Drzwi autorstwa Cristiny Iglesias, prowadzące do nowego budynku w kompleksie muzealnym Prado, wykonane z brązu.
W samym muzeum zdjęć robić nie wolno, a oglądanie obrazów Boscha wygląda jak oglądanie Mony Lisy w reklamie jednego z banków, ale zdecydowanie warto je odwiedzić, bo oprócz „Ogrodu rozkoszy ziemskich” są tam inne, mniej znane i oblegane dzieła niderlandzkiego malarza (i nie tylko oczywiście). Do wyboru miałyśmy jeszcze Picassa w Centrum Sztuki Królowej Zofii, ale na coś się trzeba było zdecydować. Jako że będąc w Paryżu nie zwiedziłam Luwru, to stwierdziłam, że tym razem odwiedzę To Bardziej Znane Muzeum.
Znalazłam pamiątkę idealną, czyli połączenie botaniki ze sztuką.
Jak wspomniałam wcześniej, trafiłyśmy akurat na derby Madrytu. Już dzień przed na ulicach można było spotkać sporo policji, ale po meczu było raczej spokojnie, przynajmniej w „naszej” części miasta. Mecz Atletico z Realem oglądany był w każdej niemal knajpie (dla porządku: Real wygrał).
Santiago Bernabeu.
Stadion akurat jest w przebudowie i wygląda zupełnie inaczej niż na magnesie, który kupiłam kuzynowi (kibicowi zarówno „królewskich”, jak i Barcy). Ale myślę, że się ucieszy, zwłaszcza że kupiłam jeszcze parę innych drobiazgów :-).
Późno nas puścili, więc biegiem do Parque de el Retiro, zanim do reszty się ściemni. Niestety jego największa atrakcja, czyli Pałac Kryształowy, oczywiście był… w remoncie (i nie oświetlony).
Prado też już zamknięte…
To nie nasz hotel niestety.
Głodne byłyśmy tak, że zjadłybyśmy świnię z racicami…
…ale skończyło się na fast-foodzie.
Puerta del Sol.
Symbol miasta – niedźwiedź pod drzewem truskawkowym (nie mającym oczywiście nic wspólnego z truskawkami). Chruścina jagodna (arbutus unedo) należy do rodziny wrzosowatych. Niedźwiedź pojawił się w herbie Madrytu w XIII w., a pomnik na placu – w 1967 r.
Metro.
Można nim dojechać do samego Buenos Aires (ale my wysiadamy w Cuzco).
W Madrycie już wiosna (aczkolwiek zimna i deszczowa niestety).
Na początek – przywitanie z tymi dwoma panami.
Rzut oka na pałac królewski…
…i ogólnie na miasto.
Zaraz zakwitnie.
Dużo tu tego typu budowli.
Gran Via – najbardziej chyba znana i reprezentacyjna ulica Madrytu. Dużo biurowców i drogich sklepów. Czuć atmosferę wielkiego miasta.
Biurowiec „Metropolis” niestety częściowo w remoncie, więc nie oświetlony.
Jak zresztą większość tutejszych atrakcji, ale cóż – sezon turystyczny jeszcze się nie zaczął.
Może kaczuszkę?
Zimno i pada, więc na rozgrzewkę ciepłe i tłuste churrosy z gorącą czekoladą.
Plaza de Cibeles.
W fontannie Fuente de Cibeles przed budynkiem poczty głównej (między innymi) kibice piłkarscy świętują zwycięstwa swoich drużyn. Następnego dnia były derby Madrytu, ale było zdecydowanie za zimno na tego rodzaju fiestę.
