Między Kanałem Czerniakowskim a Siekierkowskim

Na Czerniakowie niewiele było (i jest) atrakcji – na tzw. „drugie osiedle” chodziło się więc na działki (ROD „Czerniaków”) – „na kwiatki”… Wtedy można było wejść, brama była szeroko otwarta. Dzisiaj jest zamykana na klucz i można sobie działki jedynie obejść dookoła. Cóż było robić – obeszłam.

Kanał Czerniakowski.

Kawałek dalej biegnie już podziemnym tunelem – między innymi dokładnie pod boiskiem mojej dawnej szkoły i wypływa w Porcie, też Czerniakowskim, co kiedyś uwieczniłam na zdjęciu. (We wpisie „Cypel Czerniakowski” pisałam, że woda na zdjęciu wypływa z Kanału Piaseczyńskiego, ale pomyliłam się. Ujście Kanału Piaseczyńskiego jest kawałek dalej. No nieważne). Ma on swoje miejsca dzikie, podobno widziano nad nim bobry. (Pozdrawiamy bobry, bo podobno dziś jest ich święto).

U zbiegu Al. Józefa Becka i Czerniakowskiej mieści się CIOP, czyli Centralny Instytut Ochrony Pracy. Na płocie ma on całkiem ciekawą galerię plakatów. Podoba mi się, że skupiają się nie tylko na zagrożeniach fizycznych i nie tylko na stanowiskach robotniczych. W pracy „umysłowej” też można człowieka wykończyć (wiem coś o tym).

…i mój ulubiony:

W perspektywie komin Elektrociepłowni Siekierki.
Kapliczka na Czerniakowskiej.
Pomnik Batalionów Chłopskich.

Sielce – okolice Szpitala Czerniakowskiego

Źle się tu teraz spaceruje z powodu budowy tramwaju do Wilanowa, więc spacer (a zwłaszcza zdjęcia) niezbyt udany – ulice pozagradzane, chodzi się wertepami.

Skwer Chorwacki.
Bar i restauracja „Lotos” – relikt dawnych czasów.

Podobno wciąż można tu zamówić „lornetę z meduzą”. Niedaleko mojego domu istnieje inna knajpa, która przeżyła czasy transformacji (i ma się dobrze) – „Mistrz i Małgorzatka”. W ogóle jest tu swojsko i „warszawsko”. W tych okolicach mieszkał Grzesiuk i trochę czuje się jego ducha.

ul. Nabielaka.
Dom Wystawowy i biurowy firmy Auto-Koncern z 1929 r.

Był tu przed wojną salon samochodowy, sprzedawano głównie Chryslery. Dzisiaj ma tu siedzibę Policja. Od frontu zdjęcia nie dało się zrobić, zresztą budynek przebudowano (a szkoda, bo był dość ciekawy). [za warszawa1939.pl].

Im bliżej Belwederskiej, tym robi się eleganciej. Najbardziej znany tutejszy zabytek – tzw. Czerwona Willa jest w remoncie i nie jest w związku z tym ani trochę czerwona (a raczej w kolorze „różu pompejańskiego”), więc w zastępstwie sąsiadka:

Odnoga tramwaju do Wilanowa.

Kiedyś jeździł tędy tramwaj i nawet znam osoby, które to pamiętają. Potem tory zlikwidowano, żeby teraz je na nowo położyć. Czerniakowską też kiedyś jeździł. Cieszę się, bo lubię ten środek lokomocji, ciekawe tylko, czy jakaś linia będzie jeździć np. w okolice mojej pracy. Byłoby miło.

Siekierki – Międzywale Wisły

Gdzie można się wybrać w tak ciepły i słoneczny świąteczny poniedziałek? Nad Wisłę. Ale nie na jakąś tam kładkę, gdzie przewalają się tłumy warszawiaków, tylko nad dziką (no, prawie…), siekierkowską. Trzy przystanki od domu.

Wał Zawadowski.

Wał przeciwpowodziowy, oddzielający dziką w tym miejscu Wisłę od ogródków działkowych i rozbudowujących się osiedli Siekierek.

Miejsce to należy do Obszaru Natura 2000 „Dolina Środkowej Wisły”.

Siekierki, gdy się tu wprowadzaliśmy w latach 70. przypominały bardziej wieś, niż stołeczną dzielnicę. Teraz teren ten jest zabudowywany nowymi osiedlami, ale miejscami czuć klimat starych Siekierek.

Pomnik upamiętniający desant I Armii Wojska Polskiego we wrześniu 1944 r.
Ujęcie wody powierzchniowej – nieupoważnionym wstęp wzbroniony.

Wchodzę nieupoważniona, bo niedaleko jest punkt widokowy.

Tenże.

Niedaleko jest stacja wodociągów, pełno tu urządzeń wodnych. Pewnie ładnie wygląda to nocą, ale nocą tu nie przyjdę.

