwsze piwo w bramie).
Należy tu wiedzieć, któremu klubowi się kibicuje.
Zaletą starych osiedli jest to, że są – po pierwsze luźno zabudowane, ludzie nie zaglądają sobie w talerze, po drugie – bardzo zielone – drzew sadzono na nich dużo i zdążyły się one przez lata rozrosnąć. Niestety przez to osiedle przeszło kilka lat temu coś w rodzaju trąby powietrznej – gwałtowny poryw wiatru podczas burzy w kilka minut powalił lub połamał kilkanaście starych drzew (między innymi to rosnące przed moimi oknami, przez co w dni takie jak dzisiaj prażę się jak na patelni). Zostało po nich całe mnóstwo ciekawych pniaków.
Ale trochę zieleni się ostało.
Na przykład ta na placu zabaw. Jest ogromny (na zdjęciu tylko fragment) – dla maluchów, dla starszych dzieciaków i dla dorosłych też coś jest. Duża część w cieniu. Żółta drabinka na pierwszym planie pamięta chyba jeszcze czasy, gdy ja się po niej wspinałam, ale większość urządzeń jest nowa.
Zieleń jest też w przyblokowych ogródkach, lekko zdziczałych, czyli takich, jakie lubię.
Mieszkają w nich jeże – jakieś dwa miesiące temu spotkałam wieczorem jednego na schodach do bloku. Sporo jest też ptaków śpiewających, choć ich śpiew zagłusza skutecznie ruchliwa ulica nieopodal.
Na koniec coś bez związku z tematem, ale nie mogłam się oprzeć. Stała pod Żabą.
Bernardyńska Woda na Sadybie – pozostałość fortyfikacji fortu „Cze”. Biegła kiedyś wzdłuż niej Wilanowska Kolej Wąskotorowa i widoki z kolejki były pewnie ładne. Jak podaje Wikipedia, jeszcze w latach 50. i 60. można było w niej pływać, także kajakiem. Dzisiaj pływają w niej tylko kaczki – zbiornik zarasta trzciną. Można sobie nad nim jedynie pospacerować – z jednej strony górą, a z drugiej doliną.
True – wypatrzyłam kaczą młodzież.
Mieszkańcy coś tu działają.
Chodzi chyba o kładkę w tym miejscu.
Zbiornik jest długi i ma mniej więcej w jednej trzeciej długości miejsce, w którym można przez niego przejść, ale nie wygląda ono zachęcająco. Ja się nie odważyłam.
Lubię takie miejsca w środku miasta, bo wiem, że kwitnie tam dzikie życie i trochę się obawiam tych wszystkich „rewitalizacji”, bo często oznaczają one dla życia coś zupełnie innego niż wskazuje nazwa.
Jeszcze pomniczek.
Upamiętnia Ułanów Kaznowieckich, broniących Warszawy we wrześniu 1939 r. Stacjonowali w Willi Podgórskich, która jest tuż obok.