Czyli okolica, w której kiedyś mieszkałam. Było to moje pierwsze samodzielne mieszkanie i lubiłam je bardzo, choć był to tylko pokój z dużą kuchnią. Ale wszystko było inne niż to, gdzie dotąd mieszkałam – i okolica, i dom, i mieszkanie. Najbardziej podobało mi się, że okna wychodziły na wschód, po raz pierwszy poznałam, co znaczy słoneczny poranek i chłodne popołudnie. I zaciszne podwórko. Nie była to Aleja Tornad, w której wiatr co roku wyrywa z korzeniami kolejne drzewa, nawet w czasie burzy mogłam mieć otwarte okno. I można było biegać dookoła, bo właścicielka przebiła szerokie przejście między kuchnią i pokojem. No i biegaliśmy… (resztę przemilczę ;-)).
Okolica jest „eklektyczna” – bloki i kamienice z lat 50. i 60., eleganckie domki i wille (w jednej swoją rezydencję ma ambasador Wielkiej Brytanii).
Ja jednak najbardziej lubiłam galerię starych domów stojących przy ul. Odyńca:
Stare i zniszczone, ale mają charakter. A na malutkiej uliczce Czeczota mieszkał kiedyś Mirosław Hermaszewski. Uliczka jest tak wąska i tak zastawiona samochodami, że miejscami iść da się właściwie tylko jej środkiem.
Uliczka jest zakrzywiona w kształt półkola, bo znajdował się tu kiedyś fort (M-Tsche).
Zajrzałam oczywiście na moje stare podwórko i już od wejścia poczułam niepokój. Czegoś brakowało… Trzy Siostry. Nie ma ich. Wielkie drzewa, nie wierzby wprawdzie, chyba topole, ale lubiłam na nie patrzeć zza biurka w kuchni (bo kuchnia była tak wielka, że służyła także za gabinet). Czyżby jednak wichura? Czy może przeszkadzało, że „śmiecą”? Nie dowiem się, na ich miejscu rosną trzy inne, młode drzewka. Dziwnie się poczułam, jakby razem z tymi drzewami ktoś odpiłował jakąś część mojej przeszłości.
Czas Zmarłych więził w sobie tych, którzy naiwnie sądzili, że śmierci nie trzeba się uczyć, tych, którzy oblewali śmierć jak egzamin. A im bardziej świat posuwał się do przodu, im bardziej wychwalał życie, im mocniej przywiązywał się do życia, tym większy tłok panował w Czasie Zmarłych i tym gwarniejsze stawały się cmentarze. Dopiero tutaj bowiem zmarli powoli przytomnieli po życiu i okazywało się, że stracili dany im czas. Po śmierci odkrywali tajemnicę życia, i było to odkrycie daremne.
Wybrałam się dzisiaj z Praską Ferajną na spacer w okolice ul. Rakowieckiej, w planie którego było zwiedzanie mokotowskiego Muzeum Geologicznego. Niestety, odbywały się tam dzisiaj obchody środowego święta i od wejścia do bramy ciągnął się ogon długości brachiozaura co najmniej, złożony z rodzin z małymi paleontologami, zatem jedyna skamielina, jaką dziś obejrzałam, to ta w gablocie od ulicy, którą można sobie oglądać nawet z autobusu. To znaczy teraz nie można, bo na Rakowiecką wracają tramwaje i ulica jest rozkopana, komunikacja nie jeździ.
Rekonstrukcja szkieletu silezaura, prawdopodobnego kuzyna pierwszych dinozaurów, odkryta w Krasiejowie koło Opola.
Ten głaz narzutowy, ważący ok. 30 ton, odkryto gdzieś w okolicy mojego podwórka, na ul. Podchorążych.
W chwili odkrycia w 1938 r. był to największy z głazów wydobytych w obrębie Warszawy. (Od tamtej pory przebił go głaz ursynowski, spoczywający w okolicy Kopy Cwila).
No nic, co się odwlecze, to nie uciecze. Ale okolica jest ładna, obfituje w naprawdę ciekawą architekturę, jak zresztą większość Starego Mokotowa, więc spacer był mimo wszystko udany.
Gmach Państwowego Instytutu Geologicznego, tzw. żyletkowiec.
Szpecą go klimatyzatory, choć w środku nie powinno być zbyt gorąco, bo okna były tak zaprojektowane, żeby słońce nie wpadało bezpośrednio do wnętrza. No ale wystawa południowa, może dlatego.
