Czerska i okolice

Poprzynudzam dzisiaj znowu, czyli kolejny spacer po Sielcach, na południe od ul. Gagarina, do Sieleckiej.

Kamienica Bandurskich z lat 30. na ul. Kaszubskiej – niszczeje, choć wpisana jest do rejestru zabytków. Na elewacji ślady po kulach.

Przed wojną i po wojnie była tu piekarnia (sklep), pamiętam zapach chleba i długie kolejki po niego, bo był naprawdę dobry.

Obok były zakłady Wuzetem, czyli Warszawskie Zakłady Mechaniczne, a jeszcze kawałek dalej kino „Czajka” (bodajże) w budynku, który w niczym kina nie przypomina (na salę wchodziło się kilka pięter po schodach). Chodziłam tam na „poranki”.

Redakcja „Gazety Wyborczej” i siedziba „Agory” na Czerskiej.

Kawałek dalej jest budynek dawnego przedszkola (lub raczej chyba żłobka), w którym mieściła się pierwsza siedziba redakcji. Było to w czasach, gdy uczyłam się stenotypii w okolicznym studium policealnym, bardzo interesowałam się polityką i wypatrywałam w żłobkowym ogródku Michnika. „Gazetę” wtedy czytałam codziennie (co było łatwe, bo liczyła niewiele stron), wierzyłam w plan Balcerowicza i generalnie byłam liberałem. Potem mi przeszło i dzisiaj czytam zupełnie inne gazety.

Mural upamiętniający fotoreportera „Gazety” Krzysztofa Millera.

Był m.in. fotoreporterem wojennym, „zaliczył” kilkanaście wojen, popełnił samobójstwo. Cena, jaką płaci się za wrażliwość.

Ceną, jaką płaci się za walkę o prawa lokatorów, eksmitowanych ze swoich mieszkań przez mafię reprywatyzacyjną, jest wywiezienie do Lasu Kabackiego, oblanie naftą i spalenie żywcem. Brzeska mieszkała w tych okolicach, na ul. Nabielaka. Sprawców morderstwa do dzisiaj nie wykryto, śledztwo umorzono.

Narodowy Instytut Leków.

No cóż, gdy się nie ma klasycystycznej willi, to chociaż balkon można przyozdobić.

Chyba wolę to zwierzątko (z daleka myślałam, że to świnka…).

Tapeta z płytkami azulejos na drzwiach budynku LO im. Cervantesa (z oddziałami dwujęzycznymi, hiszpańskimi oczywiście).

Azulejos, które kupiłam sobie w Lizbonie dużo ładniejsze.

A tak w ogóle to Niedzielę Palmową dzisiaj mamy. Za tydzień święta, podobno ma być 22 stopnie. Oby.

Sielce

Czyli powrót do szarej codzienności po dalekich włajażach, czyli krótki spacerek po najbliższej okolicy – niezbyt ciekawej, co tu dużo gadać. Głównie powojenne bloki. Ale coś tam się znalazło, jak zwykle.

Luksusowy apartamentowiec na bazie starej kamienicy na ul. Podchorążych, przy samych Łazienkach.
Jeden z tutejszych galeriowców.

Najciekawiej jest od podwórek.

Intrygujące – zarówno malunki, jak i budynek. Co to w ogóle jest? Komórki do wynajęcia?

Przedwojenna kamienica na ul. Hołówki (po prawej).

Mieszkał w niej Krzysztof Kamil Baczyński – z niej wyszedł do Powstania. Na budynku wisi stosowna tablica.

Jest i stosowny mural:

Lizbona – część III

W 1755 r. Lizbonę nawiedziło potężne trzęsienie ziemi (9 w skali Richtera) oraz tsunami, które doszczętnie zrujnowały miasto. Odbudowane budynki były pierwszymi na świecie, które zbudowano z myślą o ochronie antysejsmicznej. Gdy się chodzi wąskimi uliczkami, raczej trudno się tego domyślić. Ale nietrudno się nimi zachwycić. Najlepszym sposobem, by je obejrzeć, jest wycieczka słynnym tramwajem nr 28. Przejechałyśmy całą trasę. Miejscami jest tak wąsko, że przechodnie muszą niemal przywierać do ścian domów, by tramwaj o nich nie zahaczył.

Schody ruchome przy przystanku Martim Moniz, z którego wyrusza tramwaj.

No to jedziemy.

Tramwaj jest okupowany przez turystów, ale jest to też zwykły środek lokomocji dla mieszkańców – wsiadają jakieś babuleńki, matki z dziećmi.

