Lizbona – część I

Miasto, które nie kojarzy się ani z lisem, ani z wężem boa, jeno z sardynkami co najwyżej – wszędzie ich tu pełno, są nawet czekoladowe. Niestety te, które mi zaserwowano, były przypalone i przesolone (a ziemniaki niedogotowane i zimne). Ale nie narzekam, trzy dni w Lizbonie zafundowane przez zakład pracy były bardzo udane. Czułam się prawie jak na wakacjach, zwłaszcza że temperatury w słońcu oscylowały wokół 30 stopni. (Kolega z zimnej Warszawy w sms-ie do nas: „Cieszcie się wiosną”; my: „Jaką wiosną? My tu mamy lato :-)))”).

Pierwszego dnia czasu na zwiedzanie było jednak niewiele, samolot miał niemal godzinne opóźnienie i niewiele dała zmiana strefy czasowej na zachodnioeuropejską – gdy wyszłyśmy na miasto, był już wieczór.

Fonte Luminosa z 1940 r.

Ale nawet przy tej gigantycznej fontannie było ciepło – chodziłyśmy w T-shirtach.

Narodowy sport Portugalczyków.

Nad ulicami można przejść taką kładką, ale my nie koty, idziemy dołem.

Sztandarowa atrakcja Lizbony, czyli winda Santa Justa z 1900 r.

Można zaoszczędzić sobie wspinaczki na wzgórze, ale niestety nie czas (zawsze stoi do niej kolejka).

Metro lizbońskie.

Komunikacja miejska to osobny temat – tramwaje i metro, czyli moje ulubione środki lokomocji osiągają tu Level Master.

Jedna z setek mozaik w metrze.
„Nasza” stacja – też ładna.
Campo Pequeno – dawna arena walk byków, dzisiaj centrum handlowe, obok naszego hotelu.

No właśnie, pora do hotelu, następny dzień w pracy intensywny, ale czasu wolnego ciut więcej.

Opublikowane przez typikalme

Z urodzenia warszawianka. Lubię szwendać się po mieście, pieszo i zbiorkomem. Lubię też chaszcze i chwasty. "Typical me" pochodzi z piosenki The Smiths "I Started Something I Couldn't Finish".

Dodaj komentarz