Kamienica na rogu Rakowieckiej i Sandomierskiej.
Kamienica obok też ładna.
Dawny Dom Sierot Dziewcząt z przełomu wieków, obecnie szkoła muzyczna.
Z tyłu budynku dobudowano nowoczesną salę koncertową, bardzo ładną w środku, niestety pani ochroniarz nie pozwoliła nam wejść jej obejrzeć, a potem przegoniła nas także z tzw. terenu, choć nie robiliśmy nic złego. Udało się tylko pstryknąć fotkę łącznika.
Króluje tu jednak modernizm:
Budynek Policyjnej Izby Dziecka.
Współczesny apartamentowiec, nawiązujący do stylu art deco.
Budynek z lat 20. projektu Romualda Gutta, obecnie Ambasada Turcji.
Po północnej stronie Rakowieckiej są głównie obiekty wojskowe, ABW i tym podobne, zdjęć im robić nie wolno (przynajmniej nie wszystkim, żołnierz na warcie z karabinem dał nam to jasno do zrozumienia), ale jedną ciekawostkę zamieszczam:
Drewniany słup telefoniczny na dachu starych koszar.
Trochę stare, a trochę nowe. Głównie willowe w każdym razie, sporo ambasad. Większość budynków niewidoczna nawet w zimie, bo obsadzona drzewami i tujami. Tuje, tuje, wszędzie tuje. Ale gdy się zazieleni, jest tu bardzo ładnie. Przyjemnie się tędy chodziło na skróty do Królikarni.
Wydział Konsularny Ambasady Ukrainy z wystawą na płocie.
ul. Lenartowicza
Czuje się tu przedwojenny klimat. Kilka starych domów stoi opuszczonych, ale inne są odnowione lub właśnie remontowane. W ogóle chodząc po tego typu osiedlach zawsze, zawsze spotykam jakieś ekipy remontowe, które odnawiają te stare wille lub stawiają na miejscu starych nowe.
Zbliżam się w swojej wędrówce po Mokotowie do jego najstarszej części, więc robi się coraz ładniej i ciekawiej.
Jak podaje Wikipedia, nazwa mokotowskiego Henrykowa pochodzi od imienia francuskiego emigranta, Henryka Bonneta, który na początku XIX w. zakupił tu grunt i założył posiadłość. Powstały folwark zamieszkiwany był początkowo tylko przez Francuzów. Zachowany do dzisiaj pałacyk wzniósł też (kolejny) Francuz.
Pałacyk „Henryków”.
Inny pałac – Ksawerego Pusłowskiego.
Dawniej Instytut Moralnie Zaniedbanych Dzieci. Dzisiaj dzieci tu są zadbane, bo jest to siedziba Młodzieżowego Domu Kultury.
Z wieku XIX przeskakujemy do lat 30. XX w. i mamy piękny budynek autorstwa Bohdana Lacherta i Józefa Szanajcy (a przed nim stary słup telefoniczny). Intrygujące są te malutkie okienka… I te barierki na dachu…
Dom Pod Skarabeuszami.
Na fasadzie płycina w stylu egipskim z sowami i skarabeuszem. W budynku na parterze kilkanaście lat temu działała bałkańska restauracja, „Banja Luka” bodajże się nazywała, w której jedliśmy z moim byłym cudowną jagnięcinę.
Powojenny, piękny kościół św. Michała Archanioła.
Dzwonnica przy kościele, pozostałość po jego poprzedniku, zburzonym w czasie wojny.
A pod asfaltem pozostałości po kocich łbach.
Jest tu jeszcze Park Wodny Warszawianka, do którego, gdy się przeprowadziłam w te okolice, miałam regularnie chadzać, ale nie byłam ani razu… Na usprawiedliwienie mam fakt, że kolega z pracy „swoją” pływalnię widzi z okna mieszkania, ma do niej dosłownie 100 metrów, i też jeszcze nigdy nie był :D.