

















Pierwszy raz śniadanie wielkanocne jedliśmy dziś w ogrodzie – pogoda jak w Lizbonie, tylko zieleni i kwiatów mniej. Słonko świeciło, ptaszki śpiewały, motylki latały…





Poprzynudzam dzisiaj znowu, czyli kolejny spacer po Sielcach, na południe od ul. Gagarina, do Sieleckiej.

Przed wojną i po wojnie była tu piekarnia (sklep), pamiętam zapach chleba i długie kolejki po niego, bo był naprawdę dobry.
Obok były zakłady Wuzetem, czyli Warszawskie Zakłady Mechaniczne, a jeszcze kawałek dalej kino „Czajka” (bodajże) w budynku, który w niczym kina nie przypomina (na salę wchodziło się kilka pięter po schodach). Chodziłam tam na „poranki”.

Kawałek dalej jest budynek dawnego przedszkola (lub raczej chyba żłobka), w którym mieściła się pierwsza siedziba redakcji. Było to w czasach, gdy uczyłam się stenotypii w okolicznym studium policealnym, bardzo interesowałam się polityką i wypatrywałam w żłobkowym ogródku Michnika. „Gazetę” wtedy czytałam codziennie (co było łatwe, bo liczyła niewiele stron), wierzyłam w plan Balcerowicza i generalnie byłam liberałem. Potem mi przeszło i dzisiaj czytam zupełnie inne gazety.

Był m.in. fotoreporterem wojennym, „zaliczył” kilkanaście wojen, popełnił samobójstwo. Cena, jaką płaci się za wrażliwość.

Ceną, jaką płaci się za walkę o prawa lokatorów, eksmitowanych ze swoich mieszkań przez mafię reprywatyzacyjną, jest wywiezienie do Lasu Kabackiego, oblanie naftą i spalenie żywcem. Brzeska mieszkała w tych okolicach, na ul. Nabielaka. Sprawców morderstwa do dzisiaj nie wykryto, śledztwo umorzono.


No cóż, gdy się nie ma klasycystycznej willi, to chociaż balkon można przyozdobić.

Chyba wolę to zwierzątko (z daleka myślałam, że to świnka…).

Azulejos, które kupiłam sobie w Lizbonie dużo ładniejsze.

A tak w ogóle to Niedzielę Palmową dzisiaj mamy. Za tydzień święta, podobno ma być 22 stopnie. Oby.
Czyli powrót do szarej codzienności po dalekich włajażach, czyli krótki spacerek po najbliższej okolicy – niezbyt ciekawej, co tu dużo gadać. Głównie powojenne bloki. Ale coś tam się znalazło, jak zwykle.



Najciekawiej jest od podwórek.

Intrygujące – zarówno malunki, jak i budynek. Co to w ogóle jest? Komórki do wynajęcia?

Mieszkał w niej Krzysztof Kamil Baczyński – z niej wyszedł do Powstania. Na budynku wisi stosowna tablica.
Jest i stosowny mural:

W 1755 r. Lizbonę nawiedziło potężne trzęsienie ziemi (9 w skali Richtera) oraz tsunami, które doszczętnie zrujnowały miasto. Odbudowane budynki były pierwszymi na świecie, które zbudowano z myślą o ochronie antysejsmicznej. Gdy się chodzi wąskimi uliczkami, raczej trudno się tego domyślić. Ale nietrudno się nimi zachwycić. Najlepszym sposobem, by je obejrzeć, jest wycieczka słynnym tramwajem nr 28. Przejechałyśmy całą trasę. Miejscami jest tak wąsko, że przechodnie muszą niemal przywierać do ścian domów, by tramwaj o nich nie zahaczył.

No to jedziemy.



Tramwaj jest okupowany przez turystów, ale jest to też zwykły środek lokomocji dla mieszkańców – wsiadają jakieś babuleńki, matki z dziećmi.










Wysiadamy w drodze powrotnej i idziemy kawałek piechotą.


…i teraz to my musimy uważać na 28-kę pędzącą po ulicach.

Wśród wąskich uliczek mało jest zieleni, ale jeżeli już jest, to od razu taki okaz:






Ale Lizbona to nie tylko romantyczne zaułki…

Niecałe trzy dni (i to prawie wyłącznie popołudnia i wieczory) to stanowczo za mało na Lizbonę. Miasto jest przepiękne, pełne kontrastów i mnóstwa ciekawych miejsc nie zdążyłyśmy zobaczyć, a trzeba było jeszcze suweniry zakupić (ja oczywiście kupiłam m.in. tramwaj do mojej kolekcji automobili). Kończę relację, teraz trzeba usiąść do znacznie nudniejszego sprawozdania z delegacji. W przyszłym roku Madryt, ale czy pojadę (i z kim…) to nie wiadomo.
Na koniec jeszcze pożegnalna fotka z lotu powrotnego.


Oczywiście samochody muszą zawsze parkować po ładniejszej stronie ulicy.




Wbrew pozorom bardzo klimatyczne miejsce. W tle Manu Chao „Me Gustas Tu” – idziemy za nim.

…i lądujemy na „Titanicu” – z widokiem na Most 25 Kwietnia. (25 kwietnia 1974 r. Portugalczycy podczas Rewolucji Goździków – właściwie wojskowego zamachu stanu – obalili prawicową dyktaturę).