W drodze do drugiego punktu widokowego ugrzęzłam niemal po kostki w błocie, na szczęście udało mi się wydostać.

Leśnymi drogami…
…i ścieżynkami…

Z ciekawszych miejsc to jest tu jeszcze…

CBK współpracuje m.in. z Europejską Agencją Kosmiczną, NASA i Uniwersytetem Princeton. Tworzy instrumenty badawcze wysyłane w kosmos na pokładzie satelitów i sond międzyplanetarnych. Powstały tu też pierwsze polskie satelity naukowe „Lem” i „Heweliusz”.

Centrum Astronomiczne im. M. Kopernika – tuż obok.

Czerska i okolice

Poprzynudzam dzisiaj znowu, czyli kolejny spacer po Sielcach, na południe od ul. Gagarina, do Sieleckiej.

Kamienica Bandurskich z lat 30. na ul. Kaszubskiej – niszczeje, choć wpisana jest do rejestru zabytków. Na elewacji ślady po kulach.

Przed wojną i po wojnie była tu piekarnia (sklep), pamiętam zapach chleba i długie kolejki po niego, bo był naprawdę dobry.

Obok były zakłady Wuzetem, czyli Warszawskie Zakłady Mechaniczne, a jeszcze kawałek dalej kino „Czajka” (bodajże) w budynku, który w niczym kina nie przypomina (na salę wchodziło się kilka pięter po schodach). Chodziłam tam na „poranki”.

Redakcja „Gazety Wyborczej” i siedziba „Agory” na Czerskiej.

Kawałek dalej jest budynek dawnego przedszkola (lub raczej chyba żłobka), w którym mieściła się pierwsza siedziba redakcji. Było to w czasach, gdy uczyłam się stenotypii w okolicznym studium policealnym, bardzo interesowałam się polityką i wypatrywałam w żłobkowym ogródku Michnika. „Gazetę” wtedy czytałam codziennie (co było łatwe, bo liczyła niewiele stron), wierzyłam w plan Balcerowicza i generalnie byłam liberałem. Potem mi przeszło i dzisiaj czytam zupełnie inne gazety.

Mural upamiętniający fotoreportera „Gazety” Krzysztofa Millera.

Był m.in. fotoreporterem wojennym, „zaliczył” kilkanaście wojen, popełnił samobójstwo. Cena, jaką płaci się za wrażliwość.

Ceną, jaką płaci się za walkę o prawa lokatorów, eksmitowanych ze swoich mieszkań przez mafię reprywatyzacyjną, jest wywiezienie do Lasu Kabackiego, oblanie naftą i spalenie żywcem. Brzeska mieszkała w tych okolicach, na ul. Nabielaka. Sprawców morderstwa do dzisiaj nie wykryto, śledztwo umorzono.

Narodowy Instytut Leków.

No cóż, gdy się nie ma klasycystycznej willi, to chociaż balkon można przyozdobić.

Chyba wolę to zwierzątko (z daleka myślałam, że to świnka…).

Tapeta z płytkami azulejos na drzwiach budynku LO im. Cervantesa (z oddziałami dwujęzycznymi, hiszpańskimi oczywiście).

Azulejos, które kupiłam sobie w Lizbonie dużo ładniejsze.

A tak w ogóle to Niedzielę Palmową dzisiaj mamy. Za tydzień święta, podobno ma być 22 stopnie. Oby.

Sielce

Czyli powrót do szarej codzienności po dalekich włajażach, czyli krótki spacerek po najbliższej okolicy – niezbyt ciekawej, co tu dużo gadać. Głównie powojenne bloki. Ale coś tam się znalazło, jak zwykle.

Luksusowy apartamentowiec na bazie starej kamienicy na ul. Podchorążych, przy samych Łazienkach.
Jeden z tutejszych galeriowców.

Najciekawiej jest od podwórek.

Intrygujące – zarówno malunki, jak i budynek. Co to w ogóle jest? Komórki do wynajęcia?

Przedwojenna kamienica na ul. Hołówki (po prawej).

Mieszkał w niej Krzysztof Kamil Baczyński – z niej wyszedł do Powstania. Na budynku wisi stosowna tablica.

Jest i stosowny mural:

Lizbona – część III

W 1755 r. Lizbonę nawiedziło potężne trzęsienie ziemi (9 w skali Richtera) oraz tsunami, które doszczętnie zrujnowały miasto. Odbudowane budynki były pierwszymi na świecie, które zbudowano z myślą o ochronie antysejsmicznej. Gdy się chodzi wąskimi uliczkami, raczej trudno się tego domyślić. Ale nietrudno się nimi zachwycić. Najlepszym sposobem, by je obejrzeć, jest wycieczka słynnym tramwajem nr 28. Przejechałyśmy całą trasę. Miejscami jest tak wąsko, że przechodnie muszą niemal przywierać do ścian domów, by tramwaj o nich nie zahaczył.