Koszmar elektryka.
Robi się coraz węziej…

W takim korku to nawet przyjemnie postać.

A we wtorek i w środę ja mam w domu pranie…

Wysiadamy w drodze powrotnej i idziemy kawałek piechotą.

…i teraz to my musimy uważać na 28-kę pędzącą po ulicach.

Wśród wąskich uliczek mało jest zieleni, ale jeżeli już jest, to od razu taki okaz:

Nie wiem, co to za drzewo, ale pień ma imponujący.

Jeden z najbardziej znanych punktów widokowych Lizbony.

Zaczyna się ściemniać.

Ale Lizbona to nie tylko romantyczne zaułki…

Sypialnia bezdomnych na dworcu.

Niecałe trzy dni (i to prawie wyłącznie popołudnia i wieczory) to stanowczo za mało na Lizbonę. Miasto jest przepiękne, pełne kontrastów i mnóstwa ciekawych miejsc nie zdążyłyśmy zobaczyć, a trzeba było jeszcze suweniry zakupić (ja oczywiście kupiłam m.in. tramwaj do mojej kolekcji automobili). Kończę relację, teraz trzeba usiąść do znacznie nudniejszego sprawozdania z delegacji. W przyszłym roku Madryt, ale czy pojadę (i z kim…) to nie wiadomo.

Na koniec jeszcze pożegnalna fotka z lotu powrotnego.

Alpy.

Lizbona – część II

W przerwie na lunch.

Oczywiście samochody muszą zawsze parkować po ładniejszej stronie ulicy.

Chyba gekon murowy (lub tarentola murowa) – ale kto go tam wie?
Mozaiki, mozaiki…
Nad Tagiem.

Wbrew pozorom bardzo klimatyczne miejsce. W tle Manu Chao „Me Gustas Tu” – idziemy za nim.

…i lądujemy na „Titanicu” – z widokiem na Most 25 Kwietnia. (25 kwietnia 1974 r. Portugalczycy podczas Rewolucji Goździków – właściwie wojskowego zamachu stanu – obalili prawicową dyktaturę).

Most wybudowano w latach 60. i jest on bardzo podobny do mostu Golden Gate w San Francisco. Po lewej widoczna (ledwo) figura Chrystusa – mniejsza kopia tego w Rio de Janeiro. Tak więc jesteśmy trochę w Portugalii, trochę w Stanach, trochę w Brazylii…

Z powrotem w eleganckim centrum. Widzimy różowe słonie – pora do hotelu.

Jadąc do Lizbony, warto zabrać buty na grubej podeszwie – brukowe mozaiki są piękne, ale ciężko się po nich chodzi.

Jeszcze po portugalsku coś…

Lizbona – część I

Miasto, które nie kojarzy się ani z lisem, ani z wężem boa, jeno z sardynkami co najwyżej – wszędzie ich tu pełno, są nawet czekoladowe. Niestety te, które mi zaserwowano, były przypalone i przesolone (a ziemniaki niedogotowane i zimne). Ale nie narzekam, trzy dni w Lizbonie zafundowane przez zakład pracy były bardzo udane. Czułam się prawie jak na wakacjach, zwłaszcza że temperatury w słońcu oscylowały wokół 30 stopni. (Kolega z zimnej Warszawy w sms-ie do nas: „Cieszcie się wiosną”; my: „Jaką wiosną? My tu mamy lato :-)))”).

Pierwszego dnia czasu na zwiedzanie było jednak niewiele, samolot miał niemal godzinne opóźnienie i niewiele dała zmiana strefy czasowej na zachodnioeuropejską – gdy wyszłyśmy na miasto, był już wieczór.

Fonte Luminosa z 1940 r.

Ale nawet przy tej gigantycznej fontannie było ciepło – chodziłyśmy w T-shirtach.

Narodowy sport Portugalczyków.

Nad ulicami można przejść taką kładką, ale my nie koty, idziemy dołem.

Sztandarowa atrakcja Lizbony, czyli winda Santa Justa z 1900 r.

Można zaoszczędzić sobie wspinaczki na wzgórze, ale niestety nie czas (zawsze stoi do niej kolejka).

Metro lizbońskie.

Komunikacja miejska to osobny temat – tramwaje i metro, czyli moje ulubione środki lokomocji osiągają tu Level Master.

Jedna z setek mozaik w metrze.
„Nasza” stacja – też ładna.
Campo Pequeno – dawna arena walk byków, dzisiaj centrum handlowe, obok naszego hotelu.