Most wybudowano w latach 60. i jest on bardzo podobny do mostu Golden Gate w San Francisco. Po lewej widoczna (ledwo) figura Chrystusa – mniejsza kopia tego w Rio de Janeiro. Tak więc jesteśmy trochę w Portugalii, trochę w Stanach, trochę w Brazylii…

Z powrotem w eleganckim centrum. Widzimy różowe słonie – pora do hotelu.

Jadąc do Lizbony, warto zabrać buty na grubej podeszwie – brukowe mozaiki są piękne, ale ciężko się po nich chodzi.
Jeszcze po portugalsku coś…

Miasto, które nie kojarzy się ani z lisem, ani z wężem boa, jeno z sardynkami co najwyżej – wszędzie ich tu pełno, są nawet czekoladowe. Niestety te, które mi zaserwowano, były przypalone i przesolone (a ziemniaki niedogotowane i zimne). Ale nie narzekam, trzy dni w Lizbonie zafundowane przez zakład pracy były bardzo udane. Czułam się prawie jak na wakacjach, zwłaszcza że temperatury w słońcu oscylowały wokół 30 stopni. (Kolega z zimnej Warszawy w sms-ie do nas: „Cieszcie się wiosną”; my: „Jaką wiosną? My tu mamy lato :-)))”).

Pierwszego dnia czasu na zwiedzanie było jednak niewiele, samolot miał niemal godzinne opóźnienie i niewiele dała zmiana strefy czasowej na zachodnioeuropejską – gdy wyszłyśmy na miasto, był już wieczór.

Ale nawet przy tej gigantycznej fontannie było ciepło – chodziłyśmy w T-shirtach.


Nad ulicami można przejść taką kładką, ale my nie koty, idziemy dołem.

Można zaoszczędzić sobie wspinaczki na wzgórze, ale niestety nie czas (zawsze stoi do niej kolejka).

Komunikacja miejska to osobny temat – tramwaje i metro, czyli moje ulubione środki lokomocji osiągają tu Level Master.



No właśnie, pora do hotelu, następny dzień w pracy intensywny, ale czasu wolnego ciut więcej.
…w marcowe popołudnie. Ul. 29 Listopada znajdująca się naprzeciwko Stacji Pomp Rzecznych upamiętnia wybuch powstania listopadowego i jest jedną z kilku „wojskowych” ulic tego fragmentu Ujazdowa. Jest jeszcze Szwoleżerów, Dragonów i Kawalerii. A nieco dalej Podchorążych. Na wszystkich znajdują się pozostałości starych zabudowań wojskowych.

W internetach piszą, że schody w tym budynku są tak szerokie, że można koniem wjeżdżać.

Tuż obok znajdują się Łazienki Królewskie. Gdy byłam mała, były stałym punktem niedzieli. Schemat był następujący: kościół – spacer do Łazienek – obiad. Najczęściej szliśmy do wejścia właśnie przy ul. 29 Listopada, bo było najbliżej.

Mieści się w nich muzeum, w którym można obejrzeć stare powozy i inne końskie akcesoria, ale konie nigdy nie były moją pasją, więc omijam i idę dalej, szukając (i znajdując na każdym kroku) wiosny.



Uwielbiam przebiśniegi, mam nawet z nimi kubek.


Jeszcze trochę modernizmu z lat 30-tych:

To też pozostałość po przedwojennych zabudowaniach wojskowych, obecnie przychodnia.

Pozostałości starych koszar znajdują się też na terenie znajdującego się w tej okolicy 10 Pułku Samochodowego, ale oczywiście wejść tam nie można. Obecność tegoż pułku niedaleko domu odczuliśmy najbardziej pewnego grudniowego poranka 1981 r. – przedefilował nam wtedy pod oknami długi sznur samochodów opancerzonych.
Trochę najbliższej okolicy dzisiaj. Mijałam te wszystkie budynki przez wiele lat, ale dopiero teraz zainteresowałam się ich historią i dostrzegłam urodę.
W styczniu spacerowałam wokół ochockiego Zespołu Stacji Filtrów i wspominałam o tym, że ma on swoją nadrzeczną „filię”, czyli Stację Pomp Rzecznych na Ujazdowie, nad Wisłą. Jej budowę rozpoczęto w 1883 r. według projektu Williama H. Lindleya, zakończono w 1904. Większość budynków została zburzona podczas II wojny światowej, ale trochę się zachowało. I stacja oczywiście nadal pracuje.




A tu klimacik trochę lemowski, czyli Zawór przy zakładach MPWiK przy ul. Mikkego.

Nieopodal mieści się liceum Sobieskiego, do którego chodził mój młodszy brat cioteczny.

Puf na lodówce…





…czyli przeprowadzka. Połączona z remontem, czyli armageddon do kwadratu. Jestem wykończona fizycznie i psychicznie. Zdjęcia i spacery lutowe – jak widać na załączonym. Nowe mieszkanie mi się nie podoba, ale do mojej kończącej dziś 85 lat mamy (sto lat!) idę minutę, a nie tłukę się godzinę przez całą Warszawę. Za zachodami słońca i ścianą zieleni za oknem na Żoliborzu będę jednak bardzo, bardzo tęsknić.
Za to obecny widok z okna przypomina mi, gdzie mieszkam :-).


Chaszcze na obrzeżach osiedla, które znam od dzieciństwa. Moje ulubione miejsce w nowym miejscu. Wiosna lutowa w pełni. Spacery po Dolnym Mokotowie przede mną. Są tu fajne miejsca też…