Październik spacerowo (i nie tylko) nie był dobrym miesiącem, może listopad będzie lepszy, choć nie sądzę, bo jak może być listopad lepszy od czegokolwiek. Ale próbować trzeba, zatem dzisiaj pierwszy listopadowy spacer, i nie na cmentarz, tylko do parku.
Górny Mokotów jest znacznie mniej zielony niż Dolny, ale jest tu parę miejsc ładnych i zielonych jednocześnie (choć o tej porze roku raczej żółto-złotych). Park Dreszera jest jednym z nich.
Park jest nieduży, ale stary i stylowy. I na niewielkiej powierzchni ma wszystko, co każdy szanujący się park mieć powinien – ogrodzenie, kilka eleganckich bram, fontannę, pomnik, kawiarenkę, plac zabaw i toaletę z prawdziwego zdarzenia. Latem czasami odbywają się w nim kameralne koncerty. Gdy mieszkałam na Wierzbnie, lubiłam tu przychodzić.
Z zasady nie publikuję tu starych zdjęć, ale tym razem zrobię wyjątek, bo myślę, że warto. W 2016 r., gdy jeszcze mieszkałam w tej okolicy, spotkałam zimą w tym właśnie parku najpiękniejszego bałwana, jakiego widziałam w życiu. Oto on:
Idąc dalej na zachód dochodzi się do ogródka jordanowskiego, przed którym stoi pawilon o nazwie Ogród.
Kolejka stoi do okienka z kebabami tureckiej restauracji Efes (filii restauracji na Saskiej Kępie). Tutejsze kebaby uchodzą za najlepsze w Warszawie, są z baraniną i kolejka po nie stoi tu zawsze. Jadłam je wielokrotnie i potwierdzam – są naprawdę smaczne. W samej restauracji też dobrze karmią.
Ogródki działkowe w środku miasta, czyli Ogród Działkowy im. Obrońców Pokoju na ul. Odyńca.
Jest to najstarszy ogród działkowy w Warszawie, i drugi – co do „starszeństwa” – w Polsce, założono go w 1902 r.
Po drugiej stronie Parku Dreszera jest Skwer Małkowskich, z którego sekretnym przejściem można zejść, a raczej zjechać na Dolny Mokotów, a jego główną atrakcją jest grupa głazów narzutowych.
Leśny rezerwat przyrody, utworzony w 1996 r. między Jeziorkiem Wilanowskim, rzeką Wilanówką i Kanałem Sobieskiego. Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Morysina wchodzi w skład Wilanowskiego Parku Kulturowego, obejmującego też Gucin Gaj i skarpę warszawską wraz z ich otoczeniem oraz zespoły rezydencjalne Wilanowa, Ursynowa i Natolina.
Jest to głównie las łęgowy, dominują tu wiązy szypułkowe, jesiony wyniosłe oraz topole białe i czarne. Za czasów króla Jana III Sobieskiego był tu zwierzyniec, a w 1800 r. powstał romantyczny park krajobrazowy. Jego nazwa pochodzi od zdrobnienia imienia Maurycy, który to Moryś był synem ówczesnych właścicieli parku – Aleksandry i Stanisława Kostki Potockich.
Do liceum imienia tego ostatniego chodziłam, a znajdowało się ono o rzut beretem od Pałacu w Wilanowie, toteż pałac królewski i otaczający go park znam bardzo dobrze. Zawsze jednak intrygowało mnie miejsce po drugiej stronie wilanowskiego stawu. I oto ono.
Tutaj Potok Służewiecki wpada do Jeziorka Wilanowskiego (tam po lewej).
Pompownia w ogrodzie pałacowym.
Łabędzie mają tu doskonały pas startowy (potrzebują go do wzbicia się w powietrze) – od czasu do czasu słychać charakterystyczny hałas, niczym jakiegoś podrywającego się do lotu hydroplanu. Nie udało mi się niestety znaleźć na czas w odpowiednim miejscu, by to sfilmować, a robi to wrażenie.
Domek Stróża.
Ruiny pałacyku w Morysinie.
…i przechylamy partnerkę…
Gajówka.