Schody ruchome przy przystanku Martim Moniz, z którego wyrusza tramwaj.

No to jedziemy.

Tramwaj jest okupowany przez turystów, ale jest to też zwykły środek lokomocji dla mieszkańców – wsiadają jakieś babuleńki, matki z dziećmi.

Koszmar elektryka.
Robi się coraz węziej…

W takim korku to nawet przyjemnie postać.

A we wtorek i w środę ja mam w domu pranie…

Wysiadamy w drodze powrotnej i idziemy kawałek piechotą.

…i teraz to my musimy uważać na 28-kę pędzącą po ulicach.

Wśród wąskich uliczek mało jest zieleni, ale jeżeli już jest, to od razu taki okaz:

Nie wiem, co to za drzewo, ale pień ma imponujący.

Jeden z najbardziej znanych punktów widokowych Lizbony.

Zaczyna się ściemniać.

Ale Lizbona to nie tylko romantyczne zaułki…

Sypialnia bezdomnych na dworcu.

Niecałe trzy dni (i to prawie wyłącznie popołudnia i wieczory) to stanowczo za mało na Lizbonę. Miasto jest przepiękne, pełne kontrastów i mnóstwa ciekawych miejsc nie zdążyłyśmy zobaczyć, a trzeba było jeszcze suweniry zakupić (ja oczywiście kupiłam m.in. tramwaj do mojej kolekcji automobili). Kończę relację, teraz trzeba usiąść do znacznie nudniejszego sprawozdania z delegacji. W przyszłym roku Madryt, ale czy pojadę (i z kim…) to nie wiadomo.

Na koniec jeszcze pożegnalna fotka z lotu powrotnego.

Alpy.

Lizbona – część II

W przerwie na lunch.

Oczywiście samochody muszą zawsze parkować po ładniejszej stronie ulicy.

Chyba gekon murowy (lub tarentola murowa) – ale kto go tam wie?
Mozaiki, mozaiki…
Nad Tagiem.

Wbrew pozorom bardzo klimatyczne miejsce. W tle Manu Chao „Me Gustas Tu” – idziemy za nim.

…i lądujemy na „Titanicu” – z widokiem na Most 25 Kwietnia. (25 kwietnia 1974 r. Portugalczycy podczas Rewolucji Goździków – właściwie wojskowego zamachu stanu – obalili prawicową dyktaturę).

Most wybudowano w latach 60. i jest on bardzo podobny do mostu Golden Gate w San Francisco. Po lewej widoczna (ledwo) figura Chrystusa – mniejsza kopia tego w Rio de Janeiro. Tak więc jesteśmy trochę w Portugalii, trochę w Stanach, trochę w Brazylii…

Z powrotem w eleganckim centrum. Widzimy różowe słonie – pora do hotelu.

Jadąc do Lizbony, warto zabrać buty na grubej podeszwie – brukowe mozaiki są piękne, ale ciężko się po nich chodzi.

Jeszcze po portugalsku coś…

Lizbona – część I

Miasto, które nie kojarzy się ani z lisem, ani z wężem boa, jeno z sardynkami co najwyżej – wszędzie ich tu pełno, są nawet czekoladowe. Niestety te, które mi zaserwowano, były przypalone i przesolone (a ziemniaki niedogotowane i zimne). Ale nie narzekam, trzy dni w Lizbonie zafundowane przez zakład pracy były bardzo udane. Czułam się prawie jak na wakacjach, zwłaszcza że temperatury w słońcu oscylowały wokół 30 stopni. (Kolega z zimnej Warszawy w sms-ie do nas: „Cieszcie się wiosną”; my: „Jaką wiosną? My tu mamy lato :-)))”).

Pierwszego dnia czasu na zwiedzanie było jednak niewiele, samolot miał niemal godzinne opóźnienie i niewiele dała zmiana strefy czasowej na zachodnioeuropejską – gdy wyszłyśmy na miasto, był już wieczór.

Fonte Luminosa z 1940 r.

Ale nawet przy tej gigantycznej fontannie było ciepło – chodziłyśmy w T-shirtach.

Narodowy sport Portugalczyków.

Nad ulicami można przejść taką kładką, ale my nie koty, idziemy dołem.

Sztandarowa atrakcja Lizbony, czyli winda Santa Justa z 1900 r.

Można zaoszczędzić sobie wspinaczki na wzgórze, ale niestety nie czas (zawsze stoi do niej kolejka).

Metro lizbońskie.

Komunikacja miejska to osobny temat – tramwaje i metro, czyli moje ulubione środki lokomocji osiągają tu Level Master.

Jedna z setek mozaik w metrze.
„Nasza” stacja – też ładna.
Campo Pequeno – dawna arena walk byków, dzisiaj centrum handlowe, obok naszego hotelu.

No właśnie, pora do hotelu, następny dzień w pracy intensywny, ale czasu wolnego ciut więcej.