
Miasto, które nie kojarzy się ani z lisem, ani z wężem boa, jeno z sardynkami co najwyżej – wszędzie ich tu pełno, są nawet czekoladowe. Niestety te, które mi zaserwowano, były przypalone i przesolone (a ziemniaki niedogotowane i zimne). Ale nie narzekam, trzy dni w Lizbonie zafundowane przez zakład pracy były bardzo udane. Czułam się prawie jak na wakacjach, zwłaszcza że temperatury w słońcu oscylowały wokół 30 stopni. (Kolega z zimnej Warszawy w sms-ie do nas: „Cieszcie się wiosną”; my: „Jaką wiosną? My tu mamy lato :-)))”).

Pierwszego dnia czasu na zwiedzanie było jednak niewiele, samolot miał niemal godzinne opóźnienie i niewiele dała zmiana strefy czasowej na zachodnioeuropejską – gdy wyszłyśmy na miasto, był już wieczór.

Ale nawet przy tej gigantycznej fontannie było ciepło – chodziłyśmy w T-shirtach.


Nad ulicami można przejść taką kładką, ale my nie koty, idziemy dołem.

Można zaoszczędzić sobie wspinaczki na wzgórze, ale niestety nie czas (zawsze stoi do niej kolejka).

Komunikacja miejska to osobny temat – tramwaje i metro, czyli moje ulubione środki lokomocji osiągają tu Level Master.



No właśnie, pora do hotelu, następny dzień w pracy intensywny, ale czasu wolnego ciut więcej.