Do gajowego ciężko się dostać, trzeba przełazić przez powalone w poprzek drogi drzewa. Miejsce trochę jak z horroru, bardzo odludne.
…z horroru albo z baśni Braci Grimm.
Dwóch panów w łódce (bez psa).
Brama neogotycka.
Niestety bardzo zniszczona, zabezpieczona szpetną blachą falistą.
Rzeka to może za dużo powiedziane, raczej potok, rzeka w wersji mini, niemniej jednak, skoro dotarłam na Służew, to z okazji dzisiejszego święta i dużo ładniejszej niż wczoraj pogody znowu udałam się w tę rzeczną dolinę.
Potok Służewski (lub też Służewiecki) nie wiadomo dokładnie, skąd wypływa, różne źródła różnie podają, wiadomo, że płynie pod Lotniskiem Okęcie i wiadomo, gdzie kończy (w innej warszawskiej rzece – Wilanówce), ale jego przebieg, za sprawą człowieka, zmieniał się na przestrzeni wieków. Nie jest on też najczystszy, chociaż ostatnio sytuacja jest i tak chyba trochę lepsza niż przed kilkudziesięciu laty. Mimo to dolinka na Służewie ma swój urok, bo zachowano ją częściowo w dzikim stanie. Łatwo można wyobrazić sobie, jak tu było zanim wybudowano te wszystkie dookolne osiedla, trasy szybkiego ruchu itd.
Potokowi towarzyszą liczne stawy.
Spodobał mi się ten wieniec z irysów.
Artysta przy pracy. Hmm, o co chodzi z tym UPA i OUN?
Zostawmy lepiej politykę i skupmy się na przyrodzie.
Byłam tu już zimą 2022, ale wtedy trzymałam się bliżej samego Potoku Służewieckiego, dzisiaj poszwendałam się trochę bardziej po okolicy.
Kościół św. Dominika na szczycie skarpy warszawskiej.
Jesień w alei prowadzącej do klasztornych ogrodów.
Bo oprócz kościoła jest tu też klasztor dominikanów.
…a naprzeciwko siedziba WOŚP-u.
Na fasadzie ekran wyświetlający zdjęcia z akcji pomocowej na Dolnym Śląsku. Dałam na powodzian Owsiakowi, bo uważam, że on najlepiej zna się na tej robocie.
Kwatery wojenne na Cmentarzu Służewskim.
Pochowano tu żołnierzy i cywilne ofiary nalotów i bombardowania Warszawy w 1939 r.
W latach 1944-48 w rogu cmentarza potajemnie chowano pomordowanych przez reżim stalinowski. Prawdopodobne miejsca pochówku rozrzucone są też po okolicy.
Oprócz ofiar wojny i stalinizmu pochowani są tu też m.in. Dariusz Fikus, Ernest Bryll i trener Janusz Wójcik.
Gmach Filmoteki Narodowej.
Blok osiedla Służew nad Dolinką.
„Zdzisław nie żyje – od lat malował śmierć – a gdy po niego przyszła – narysował ją kto inny”.
Na tym osiedlu mieszkał – i został zamordowany – Zdzisław Beksiński.
Dolinka Służewska – na wpół dziki park nad Potokiem Służewieckim. Tutaj jeden z licznych stawów mu towarzyszących.
Bohater ostatnich wydarzeń politycznych.
Świeżych śladów jego działalności jednak tu nie widać, więc prawdopodobnie wyniósł się w nieco spokojniejsze i przyjaźniejsze miejsce – drzewa chronione są tutaj siatkami. A jeśli chodzi o powodzie, to Potokowi Służewieckiemu zdarzało się występować z brzegów, ale nie wyrządzał raczej większych szkód, bo ma tu sporo miejsca na spokojne rozlewanie się.
Spacerując tu trzeba jednak bardzo uważać na dawne bobrze siedziby. Ta dziura była naprawdę głęboka.