No właśnie, pora do hotelu, następny dzień w pracy intensywny, ale czasu wolnego ciut więcej.

Noc Listopadowa

…w marcowe popołudnie. Ul. 29 Listopada znajdująca się naprzeciwko Stacji Pomp Rzecznych upamiętnia wybuch powstania listopadowego i jest jedną z kilku „wojskowych” ulic tego fragmentu Ujazdowa. Jest jeszcze Szwoleżerów, Dragonów i Kawalerii. A nieco dalej Podchorążych. Na wszystkich znajdują się pozostałości starych zabudowań wojskowych.

Budynek dawnych Małych Koszar Ułańskich (obecnie mieszkalny).

W internetach piszą, że schody w tym budynku są tak szerokie, że można koniem wjeżdżać.

Tuż obok znajdują się Łazienki Królewskie. Gdy byłam mała, były stałym punktem niedzieli. Schemat był następujący: kościół – spacer do Łazienek – obiad. Najczęściej szliśmy do wejścia właśnie przy ul. 29 Listopada, bo było najbliżej.

Stajnie Kubickiego w Łazienkach.

Mieści się w nich muzeum, w którym można obejrzeć stare powozy i inne końskie akcesoria, ale konie nigdy nie były moją pasją, więc omijam i idę dalej, szukając (i znajdując na każdym kroku) wiosny.

Dom Narutowicza (obecnie przedszkole).

Wiem, banał, ale ten banał nigdy się nie nudzi (przynajmniej mnie).

Uwielbiam przebiśniegi, mam nawet z nimi kubek.

Fragment ul. 29 Listopada z zachowanym brukiem.

Jeszcze trochę modernizmu z lat 30-tych:

ul. Dragonów.

To też pozostałość po przedwojennych zabudowaniach wojskowych, obecnie przychodnia.

Kamienica na Nowosieleckiej.

Pozostałości starych koszar znajdują się też na terenie znajdującego się w tej okolicy 10 Pułku Samochodowego, ale oczywiście wejść tam nie można. Obecność tegoż pułku niedaleko domu odczuliśmy najbardziej pewnego grudniowego poranka 1981 r. – przedefilował nam wtedy pod oknami długi sznur samochodów opancerzonych.

Stacja Pomp Rzecznych

Trochę najbliższej okolicy dzisiaj. Mijałam te wszystkie budynki przez wiele lat, ale dopiero teraz zainteresowałam się ich historią i dostrzegłam urodę.

W styczniu spacerowałam wokół ochockiego Zespołu Stacji Filtrów i wspominałam o tym, że ma on swoją nadrzeczną „filię”, czyli Stację Pomp Rzecznych na Ujazdowie, nad Wisłą. Jej budowę rozpoczęto w 1883 r. według projektu Williama H. Lindleya, zakończono w 1904. Większość budynków została zburzona podczas II wojny światowej, ale trochę się zachowało. I stacja oczywiście nadal pracuje.

Dom mieszkalny kierownictwa stacji, otoczony starym ogrodem.
Przedwojenny dom mieszkalny zwykłych pracowników stacji.
Jedna z zabytkowych bram – w głębi powojenny budynek stacji.

A tu klimacik trochę lemowski, czyli Zawór przy zakładach MPWiK przy ul. Mikkego.

Nieopodal mieści się liceum Sobieskiego, do którego chodził mój młodszy brat cioteczny.

Dom mieszkalny dla nauczycieli.

Luty

Puf na lodówce…

…czyli przeprowadzka. Połączona z remontem, czyli armageddon do kwadratu. Jestem wykończona fizycznie i psychicznie. Zdjęcia i spacery lutowe – jak widać na załączonym. Nowe mieszkanie mi się nie podoba, ale do mojej kończącej dziś 85 lat mamy (sto lat!) idę minutę, a nie tłukę się godzinę przez całą Warszawę. Za zachodami słońca i ścianą zieleni za oknem na Żoliborzu będę jednak bardzo, bardzo tęsknić.

Za to obecny widok z okna przypomina mi, gdzie mieszkam :-).

Nocą wygląda to ładniej, ale na zdjęciach nie wychodzi.

Chaszcze na obrzeżach osiedla, które znam od dzieciństwa. Moje ulubione miejsce w nowym miejscu. Wiosna lutowa w pełni. Spacery po Dolnym Mokotowie przede mną. Są tu fajne miejsca też…