Byłam w tych okolicach w styczniu tego roku w Światowym Dniu Śniegu, dzisiaj byłam z okazji pierwszego dnia jesieni, chociaż aura była raczej letnia. Wtedy bliżej skarpy, dzisiaj zapuściłam się nieco dalej, w stronę budujących się tu osiedli. Dzicz szybko znika, pamiętam, że kiedy byłam tu wiele lat temu, ciągnęła się od Fortu Piłsudskiego i Toru Łyżwiarskiego „Stegny” aż po Al. Wilanowską. Teraz wdziera się tu „porządek” – trawy ozdobne, hortensje i tak dalej. Za chwilę ten porządek zawładnie wszystkim, dzisiaj jeszcze można minąć ogrodzenia i znaleźć się wśród panującej tu od zawsze dzikiej przyrody.
Zostawiam brukowane chodniczki i ruszam w piach .
…i w moje ukochane zielska.
ul. Jaśminowa latem (przepraszam – już jesienią).
Zabudowania dawnej wsi.
Dolina jakiegoś dawnego strumyka.
Tu i ówdzie spotkać można małe stawki.
Nie wiem, czy były tu od zawsze i je zagospodarowano, czy pojawiły się wraz z osiedlem. Chyba to pierwsze.
Mieszkańcy osiedla mogą też odpocząć na jednym z osiedlowych placyków. Są ławeczki, można posiedzieć.
Żal tego miejsca, bo za parę lat już go pewnie nie będzie, intensywne prace budowlane trwają – jest to w końcu niemal centrum miasta, taki teren nie może się „marnować”.
Historia winiarstwa w Zielonej Górze była wyboista. Jego początki to rok 1150, kiedy to w tych okolicach pojawili się osadnicy z Flandrii, Walonii i Frankonii. Pierwsza wzmianka pisemna o istnieniu winnic w Grünbergu pochodzi z 1314 r. Później przyszło XVIII-wieczne ocieplenie klimatu i w 1800 r. na tych terenach uprawiano już 2200 winnic na 715 ha. Potem niestety produkcja spadła, m.in. ze względu na napływ konkurencyjnych win z innych regionów. Po II wojnie światowej pozostało jedynie 66 ha upraw. Część została przekazana osobom prywatnym, ale większość przeszła na własność Państwowej Wytwórni Win, areał jednak był nadal systematycznie zmniejszany; ostatnią przemysłową plantację zlikwidowano w 1977 r. Wbrew obiegowym opiniom zielonogórska wytwórnia miała zawsze w ofercie (obok win owocowych) także wina gronowe z własnych winogron. Nie przetrwała jednak dekady transformacji i upadła w 1999 r. Zainteresowanie winiarstwem pojawiło się ponownie na początku XXI wieku. W 2013 r. posadzono pierwsze krzewy winorośli na wzgórzu między Łazem a Zaborem niedaleko Zielonej Góry, na terenach winnicy samorządowej, gdzie wyodrębniono 13 działek dla lubuskich winiarzy. Obok winnicy otwarto Lubuskie Centrum Winiarstwa.
I tam się w zeszły czwartek udaliśmy Winobusem, z bardzo fajnym przewodnikiem.
Sprzęt do obróbki winogron jest wspólny dla wszystkich winiarzy – tych dużych (urządzenie z tyłu) i tych maluczkich (urządzenie na pierwszym planie). Jak ktoś ma w ogródku czy na działce parę krzaczków, też może ze swoimi winogronkami przyjechać i sobie z nich coś wycisnąć.
Tak te urządzenia wyglądały kiedyś.
Winiarz, który nas po winnicy oprowadzał, bardzo ciekawie o wszystkim opowiadał, ale nie jestem w stanie tu tego powtórzyć (ale robiłam notatki – zgodnie z poleceniem Szefa). Jedno, co zapamiętałam, to że zaczynał w czasach, gdy nie można jeszcze było wszystkiego wyguglować, nauczył się wszystkiego sam, z książek lub od francuskich kolegów po fachu, choć ci nie byli nadto skorzy do wyjawiania wszystkich tajemnic.
Winnica samorządowa dostała pieniądze unijne na cele edukacyjne, więc jest też mała edukacyjna wystawa.
Edukacyjna degustacja :-).
Jedno białe, dwa czerwone. Oglądaliśmy, wąchaliśmy i smakowaliśmy. Dowiedziałam się, co to są „łzy wina”, dlaczego należy butelki przechowywać na leżąco, co to jest „temperatura pokojowa”, z czym podawać itepe. Zrobiliśmy sobie z kuzynem pamiątkową fotkę w Winnomacie i poszliśmy „na winnicę”.
Mam wino z TYCH winogron.
Ogólnie wycieczka fajna, chociaż wolałabym pojechać do którejś z małych, prywatnych winiarni, byłoby na pewno bardziej klimatycznie, ale tylko do tej udało nam się w ostatniej chwili kupić bilety. Ale przynajmniej nie lało (jeszcze).
Wygląda to wszystko obiecująco (są starania o wprowadzenie apelacji), chociaż w tym roku z powodu wiosennych przymrozków straty sięgnęły 90%. Nie pomogły ogniska i różne inne dziwne pomysły na docieplenie krzaczków. Ale klimat nam się ociepla…
Z powrotem w Zielonej Górze – taki pomniczek:
Interaktywny Johannes Kepler w Centrum Nauki Keplera.
Mateusz.
Kręcił się po deptaku niepilnowany, naganiał do jakiejś knajpy, ale bardzo grzecznie, nikogo nie potrącał.
I bez tego trochę kręciło mi się w głowie.
Resztę planów pokrzyżowały nam niestety deszcze, na Korowód Winobraniowy też się nie załapaliśmy, z przyczyn nazwijmy to od nas niezależnych (dobrze przynajmniej, że udało się Bachusa złapać we wtorek przy tej Palmiarni). A końcówka wyjazdu to już było oglądanie wydań specjalnych na TVN-ie…
Wrócę tu na pewno na poprawiny, miejmy nadzieję, w przyszłym roku.
Drugi dzień w Zielonej Górze był bardziej… zielony. Ponieważ poprzedniego dnia naszej wizycie w Palmiarni przeszkodził Pan Prezydent, który urzędował tam z Bachusem, wróciliśmy tam w środę – palmiarni to ja nie odpuszczę.
W Palmiarni urządzono niestety restaurację, co nie bardzo mi się podoba, zamówiliśmy zatem najpierw kawę, a potem udaliśmy się na obchód.
Historia Palmiarni nie jest długa, powstała w latach 60. XX w. i od tamtego czasu kilkakrotnie trzeba ją było rozbudowywać – m.in. z powodu rosnącego tu daktylowca kanaryjskiego, podobno najwyższego w Europie rosnącego pod dachem.
Jest tu kilka akwariów, mieszkają też żółwie.
Egzotyczne rośliny można obejrzeć i z dołu, i z góry – rośnie tu ok. 150 gatunków.
Panorama Zielonej Góry z dachu Palmiarni.
Po zwiedzeniu Palmiarni poszliśmy z powrotem na miasto.
Dawny zakład włókienniczy „Polska Wełna”, obecnie centrum handlowe Focus.
Epitafium na murach konkatedry pw. św. Jadwigi Śląskiej, najstarszej zielonogórskiej świątyni (z XIV lub XV w.)
Winorośle w każdym zakamarku.
…naprawdę w każdym.
Ławka w ogrodzie botanicznym.
Ogrodzik nieduży i o tej porze roku raczej mało spektakularny, ale mocno zadrzewiony i po deszczu jest w nim cudowne powietrze.
Wracamy do centrum, bo zgłodnieliśmy.
Przy piwie (właściwie dwóch) i knedliczkach w knajpie „U Szwejka” przesiedzieliśmy i przegadaliśmy z kuzynem chyba ponad godzinę, tak od serca. Znamy się od lat, ale po raz pierwszy mieliśmy taką okazję i bardzo się do siebie zbliżyliśmy.
A jak piwa (właściwie dwa), to i…
Toaleta damska.
…i męska (zdjęcie dzięki uprzejmości kuzyna rzecz jasna).
Mozaika na murze biblioteki publicznej.
To tutaj na kiermaszu starych książek znalazłam mój skarb:
Niemiecki album „Die Wunder des Lebens” z 1961 r.
Ktoś wystawił na sprzedaż to cudo za 7 zł! Przepiękne ilustracje (z rozkładówkami), fantastyczne zdjęcia. Po niemiecku wprawdzie nie poradzę, chociaż uczyłam się 4 lata, ale… jak się zawezmę…